Cheese Fest w moim Kent

Jedliście kiedyś macaroni cheese na śniadanie? To taka amerykańska potrawa, makaron z sosem serowym. Mnie się to przydarzyło w ostatni weekend, ale to nie był taki zwykły sos, bo kucharz ugotowany makaron włożył do wielkiego serowego koła i dobrze natarł, a na wierzch położył uduszone, pięknie pachnące pieczarki.collage cheese wheel  Byłam w raju. Serowym raju. Bardzo niedaleko mnie, na terenie Kent Showground zorganizowano po raz pierwszy Festiwal Sera (CHEESE FEST). Zaproszono niezależnych producentów i sprzedawców z całego kraju. Mimo, że Anglia z sera nie słynie, to naprawdę było w czym wybierać, od tradycyjnego angielskiego cheddara, poprzez produkowane tutaj sery podpuszczkowe, stiltony,  podobne do aksamitu roztopione raclette, do smażonych paluszków z mozzarelli lub frytek z halloumi. Byli również producenci z innych krajów. Mogliśmy testować do bólu. collage testowanieRodzajów były setki. Odkryliśmy sery o których nie mieliśmy pojęcia, np czarne z dodatkiem węgla. Pokażę wam kilka zdjęć i założę się, że nie powstrzymacie lecącej ślinki. Nam spodobały się dwa stoiska jeden z różnymi rodzajami cheddara ( z prosecco, z truskawkami, mango, whisky, imbirem itd) a drugie stoisko z tzw bombami z Lancashire. collage serycollage sery1

 Osoby o słodkim podniebieniu też miały w czym wybierać, bo było stoisko z niebiańskimi sernikami i tradycyjnymi fudges angielskimi czyli czymś w rodzaju naszych kruchych krówek. collage sernikPomiędzy  jednym kawałkiem sera, a drugim przepłukiwaliśmy gardła było przy pomocy wina lub piwa od lokalnych producentów. Poza serowymi przysmakami znalazło się parę innych delikatesów, były najprawdziwsze trufle, których cena zachwycała bardziej niż niejeden ser, oliwki jako dodatek do fety, siatki na zakupy, kiełbaski, angielskie pies  czy wędzony czosnek, co było dla mnie nowością, bo nie mam pojęcia jak i z czym się to je. collage czosnekcollage inne rzeczycollage inne rzeczy1

Jakby tych atrakcji było mało o swoim serowym biznesie opowiadał nam angielski aktor – kucharz Sean Wilson, znany z brytyjskich seriali, zwłaszcza z Coronation Street.collage Sean Wilson

 

Zamek, którego nie ma

Mieliście kiedyś tak, że jedziecie samochodem, przejeżdżacie przez nieznaną wioskę i nagle jakaś siła wyższa każe wam się zatrzymać, bo jest ładnie? Mnie się to ostatnio przytrafiło. Miejscowość nazywa się Hadlow. Stanęłam, bo wydawało mi się, że zobaczyłam zamek, choć jak się okazało zamku już nie ma. 399A8604Pozostała po nim brama i wysoka, niezwykle intrygująco wyglądająca wieża. Niezwykle, bo wśród pól i ogrodów Kentu nie spodziewałam się zobaczyć strzelistej wieżyczki, zupełnie jak budowle z Oksfordu. Zatrzymałam się i oczywiście sięgnęłam po telefon z wujkiem Google na ekranie. Okazało się, że wioska jest bardzo stara. W średniowieczu istniał tutaj dwór należący do Braci Szpitalników, a później wybudowano zamek, z którego ostały się, jak już wspomniałam, wieża i brama. Zamek zburzono w 20 wieku, wieża przetrwała, bo już wtedy wpisana była na listę zabytków. Niestety nie ma do niej żadnego dostępu, bo posiadłość znajduje się w rękach prywatnych. Niemniej warto ją zobaczyć choćby z daleka.399A8616

Poza pozostałościami zamku polecam spacer do lokalnego kościoła pod wezwaniem Marii. Typowy angielski kościółek, zbudowany z kentowskiego wapienia pamięta czasy sprzed najazdu Normanów. Jest uroczy.399A8608 Otoczony drzewami i cmentarzem, wśród których można sobie chodzić i rozmyślać o minionych czasach, a później po tak nakarmionej duszy, można nakarmić i ciało w lokalnej piekarni. Niestety w Anglii coraz mniej jest wiosek i miast, w których można znaleźć sklepy piekące na miejscu własny chleb. Hadlow jest jednym z tych miejsc.399A8631

Obecnie wioska jest spokojnym miejscem, niewiele się tu dzieje, a na mapie widnieje przede wszystkim ze względu na istniejącą tu od dawna głośną szkołą rolniczą. Na przełomie XIX i XX wieku było tu gwarno i ruchliwie. W wiosce działały dwa potężne browary produkujący angielskie ales z Hadlow. Niestety schyłek XX wieku zobaczył ich upadek. 399A8602Pozostałości po nich, piękne budynki, ze strzelistymi dachami zamieniono na mieszkania. Podobny los spotkał działające na rzece Bourne młyny. Choć jeden z nich został rozebrany na części, a następnie przeniesiony do skansenu w Sandling, o którym pisałam tutaj: Muzeum of Kent Life

Spędziłam w Hadlow chyba tylko godzinę. W lokalnym sklepie kupiłam świeże zioła, a w piekarni chlebek, co mnie niezwykle ucieszyło. I pojechałam dalej, ale jeśli będziecie kiedyś przejeżdżać przez wioskę to zatrzymajcie się na parę chwil. Warto

Tonbridge

Pewnie już wiecie, ze mam dużą słabość do małych miasteczek, zwłaszcza tych z wielowiekową historią. Lubię te angielskie i te francuskie, choć chyba w każdym kraju można znaleźć prawdziwe perełki.

O Tonbridge w angielskim Kent, słyszałam wielokrotnie, że urocze, ale przede wszystkim, że jest drogie do mieszkania, bo ceny domów lansują się w czołówce krajowej.  Mimo, że od Maidstone do Tonbridge jest tylko pół godziny, jakoś nigdy nie było mi „po drodze”. Aż pewnego dnia moja dentystka wysłała mnie tam na badania. Specjalnie pojechałam wcześniej i zostałam w miasteczku dłużej, by powłóczyć się po jego uliczkach i zakamarkach. Szczerze, to myślałam, że się poważnie zakocham, a tymczasem tylko w niektórych miejscach serduszko mocniej zabiło. Zabrakło mi w tym mieście duszy, bo tak nazywam, spokojnie, pozbawione zgiełku miejsca w centrum miasta. Główna ulica nie jest niestety wyłączona z ruchu samochodowego i daje się to poważnie odczuć. Już pominę fakt, że nie można zrobić zdjęcia bez auta w tle, lub nawet na pierwszym planie. Samochody, przed pięknymi budynkami to moja zmora. collage miastoA Tonbridge tych budynków trochę ma, bo historię ma bogatą. Miasteczko wyrosło w miejscu naturalnego skrzyżowania, gdzie porywista i dzika rzeka Medway zwęża się tworząc naturalny bród. Przechodziła tędy trasa pomiędzy Londynem, a miasteczkiem nad kanałem La Manche, Rye.  Wilhelm Zdobywca nadał tutejsze ziemie jednemu ze swoich wiernych rycerzy, który na początku rezydował w pobliskim zamku w Hadlow, (o której to miejscowości napiszę niedługo). W 11 wieku wybudowano w Tonbridge zamek, z którego najlepiej zachowała się brama wjazdowa. Tam właśnie skierowałam swoje kroki. Było to o tyle proste, że przed samą bramą jest duży, wygodny parking. collage zamek Weszłam przez bramę i pospacerowałam po dziedzińcu. Było zimno, ale słoneczko przegrzewało cudnie, tworząc na powierzchni wyraźne cienie o niesamowitych kształtach. Zrobiłam parę zdjęć. Ustawiłam aparat nisko, na ziemi, by zrobić taką panoramę od dołu i wtedy poczułam, że ktoś na mnie patrzy. W momencie, gdy już naciskałam przycisk, piękna modelka (a może to był model, nie znam się) weszła mi w obiektyw. Tonbridge (24)A po chwili zostałam otoczona przez jej/jego siostry i braci. Szare wiewiórki są tam bardzo przyzwyczajone do ludzkiej obecności, a chyba nawet liczą na jakieś smakołyki, niestety na mnie się zawiodły i po chwili odeszły do swoich zajęć. Z dziedzińca zamkowego jest bardzo ładny widok na rzekę i to właśnie tam można znaleźć zaciszne schronienie od hałasu ulicznego. Spacer wzdłuż rzeki jest bardzo przyjemny. collage rzeka

Po włóczędze po zamku i nad rzeką wróciłam na ulice miasteczka. Z góry widziałam przyjemny kościółek i postanowiłam go odnaleźć. Był ukryty wśród uliczek po drugiej stronie High Street. Weszłam do środka, ale właśnie odbywał się koncert kolęd śpiewanych przez dzieci z lokalnej szkoły, więc zaniechałam zwiedzania. Posłuchałam chwilkę. Dzieci brzmiały wzruszająco. Miedzy innymi za te piękne koncerty w kościołach i słynnych miejscach lubię angielskie święta. collage kościół

Powłóczyłam się jeszcze po High Street zachwycając się powykrzywianymi, biało-czarnymi domami z czasów Tudorów, które pięknie zdobią miasteczko. Największe wrażenie zrobił na mnie Chequers Inn, przede wszystkim, dlatego, że z jego logo dyndała mi nad głową najprawdziwsza pętla szubieniczna. Tonbridge (47) Z tego, co później wyczytałam, w tym piętnastowiecznym domu pobierano opłaty dla rezydującego księcia, a w pokoju na pierwszym piętrze rezydował sędzia. W Chequers regularnie nie tylko wyznaczano kary, ale i je egzekwowano, np. chłostę. W XVI wieku spalono tutaj na stosie dwie kobiety, jedna za przekonania religijne, a drugą za otrucie męża.  Pętla na dębowym kiju była znakiem rozpoznawczym, ku przestrodze. Mnie ciarki przeszły po grzbiecie.collage chequers

Drugim budynkiem zasługującym na uwagę jest Port Reeve’s House, na który natknęłam się idąc w stronę kościoła. Jest to najstarszy budynek w mieście. W swej bogatej przeszłości służył, jako zajazd, sklep, dom mieszkalny. W czasie drugiej wojny światowej został poważnie uszkodzony przez bombardujących Niemców, ale na szczęście go z precyzją odrestaurowano.  Obecnie znajduje się w prywatnych rękach.collage Port Reeve_s House

Jeszcze mogłabym wymienić, co najmniej kilka takich historycznych budynków, ale nie chcę was zanudzać. Czy warto pojechać do Tonbridge? Jeśli ktoś lubi historię i czasy Tudorów to warto, jeśli ktoś szuka małego, rozkosznego miasteczka o spokojnej duszy, to może się rozczarować. Mnie się podobało, ale spędziłam tu pół dnia i mieszkam 30 minut stąd. Przyjeżdżającym z daleka radzę zrobić sobie tour po kentowskich miasteczkach i odwiedzić kilka z nich, dla jednego Tonbridge chyba szkoda czasu,

Weekend w Hastings

Listopad i grudzień nie sprzyjają wycieczkom po Anglii, bo deszczowo i zimno, ale czasami by się chciało wyskoczyć na weekend, tylko we dwoje. Czyż nie? My tak czasami mamy. Nie chcieliśmy jechać daleko, ale z drugiej strony chcieliśmy odwiedzić miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Padło na Hastings. Miasteczko znane na całym świecie, nie ze względu na swoją urodę, ale na bitwę, jaka tu się rozegrała przed wiekami. Chyba po raz pierwszy i ostatni Wyspy Brytyjskie (choć wtedy jeszcze tak się nie nazywały) zostały podbite przez najeźdźcę z zewnątrz. Wilhelm, nazwany na cześć tego zwycięstwa Zdobywcą przybył tutaj z sąsiedniej Normandii i zapoczątkował nową dynastię i nową erę, normańską, w dziejach Anglii.
Wyjechaliśmy w sobotę rano, pierwsze kroki kierując do angielskich winnic Carr Taylor. Pewnie popukacie się w głowę, bo kto o zdrowych zmysłach zwiedza winnice w listopadzie? Jednak okazało się, że takich jak my, było więcej. Parę dni przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie tour po winnicy, ale nie byliśmy nim zachwyceni. Za mało widzieliśmy, za bardzo było przegadane. 399A2342Przewodnik opowiadał dużo, wręcz za dużo, o rodzinie Carr Taylor i ich ambicjach wyprodukowania super dobrego, angielskiego wina. Udało się tylko w pewnym stopniu. Dzięki ocieplaniu się temperatury, angielskie winnice, w których ziemia i mikroklimat są podobne do tego w Szampanii, produkują coraz lepsze wina musujące. I muszę przyznać, że nawet nam smakowały. Po obejściu zabudowań gospodarczych i zobaczeniu z daleka krzewów winogron zaproszono nas na degustację i lunch. I to był punkt kulminacyjny wyprawy. Jedzenie było wyborne, zwłaszcza sery, których miłośniczką jestem okropną. Wszystko było świeże i naprawdę wysokiej jakości. Co prawda, wolałabym do przepłukania gardła jakiegoś grzańca, bo zmarzliśmy stojąc na zagrodzie i słuchając  nudnego gaworzenia naszego przewodnika. Bąbelki, które nam podano zbyt mocno kojarzą mi się z ciepłą pogodą i piknikiem na trawie. Po lunchu zakupiliśmy jeszcze kilka pamiątek, w postaci musującej i pojechaliśmy dalej. Byliśmy najedzeni i mieliśmy dużo czasu do kolacji, dlatego pojechaliśmy odwiedzić miejsce słynnej bitwy w 1066. Myślę, że jest to jedyna data z historii, która pamięta każdy Brytyjczyk, coś alla nasz 1410. Zostało po niej wielkie zielone pole, ale miło było postać w miejscu, gdzie 951 lat temu zawzięcie walczyli z najeźdźcą przodkowie dzisiejszych brytyjczyków. Oddaliśmy im hołd w myślach i po 10 minutach jazdy samochodem byliśmy nad morzem w okolicach naszego hotelu The Landsdowne Hotel. 399A2418Mimo lekkiej mżawki zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy na spacer po miasteczku, które dzięki spektakularnemu połączeniu wybrzeża i krajobrazu, pamiątek z przeszłości, interesującej architektury dla każdego ma coś do zaoferowania. Nam najbardziej podobała nam się ulica św Jerzego (George Street), wypełniona dziwacznymi sklepami, od antycznych eksponatów po skarby shabby chic, uroczymi kawiarenkami, restauracjami, pubami i tradycyjnymi sklepami z pamiątkami. Jakbyśmy się przenieśli w inną epokę lub krainę żywcem z bajki. 399A2453-3collage shops
Hastings jest bardzo kosmopolitycznym miastem. Ma największą w Europie, bazująca na plaży flotę rybacką oraz, pozostałości pierwszego w Anglii zamku, zbudowanego przez Williama z Normandii. Ruiny dumnie królują na wzgórzu nad miastem. Można się tam wybrać na spacer wyznaczonym traktem, lub wjechać czymś w rodzaju linowego tramwaju. My niestety spóźniliśmy się na ostatni kurs, który w porze jesienno zimowej odjeżdża o 4. I nie dane nam było zobaczyć, podobno cudownego widoku na miasteczko. W zamian, by się rozgrzać weszliśmy do pubu Ye Olde Pumphouse. collage pub ye oldeSkusiła nas wywieszka na drzwiach przedstawiająca parujące grzane winko. Lokal był cudowny w środku, sam Harry Potter nie powstydziłby się wypić piwka tutaj. Może nawet pili by razem z Jackiem Sparrow z Karaibów, bo pub ma bardzo dużo detali nawiązujących do piratów i wypraw morskich. Po kilku drinkach byliśmy gotowi na kolację. Początkowo upierałam się, że chcę zjeść w jednej z restauracyjek z morskim jedzeniem, z którego przecież Hastings słynie, ale mój mąż przyprowadził mnie do malutkiej, uroczej włoskiej knajpki Rustico Italiano i dałam się skusić. 399A2578Nie pożałowałam. Jedzenie było pyszne, jakbyśmy się nagle przenieśli do Neapolu. Pizza była autentycznie włoska w smaku, niczego nie było za dużo, proporcje idealnie zachowane, ciasto chrupiące, miękkie, ale nie gumowe. Składniki na pizzy były świeże i aromatyczne, a kawa i canoli sprawiły, że znaleźliśmy się w słodkim niebie. Do tego przyjazna obsługa zdecydowanie zasłużyła na wzmiankę. Nie chcieliśmy stamtąd wychodzić, było nam dobrze jak u włoskiej mamy. Niestety wszystko co dobre…
Wróciliśmy do hotelu dobrze po północy. Pani, która pracuje w recepcji zapytała o nasze wrażenia i opowiedziała nam kilka szczegółów o Hastings. Była miła i konkretna. Nie napisałam wcześniej, że pomogła nam z parkingiem, bo niestety mieliśmy problemy ze znalezieniem miejsca. Ona też nam powiedziała, że właścicielami hotelu są Polacy. Brawo nasi, bo hotel jest naprawdę uroczy, zadbany i dobrze się nami opiekowano. Do tego cena nie zwala z nóg. Zdecydowanie polecam The Landsdowne Hotel. Spało się naprawdę wygodnie z widokiem na morze.
Rano obudziłam się przed wschodem słońca, jak to mam w zwyczaju i poszłam łapać je aparatem. Nawet nieźle mi wyszło. collage morze
Później poszliśmy na długi spacer po Stade, jak nazywa się część wybrzeża, od ponad tysiąca lat używana do trzymania łódek rybackich, rodzaj portu. Słowo stade pochodzi z języka sasów i oznacza miejsce lądowania. Część Stade zabudowana jest tzw net shop, czyli sklepami sieciowymi w dosłownym tłumaczeniu, ale z internetem nie ma to nic wspólnego, ani nawet z żadną znana siecią sklepów. Chodzi o zwyczajną sieć rybacką. Budynki te są smukłe, drewniane, wysokie na trzy piętra, pomalowane smołą na czarno, stojące w równych rzędach na plaży, zbudowane w dziewiętnastym wieku w celu zapewnienia schronienia odpornego na warunki atmosferyczne dla sprzętu rybackiego. 399A2524Pierwotnie były budowane na słupach, aby uchronić przed wodą w czasie przypływu, jednak przez lata na plaży morze naniosło coraz więcej żwiru i samo się cofnęło i woda nie dociera już do chat. Powiem wam, że te czarne budynki wyglądają bardzo oryginalnie, chyba nie widziałam nic takiego podczas moich podróży. Po latach popadania w ruinę zostały bardzo ładnie odnowione przez władze miasta. 399A2528Ogólnie widać, że lokalne władze przykładają dużą wagę by pomóc wyjść Hastings z letargu. W XIX był to bardzo modny, nadmorski resort dla Anglików, jednak Unia Europejska i tanie linie lotnicze przyniosły spadek jego popularności. Brytyjczyków zaczęły przyciągać ciepłe plaże zamorskich krajów. Jednak na każdym kroku widać, że w miasteczku dużo się dzieje: odbywają się tu targi morskiej żywności i wina, festiwale i pokazy muzyki jazzowej. Odnowione zostały historyczne budynki i otworzyło się dużo ciekawych restauracji, serwujących jedzenie z całego świata. Zdecydowanie Hastings jest idealnym miejscem na weekendowy wypad. My pewnie już tam nie pojedziemy ponownie, bo w Anglii jest dużo innych miejsc, w których jeszcze nie byliśmy, ale wam serdecznie polecamy.

Bajkowo, bajecznie, książkowo, światecznie

Dwaj mali chłopcy maszerują na przodzie. Obaj mają ubrudzone buzie. Jeden ubrany po dziecięcemu, ale w strój jakby z innej epoki. Drugi mniejszy ma na sobie za-dorosły garnitur, za-duży płaszcz, sięgający kostek i za-dziurawy kapelusz przekrzywiony na bakier. Znacie ich? Myślę, że tak. Za nimi ciągnie się korowód pięknie ubranych pań i panów, dżentelmenów i dam, wiktoriańskich służek i parobków. Wśród nich, gdzieniegdzie zaplątały się postaci z piekła rodem; z potarganymi, długimi włosami, bezzębni, niczym wiedźmy, z zakrzywionym nosem, koślawi, przygarbieni…collage-postaci-z-dickensa Chcecie wiedzieć, gdzie jestem? Nie przeniosłam się w dawne czasy, choć uczucie mam dokładnie takie. Ci chłopcy na przodzie to Dodger i Twist, gdzieś z tyłu ciągnie się Fagin z Batesem i Betsy, rodzina Copperfield z Dawidem, Mała Dorrit, Estella Havisham, Heep, Micawber i okropnie wyglądający, bezzębny, z wielkim pypciem na nosie Scrooge. Wiecie już, o czym piszę? Czasy wiktoriańskie to oczywiście Dickens, bo któż inny potrafiłby stworzyć bardziej wiarygodne, choć obłędne postaci? Rokrocznie, małe miasteczko w angielskim Kencie organizuje na święta festiwal Dickensa i przenosi się w dziewiętnasty wiek. Po ulicach spaceruje gama niesamowitych charakterów z jego książek, są uliczne teatry, popisy akrobatów, koncerty, a o określonej godzinie przez miasto ciągnie najbardziej niewiarygodna procesja, o której wam właśnie opowiedziałam. Idzie aż do zamku, na dziedzińcu, którego odbywa się prawdziwy kiermasz bożonarodzeniowy. Jest kolorowo i pięknie. Atmosfera jak z książki! Dickensa oczywiście. Nie zabrakło nawet autentycznej wiktoriańskiej karuzeli z konikami, a dla odważnych łańcuchy wirujące w powietrzu w szaleńczym tempie.collage-karuzela Na ulice spadają płatki białego, puszystego śniegu, co z tego, że sztuczny. Zmarznięte gardła ogrzać można elektryzującym ponczem, lub grzańcem z korzennymi przyprawami. Ciało też coś znajdzie na przegryzkę.collage-muzykaJest orkiestra i muzyka, tańce na ulicach, igraszki i swawole, tego się nie da opisać. W głowie się kręci, w oczach wiruje od kalejdoskopu kolorów i wrażeń. To trzeba zobaczyć. To trzeba przeżyć. Ostatnia szansa w weekend 10-11 grudnia.collage-kiermasz Zapraszam do Rochester. Pociągi z Londynu kursują regularnie.

Zdjęcia moje i moich znajomych.

 

Kraina mostów – Yalding

Jednym z największych osiągnięć anglo-saskich mieszkańców wysp i średniowiecznej Anglii była umiejętność budowania wspaniałych mostów i dróg. Imponująca była skala przedsięwzięcia; już w trzynastym wieku sieć mostów w Anglii była tak rozległa, że znajdowały się one od siebie w odległości zaledwie pięciu mil. Znaczna ich część przetrwała i ciągle była używana w dziewiętnastym wieku, a niektóre są używane do dziś, mimo, że utrzymanie takiego mostu to nie jest łatwa sprawa i ciągle potrzebne są na to środki.

yalding-78Chciałabym was zabrać dzisiaj do miasteczka Yalding, w którym zobaczyć można aż trzy takie mosty, choć nam się udało odwiedzić tylko dwa. Razem z moją przyjaciółką Asią mamy misję odwiedzania ciekawych kafejek i herbaciarni i trafiłyśmy tutaj w poszukiwaniu jednego z takich miejsc, ale o tym napiszę przy innej okazji.

Przez Yalding płyną trzy rzeki, wspominana przeze mnie wielokrotnie rzeka Medway i jej mniejsze dopływy Beult i Teise. Wydaje się, że najpierw był tu most, a dopiero potem wyrosło obok niego miasteczko. Tylko, który most? „Town Bridge”, czyli most miejski położony jest na Beult; jest podobno najdłuższym średniowiecznym mostem w Kent, ma ponad 137 metrów długości, choć rzeka do największych nie należy,  ale podobno często wylewa; jej nazwa pochodzi od staroangielskiego i znaczy mniej więcej „zapuchnięta”. Adekwatnie do jej kaprysów, prawda? Most robi wrażenie. Próbowałam go podejść z różnych stron, by zrobić porządne zdjęcia, ale się nie udało. Most jest otoczony prywatnymi ogrodami i nie bardzo można do nich wejść, choć przyznam się po cichu, że się „wkradłam” na chwilkę na prywatny teren i oto, co, z tego wyszło:

yalding-70

Town Bridge

yalding-71

Drugie zdjęcie zrobiłam z cmentarza obok kościoła Św. Piotra i Pawła:yalding-58

Podobno odpowiedzialnym za te niesamowite mosty na rzece Medway był jeden z arcybiskupów z Canterbury Stephen Langton, który chciał mieć lepsze połączenia, ze swoimi parafiami i przybytkami kultu. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, choć wiem, że trochę złośliwość przeze mnie przemawia, że zależało mu na szybszym i łatwiejszym zbieraniu dziesięciny. A może nie, może był jednym z tych troskliwych, którzy dbali o dobro swoich owieczek. Wg niektórych źródeł Town Bridge wybudowali zakonnicy – masoni ze stowarzyszenia Hospitarii Pontifices z Rochester, prawdziwi znawcy sztuki inżynieryjnej.  Oni tez wybudowali drugi most w Yalding, Twyford Bridge, w miejscu gdzie rzeka Medway spotyka Teise.

yalding-10

Twyford Bridge

Jest to jeden z piękniejszych średniowiecznych mostów w całej Anglii i ciągle jest w użyciu. Dwa samochody nie są w stanie wyminąć się na moście, dlatego ruch kołowy kontrolują światła.yalding-26

Rzeki przyniosły wiosce wzrost gospodarczy, bo były świetnym sposobem komunikacji z większymi miastami, ale wokół nich tworzyły się rozległe bagna i mokradła, mające specyficzny, niezdrowy klimat; epidemie np. malarii wybuchały jedna za drugą, w piętnastym wieku wybiły połowę populacji Yalding i najbliższych okolic. Ziemie wokół wioski były jednak bardzo żyzne, może właśnie dzięki mułowi nanoszonemu przez często wylewającą Beult. Do teraz znajduje się tam jedno z największych gospodarstw rolnych, hodujących chmiel i inne dobra. Do niedawna działało tu tez laboratorium i dział produkujący pestycydy i inne rolnicze spryskiwacze, szwajcarskiej firmy Syngenta.

Po wprowadzeniu różnych ograniczeń przez Unię Europejską filię zamknięto, a w zamian powstał organiczny ogród doświadczalny, Yalding Gardens.gazebo-jodi-hanagan-538x359 Na jego terenie, można, w specjalnie do tego przeznaczonym gazeebo wziąć ślub; romantycznie i pięknie, wśród pachnących kwiatów.

 

 

Yalding nie jest najbardziej czarującą, czy malowniczą wioską. Domy ułożone są wzdłuż głównej, ruchliwej ulicy, która zdecydowanie psuje klimat miejsca. Ale i tak myślę, że warto się tam przespacerować, choćby by pooglądać piękne budynki z różnych okresów historii; dostrzegłam tam i piękno Tudorów i czasy georgiańskie, a z boku stoi chwalebnie krzyż upamiętniający tych, którzy oddali życie podczas obu wojen.

Wspomniałam wyżej o kościele w Yalding. Obecnie ciasno otoczony domami, kiedyś górował nad okolicą. Wybudowano go w trzynastym wieku, z tego samego, porządnego ragstone, z którego wybudowano mosty.

yalding-64

Św Piotra i Pawła

Oczywiście przez wieki przechodził różne remonty i ulepszenia, ale sama średniowieczna struktura na planie krzyża, z imponującą wieżą się ostała. yalding-65Polecam spacer wokół kościoła, bardzo refleksyjny, choć moją, osobistą zadumę przerwała starsza kobieta, która wypuściła wolno na teren cmentarza psa, a ten obsikał chyba wszystkie stojące tam groby. Zrobiło mi się przez to naprawdę niesmacznie i smutno. Wg mnie, jeśli nie zmarli, to ich rodziny, zasługują na szacunek.yalding-60

Na koniec przytoczę tylko fragment wypowiedzi angielskiej pisarki, znanej głównie z książek dla dzieci. Większość z was pewnie słyszała o  książkach „Pięcioro dzieci i „coś” (Five kids and it) lub „Przygoda przyjeżdża pociągiem” (Railway children). Edith Nesbit uwielbiała Kent, mieszkała tu w dzieciństwie, a później często odwiedzała to hrabstwo. Yalding był jednym z tych miejsc, które kochała i tutaj umieściła akcję dwóch swoich książek dla dorosłych: „Salome and the Head” i „The Incredible Honeymoon”.

nesbit

Edith Nesbit

Tak pisała o tej wiosce:

„Medway (rzeka) powyżej Anchor (nazwa hotelu i restauracji) jest rzeką- marzeniem… Jeśli pojedziecie do Yalding, zatrzymajcie się w George (nazwa hotelu) i będzie się czuli fantastycznie w tej małej wiosce, do której należy: nawiedzony cmentarz, piękny kościół i jeden z najpiękniejszych mostów w Europie.”

 

 

 

 

 

 

 

 

Filmowy Kent

bond-actorsOto jest nowe zadanie, nowy projekt naszego klubu Polki na Obczyźnie, jakże mi bliski, bo filmowy. Uwielbiam filmy, oglądam, a w zasadzie pochłaniam je z namiętnością wielką. Na szczęście cała moja rodzina jest zarażona tą chorobą, więc średnio na tydzień oglądamy 3 do 5 filmów, a bywa i więcej. Kiedy, więc dowiedziałam się, że mamy pisać o filmach ucieszyłam się bardzo, zwłaszcza, że mamy napisać o filmach z kraju, w którym mieszkamy. Niestety, gdy zaczęłam bliżej zgłębiać temat mój entuzjazm przygasł. Bo Wielka Brytania jest na pierwszym miejscu pod względem ilości produkowanych filmów w Europie i chyba na trzecim na całym świecie. Brytyjskie filmy znają wszyscy, choć często są mylone z amerykańskimi. Każdy słyszał o Bondzie, Harrym Potterze, o Trainspotting czy ekranizacjach powieści Jane Austen. Mogłabym wymieniać w nieskończoność. Myślałam i myślałam aż któregoś dnia przeczytałam gdzieś, że w Rochester  nakręcono kilka scen do filmu na podstawie książki Dickensa „Wielkie Nadzieje” i zupełnie jak u Pomysłowego Dobromira poczułam jak pomysł skacze mi po głowie. Postanowiłam, że opowiem wam o kilku filmach, które nakręcono w moim hrabstwie. Wspomniani wyżej Bond, Potter i Jane Austen  zaznaczyły swój ślad w Kencie.

Oczywiście zacznę od przystojnego, zawsze eleganckiego, agenta-gentelmana, któremu najpiękniejsze kobiety nie potrafią się oprzeć. Bond. James Bond.  Dwa filmy z serii były kręcone niedaleko mnie, a w zasadzie nie całe filmy, tylko pojedyncze sceny:

W 1971 roku nakręcono „Diamenty są wieczne” z legendarnym Sean Connery w roli głównej. W tym epizodzie Bond ma za zadanie odkryć, kto i dlaczego ukradł olbrzymią ilość diamentów. Oczywiście wątek polityczny jest konieczny. Szaleniec, naukowiec zbudował potężną maszynę, przy pomocy, której można kontrolować świat. Kto zapłaci najwięcej zostanie bogiem. Niezapomniana w filmie jest piosenka śpiewana przez Shirley Basset, do zobaczenia tutaj: Diamonds are forever

W porcie w Dover Bond zamienia się na tożsamość ze szmuglerem diamentów i ucieka do Francji. W scenie widoczne są oczywiście białe klify Dover.white-cliffs-2 Zobaczcie sami: Scena z filmu

W 2002 roku nakręcono na lotnisku w Ramsgate w Kent kilka ostatnich scen do „Śmierć nadejdzie jutro” z Piercem Brosmanem w roli agenta. Tym razem Bond ma poważne kłopoty, najpierw uwięziony przez rok w koreańskiej niewoli jest torturowany przez sadystycznego koreańskiego agenta, potem jego właśni ludzie podejrzewają go o bycie podwójnym agentem. Ale jak to zwykle z Bondem bywa, wszystko skończy się dobrze, niestraszna mu nawet Madonna, tym bardziej, że ma on przy boku Halle Berry we własnej osobie. Muszę przyznać, ze piosenka tytułowa nie rzuciła mnie na kolana, wydała mi się jakaś taka nie- bondowska.Do posłuchania tutaj: Madonna

Najsłynniejszy czarnoksiężnik na świecie odwiedził Kent w 2010 przy okazji kręcenia” Harry Potter i Insygnia Śmierci”. W śmiertelnym wyścigu Harry i Hagrid najpierw lecą nad głowami kierowców i pasażerów, a potem wśród rozpędzonych samochodów na autostradzie, niejednokrotnie pod prąd, lub choćby po ścianach tunelu. Za tło tej potyczki posłużyło przejście przez rzekę, czyli most Elżbiety Drugiej lub tunel pod Tamizą. Scena robi duże wrażenie szczękiem rozbijanego szkła i lecącej w górę przyczepy kempingowej. Scena pościgu

Anglia to nie tylko pif paf i abrakadabra, to także romantyczne cmok cmok i tutaj zdecydowanie dominuje królowa we własnej osobie, czyli Jane Austen. Urocze miasteczka kentowskie nie oparły się uwadze filmowców i w Kent nakręcono co najmniej dwa filmy na podstawie Austen: w 2005 roku „Duma i uprzedzenie” i w 2009 serial BBC Emma. O dwóch lokalizacjach kiedyś już pisałam, są to jedne z najładniejszych miejsc w moim hrabstwie:

Chilham,

Groombridge Manor. (Jeśli ktoś chce o nich poczytać to proszę kliknąć w nazwę miejscowości).

Fabuła obu filmów jest podobna i podejrzewam powszechnie znana. W obu pozornie silne, mądre kobiety pomagają innym, nie szukając miłości, a ta w najmniej spodziewanym momencie znajduje je sama w postaci Panów Darcy i Knightley.

Jeśli klikniecie na poniższy link to filmik zacznie się powrotem Elizabeth po moście, do domu i to właśnie Groombridge posłużyło za dom Bennetów. Scena z Filmu

Serial Emma kręcono praktycznie całkowicie w Kencie. Już w pierwszej scenie pojawia się piękny dwór magnacki Squerryes Court w Westerham  Sceny z filmu A później akcja przenosi się do Chilham. Zapraszam do oglądnięcia pokazu slajdów dokumentującego pracę filmowców Film dokumentalny o kręceniu serialu

chatham-docks

Zdjęcie od Towarzystwa Hisorycznego w Chatham

Na zakończenie chciałabym wam opowiedzieć o jeszcze jednym  miejscu, które często służy, jako filmowy plener. Jest  dawna stocznia na Tamizie, tzw Dockyards, w miejscowości Chatham, założona jeszcze w czasach Elżbiety Pierwszej ale zamknięta za czasów jej imienniczki Elżbiety drugiej. Stworzono tutaj  rodzaj muzeum, lub nawet skansenu, w którym można oglądać wybudowane tu statki, a nawet łódź podwodną. W 1999 roku kręcono tu sceny do filmu Mumia? Pamiętacie? Przeklęty kapłan, zabójca faraona zostaje żywcem zmumifikowany i po wiekach wykopuje go drużyna poszukiwaczy skarbów. Mumia wraca na ziemie by się mścić. Scena z filmu

Doki w Chatham posłużyły tutaj jako … port w Gizie.b1622-the-mummy-1999-2

W 2007 filmowcy wrócili do Chatham i przerobili stocznie na norweskie, fikcyjne miasto do filmu Złoty Kompas.

W 2009 wiktoriańskie pejzaże posłużyły za tło do detektywistycznych działań Shelrocka Holmesa, a w w 2013 Chatham stało się francuską fabryka do musicalu Les Miserables.lesmis-mm-040113-rc-5a_l

To nie są wszystkie filmy, które nakręcono w Kencie, dlatego do tego tematu jeszcze powrócę. Mam nadzieję, że gdy kiedyś odwiedzicie Anglię, nie zapomnicie o tych słynnych filmowych plenerach.

Jeśli chcecie poczytac o filmach z innych rejonów świata, to zapraszam tutaj: Projekt Filmowy klubu Polek

 

Jak pie to tylko w George and Dragon

Mam przyjaciół zwariowanych na punkcie angielskich pubów. Mają swoje ulubione, ale od czasu do czasu jeżdżą po Anglii szukając perełek warzących własne piwo, bądź serwujące jedzenie warte grzechu. Pewnego dnia zaprosili nas na lunch. Myśleliśmy, że znaleźli jakiś pub w okolicy, a oni tymczasem zabrali nas do małej wioski koło Bromley, nie tak daleko od samej stolicy. 399a3124Downe, bo o tej wiosce mowa, jest znana przede wszystkim dzięki słynnemu człowiekowi, który tam mieszkał. Charles Darwin spędził tam prawie całe swoje życie, włócząc się po okolicy i zbierając do swoich katalogów rośliny, owady i inne okazy przyrodnicze, gdy tymczasem jego żona Emma modliła się w miejscowym kościele.399a3088 Ta para i ich życie jest tak fascynująca, że kiedyś wam o nich napiszę, oraz o ich domu w Downe. Dzisiaj skupię się na bardziej przyziemnych używkach: piwie i jedzeniu.

W samym centrum wioski stoi pub George and Dragon, czyli po naszemu Jerzy i smok. Oczywiście nazwa pochodzi o biblijnego Jerzego, który pokonał smoka. George (Jerzy) jest patronem Anglii, o czym pewnie wiecie i w Anglii jest dużo pubów o tym imieniu, na które mówi się w skrócie George;  czyli „idziemy do Jerzego”399a3074

Gdy dotarliśmy na miejsce pub dopiero otwierał swe podwoje dla klientów, a już czekało na niego sporo ludzi. W środku panował półmrok typowy dla starych angielskich domów publicznych (pisałam o tym w artykule o pubach Cheers). Usiedliśmy przy masywnym, drewnianym stole, otoczeni, atmosferą rodem z dawnych wieków, bibelotami i starymi pamiątkami i zamówiliśmy jedzenie.

399a3101399a3105399a3100399a3109399a3099

Pub przede wszystkim słynie ze swoich pies (pajs). Pies są to placki z ciasta francuskiego lub kruchego z nadzieniem w środku. Nadzienie może być słodkie lub inne; mięsne, grzybowe, serowe, warzywne itp. W George and Dragon jest ich kilka do wyboru, ja zamówiłam sobie mięsny ze steka wołowego, z sosem z leśnych grzybów, mój mąż miał kurze nereczki, a koleżanka miłośniczka ryb, zamówiła pie rybny (też można), tylko mąż koleżanki się nie skusił i zamówił steka. pieWszystko smakowało nam wyśmienicie. Piwo też nas mile zaskoczyło. Serwują tam nie tylko znane z wszystkich innych stelle i budweisery, ale także, lane z beczki prawdziwe angielskie ales (ejls) z mniejszych browarów jak Harrweys z Sussex i Timothy Taylor Brewery z West Yorkshire, trochę mi jednak zabrakło lokalnego, kentowskiego piwa.399a3104

Po napełnieniu brzuchów ruszyliśmy na spacer po wiosce. Naprzeciw pubu jest ładny kościół z cmentarzem, wokół kilka ładnych domów, inny pub i kilka kafejek i tyle, bo wioska nie jest zbyt duża.

399a3121399a3126399a3128399a3134

Myśleliśmy, że uda nam się dojść do domu Darwina, ale gdy skończył się na drodze chodnik zrezygnowaliśmy i wróciliśmy po samochody. To było urocze popołudnie i jeśli kiedykolwiek będziecie w pobliżu to zapraszam do Downe.

Świątynia Sikh’ów Gurudwara w Gravesend

Wielka Brytania jest krajem wielokulturowym, od setek lat emigrowali tutaj ludzie z różnych stron świata i podobnie jak my teraz tworzyli tutaj swoje enklawy, namiastki swoich państw i kultur. To, co bardzo często odróżniało przybyszy od rodowitych Brytyjczyków była religia. Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć o podobno najmłodszej religii świata, o Sikhiźmie. Wiem na ich temat sporo, bo Sikhowie dość gromadnie zasiedlili miasteczko, w którym mieszkałam przez wiele lat, czyli Gravesend. Dwa razy do roku odbywają się w Gravesend piękne religijne procesje idące przez całe miasto. Niezapomniany jest to widok. maxresdefault-2Nawet przez jakiś czas burmistrzem Gravesend był Sikh i tutaj też wybudowano świątynię, do której chcę was zaprosić. Poznacie Sikhów  po charakterystyczny turbanie, brodzie i prostych bransoletkach na nadgarstkach.img_7014 Ale na początek trochę o genezie samej religii. Jej założycielem był Nanak. Urodził się on  15 kwietnia, 1469 roku, w rodzinie kupieckiej, na terenie dzisiejszego Pakistanu.guru-nanak-dev-ji-wallpapers_3_programview_197653 Tam, gdzie mieszkał, miał do czynienia z mieszającymi się wpływami dwóch wielkich religii: islamu i hinduizmu. Ani jedna, ani druga religia nie zaspokajała jego duchowych potrzeb; Nanak, bowiem od dziecka był bardzo uduchowiony i zgłębiał religie tego świata. Dużo podróżował, według niektórych był w Tybecie, Mekce, Jerozolimie, zbierał wiadomości i rozmyślał. Pewnego dnia, po powrocie z wyprawy, medytując w rzece dostał objawienia i według jego relacji, został zabrany do nieba, gdzie pojono go nektarem (hinduska amryta). Według religijnych biografów zaginął na trzy dni. Jego rodzina znalazła ubranie na brzegu rzeki i myślała, że utonął. Nanak pojawił się dnia trzeciego, blady i początkowo małomówny. W końcu przemówił: „Nie ma Hindusa, nie ma Muzułmana, jest tylko człowiek. Czyją drogą powinienem pójść? Tylko boską. Bóg ma wiele imion, ale jest jeden” Jego nauki połączyły elementy z obu religii; mówił o istnieniu jednego Boga, ale wierzył w reinkarnację i możliwość dotarcia do Boga drogą medytacji, zrównał ludzi, odrzucając system kastowy oraz kategorycznie zabronił sati, czyli zwyczaju, wedle, którego żona, po śmierci męża szła z nim na stos. Nanak został Guru, czyli nauczycielem i od tego momentu narodził się Sikhizm. Po śmierci Nanak miał dziewięć kolejnych wcieleń, kolejnych Guru, bo wiara Sikhów opiera się przede wszystkim na słowach dziesięciu pierwszych guru zapisanych w Świętej Księdze (Sri Guru Granth Sahib).47898618-guru-granth-sahib-ji2 Ostatni Guru uznał pisanie księgi za zakończone.

Sikhizm jest religią wymagającą od swoich wyznawców szczegółowego przestrzegania zasad moralności, diety i sposobu ubierania się. Mam wielu przyjaciół wśród Sikhów, bardzo poważnie podchodzą oni do edukacji dzieci, swojej pracy i są bardzo pomocni dla innych. Nigdy się na nich nie zawiodłam. Gdy już raz zaprzyjaźnisz się z Sikhem stajesz się częścią wielkiej społecznej rodziny.

W Gravesend, o którym to miasteczku pisałam przy okazji Pocahontas ,wybudowano piękną świątynię Gurudwarę, z marmuru. Kosztowała 12 milionów funtów, a złożyli się na nią Sikhowie mieszkający w miasteczku.Na otwarciu świątyni był były premier Wielkiej Brytanii David Cameron z żoną, tak ważne to było wydarzenie.article-p-138561d2-ce71-4016-8f3d-9ee612ffc601-6xsro3oehhsk2-923_634x356-2

Byłam w niej kilkakrotnie, jest bardzo kolorowa i majestatyczna, ale wewnątrz, podobnie jak w islamskich meczetach,  nie ma obrazów Boga. Na czołowym miejscu znajduje się coś w rodzaju ołtarza lub tronu (Takhat), a na nim leży pięknie oprawiona ta najważniejsza Święta Księga Sikhów.

 

lux-studios-8-2b13591330064-214192650_10154500308044810_7650499237434983794_n-214102624_10154500308034810_2508193237681793784_n-2homepage-slider-6-2

Każdy może wejść do środka. Warunek jest taki by nakryć głowę, zarówno kobiety, jak i mężczyźni i zdjąć buty. W świątyni zawsze jest wyznaczone miejsce, gdzie można się posilić, bo jednym z zasad tej religii jest pomaganie ubogim. Coś takiego jak liturgia nie istnieje; wyznawcy jedynie wspólnie recytują księgę, śpiewają psalmy lub modlą się indywidualnie. Nawet podczas pogrzebu, na którym byłam, wyznaczony guru recytował święte wersy. Moja przyjaciółka Narinder, co tydzień wykonuje Savę, pracę w świątyni, jako wolontariusz; czasami jest to serwowanie jedzenia, ale najczęściej Narinder pomaga ludziom w niezrozumiałych sprawach bankowych i praw dotyczących życia w Anglii. Jedną z podstawowych zasad religii jest pomaganie innemu człowiekowi. Piękne prawda?