Berno – miasto fontann

Zainspirowana pewnym klubem podrózników, postanowiłam zrobić opisy stolic, w których byłam. Miało być alfabetycznie, ale nie mogę się zdecydować, czy Amsterdam zaliczyć do stolic, dlatego zaczynam od B, choc tutaj też mam małe wątpliwości.

Berno jest siedzibą rządu szwajcarskiego, wielu międzynarodowych firm, organizacji i banków wygląda jak historyczna, kolorowa wioska, zwłaszcza stara część, położona wysoko w zakolu rzeki Aare. Można w nieskończoność spacerować po wąskich, brukowanych ulicach, nie czując zmęczenia, bo uroda miasta dodaje nam skrzydeł. Całe stare miasto wpisane jest na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.Szwajcaria (152) Prawie na każdym rogu napotkać można piękne fontanny z krystalicznie czystą wodą z Alp. Nie bez powodu nazwano Berno miastem fontann. Na ulicach Marktgasse i Kramgasse, na długości zaledwie 150 metrów zobaczymy ich aż jedenaście, a w obrębie całego miasta jest ich ponad 100. Najsłynniejsza jest Fontanna Ogra, ozdobiona sceną pożerania małych dzieci przez olbrzyma. Na tej ulicy jest też Zeitglockenturm, czyli wieża zegarowa z 1530 roku, niegdyś sprawiająca funkcję bramy wjazdowej do miasta. Szwajcaria (177)Co godzinę, dokładnie cztery minuty do, figurki zegara poruszają się przy dźwiękach muzyki. Warto zobaczyć to przedstawienie. Na ulicy Munsterplatz stoi katedra, z wysoką wieżą, na którą, by się wdrapać, trzeba przejść 134 stopnie. Opłaca się, bo widok z platformy jest niesamowity; zobaczyć można dawne mury bastionów stromo opadające ku rzece, małe uliczki ze wspaniałą architekturą, ale też butiki, restauracje i małe popularne tutaj sceny teatralne. W oddali dostrzeżemy zaśnieżone zbocza Alp. Portal katedry przedstawia sceny z sądu ostatecznego, a witraże w oknach pomalowane są w taki sposób, że nie można ich odtworzyć. Najsłynniejszy witraż katedry, niebywale kolorowy pokazuje scenę mordowania jakiegoś mieszczanina i nazwany jest Tańcem Śmierci. Średniowieczne, drewniane Berno w 1405 roku zniszczył pożar. Odbudowano je, na nowo, z lokalnego piaskowca.Szwajcaria (148)

W samym centrum miasta, w imponującym, szerokim budynku, do dziewiętnastego wieku był spichlerz (Kornhaus), a obecnie znajduje się tam centrum kulturalne z halą koncertową, teatrem biblioteką, czy aulą wykładowczą. Wnętrza przyozdobione są renesansowymi rzeźbami przedstawiającymi sceny z mitologii, a także jest tak wystawa tradycyjnych strojów szwajcarskich i strojów renesansowych muzyków.
Nazwa miasta pochodzi od słowa niedźwiedź i to właśnie to zwierzątko stało się symbolem stolicy. Podobno założono ją w miejscu, gdzie książę Bertold V upolował wielkiego misia. Dużą atrakcją Berno, zwłaszcza dla dzieci są jaskinie nad rzeką, rodzaj zoo, Bärengraben, gdzie trzymane są niedźwiadki brunatne, które często można karmić przeznaczonymi dla nich smakołykami. bern bearWokół jaskiń rozciąga się duży park niedźwiedzi, w którym wytyczone są specjalne ścieżki dla turystów. W tym momencie miśków jest tylko trzy, mama, tata i bobas: Finn, Björk i Ursina. W zimie zapadają w długi sen. Dobrze o tym pamiętać odwiedzając Berno w miesiącach zimowych. W lecie misie odwiedzać można codziennie, za darmo, w godzinach od 8 do 5. Nowa część miasta położona w jest dole, poza zakolem rzeki i gwarantuje cudowny widok na Starówkę. Najpiękniej jednak widać miasto z Ogrodu Różanego, bo róże to druga po misiach wielka atrakcja Berno. W ogrodzie jest ponad 200 gatunków tych pięknych kwiatów, a także setki innych gatunków roślin, np. irysów. Ogród położony jest na bardzo silnie nasłonecznionym wzgórzu, ponad rzeką, w zaciszu starych drzew.
Oczywiście nie może w stolicy zabraknąć muzeum. Największe to Muzeum Historyczne, gdzie wielką popularnością cieszy się wystawa poświęcona słynnemu mieszkańcowi tego miasta Einsteinowi. Poza tym można tam zobaczyć obiekty z czasów historycznych i prehistorycznych, oraz eksponaty etnograficzne ze wszystkich stron świata. Bernisches Historisches Museum otwarte jest od wtorku do niedzieli, od 10 do 17.
Szwajcaria (175)Jeśli komuś spodobają się wyrywki z życia wielkiego naukowca, zobaczone w Muzeum Historycznym, to zapraszam do jego domu. Stoi zaledwie 200 metrów od wieży zegarowej Zeitglockenturm. Mieszkał tam dwa lata, od 1903 do 1905 roku i pozostawił po sobie meble, bibeloty, książki. Dom otwarty jest codziennie, od 10 do 17.
Innym wielkim mieszkańcem miasta był Paul Klee i w 2005 roku otwarto nową atrakcję związaną z tym artystą. Zentrum Paul Klee, w kształcie fali, zaprojektował włoski architekt Renzo Piano. Bern, Paul Klee CentrePoza samym budynkiem warta zobaczenia jest olbrzymia kolekcja rysunków Klee, oraz innych artystów, a można tam wejść by posłuchać koncertu, czy wygłaszanego referatu. Imprez kulturalnych Centrum organizuje bardzo dużo. Otwarte jest od wtorku do niedzieli, od 10 do 17 i wejście kosztuje 20 franków szwajcarskich. Obrazy Klee, podobnie jak innych malarzy można tez zobaczyć w Muzeum Sztuki, najstarszej tego typu placówce w Szwajcarii, skupiającej ponad 4 tys dzieł, od Gotyku, po czasy obecne. Poza stałą ekspozycją odbywają się tam często wystawy czasowe, poświęcone wielkim twórcom z całego świata. Osobiście polecam jeden z nowych nabytków muzeum, instalacje wizualno – dźwiękową szwajcarskiego artysty Yves Netzhammera. Instalacja obraca się wokół pytania o tożsamość, kontakt i relacje między ludźmi, zwierzętami, przedmiotami i przedstawia alternatywny do rzeczywistego świat, który jest jednak lustrzanym odbiciem tego realnego. Świat filmowych obrazów wchodzi w dialog ze światem widzów, którzy sami stają się częścią dzieła. Bardzo interesujące przeżycie.
O tym, co oferuje Berno można by jeszcze pisać bardzo długo. Warto się tam wybrać i na krótki weekend i na pobyt dłuższy. Każdy znajdzie tam coś dla siebie. Możliwości zrobienia zakupów i skosztowania pysznej kuchni szwajcarskiej też jest bardzo dużo. Jedną z lepszych, choć nietanich restauracji jest Suder, oferujący dania kuchni regionalnej, ale i europejskiej, przyrządzone z lokalnych produktów. Tańszą opcją jest restauracja Tramway. Wielkiego wyboru tam nie ma, ale piwo jest tanie, a sznycle olbrzymie, można się naprawdę dobrze najeść.

17 i pies cd. Piątek

_MG_0686-2Piątek był dniem ostatnim. Z jednej strony mieliśmy wielką potrzebę zobaczenia jeszcze, co najmniej kilku super miejsc, z drugiej strony trzeba było się spakować i przygotować do sobotniego wyjazdu. Jak ten czas szybko minął?!

Większość z nas wstała wcześnie, ale chyba nikt, po środowych dyskusjach i ku rozpaczy Jatindera, nie chciał zadać pytania „to gdzie jedziemy dzisiaj?”. Po śniadaniu każdy zajął się pakowaniem i porządkowaniem rzeczy. W końcu Jatinder, który liczył, że podczas tej podróży zobaczy bardzo dużo, nie wytrzymał i pytanie padło. Ku mojemu zaskoczeniu odpowiedział Paul, że ich rodzina pojedzie, gdzie tylko chcemy, z wdzięczności za to, że w czwartek robiliśmy to, co oni chcieli dla ich córki. Wow. Miło się zrobiło. Padła propozycja by pojechać niedaleko Sionu by zobaczyć największe na świecie jezioro podziemne. Odradziłam im to, zbliżało się południe i szkoda by było stracić resztki słońca na długa podróż samochodem, lepiej by było wrócić do Szwajcarii nad Jezioro Genewskie. Tak też zrobiliśmy.

Szwajcaria (400)tumblr_static_freddie_mercury_3Pojechaliśmy do Montreux, gdzie wszyscy obowiązkowo chcieli sobie zrobić zdjęcie z stojącym na brzegu jeziora pomnikiem Freddy Mercurego. Pomnik ma 3 metry wysokości i stoi niedaleko dawnego studia grupy Queen. Autorką pomnika jest Czeszka Irena Sedlecká, laureatka nagrody leninowskiej, znana ze wspaniałych przedstawień robotników, która po ucieczce z Czechosłowacji w 1967 roku została twórczynią rzeźb wielu brytyjskich sław. Pomnik Freddiego miał stanąć w Londynie, ale w całym mieście nie znaleziono dla niego miejsca. Podobno z powodów politycznych, bo strzelisty, dumnie stojący Freddie mógłby przywodzić na myśl niepokojący fakt, że muzyka służy między innymi do ekspresji osobowości twórcy, a Freddy był przecież biseksualny. Dopiero niedawno związek homoseksualny dwóch mężczyzn przestał być przestępstwem kryminalnym. Sedlecká idealnie uchwyciła charakter Mercury’ego – idealnie połączyła depersonalizujący monumentalizm muzyki Queen z człowieczymi detalami artysty typu wąs, pięść, krocze etc. Pomnik po prostu emanuje ekspresją i dbałością o szczegóły, ale podobno jest notorycznie podsikiwany przez hulającą na nabrzeżu jeziora młodzież.
Po obowiązkowym obfotografowaniu Freddiego z każdej strony pojawił się problem i znowu atmosfera się zepsuła, kłócili się głównie mężowie z żonami, i głównie o dzieci, które po 5 minutach pobytu w nowym miejscu zażądały lunchu. Wiemy już, że metody wychowawcze mamy różne i od czasu do czasu ta prawda wychodzi na wierzch, prawie z hukiem, jak stało się tutaj w Montreaux. Nie będę się wdawać w szczegóły, powiem wam tylko, że wygrała frakcja pro-dziecięca i w parku, na ławeczce dzieci zjadły lunch i pobawiły się na placu zabaw. Na szczęście, niektórym z nas udało się przespacerować promenadą i zachwycać oczy cudnymi widokami, nie rozmawiając zbytnio ze sobą.

_MG_0867-2

Po półtorej godzinie wpakowaliśmy się do samochodów i pojechaliśmy do Vevey. Cudowne miasteczko Chaplina nas pogodziło, usiedliśmy w kafejce na brzegu jeziora, kupiliśmy po piwku i języki się rozwiązały. Pomógł fakt, że dzieci były daleko od nas, szalały nad brzegiem jeziora. A gdyby ktoś zapytał czyje to dzieci? Chyba nikt z nas by się nie przyznał… Było nam za dobrze… Myślę, że zdarza się to wszystkim rodzicom od czasu do czasu.

IMG_0887-2
Vevey słynie przede wszystkim z Chaplina, który mieszkał w Vevey w ostatnich latach swojego życia. Jego karłowata postać stoi na promenadzie i jest równie często fotografowany jak Freddy. Ale Vevey słynie też z wielkiego widelca wbitego w dno Lac Leman. Jest to rzeźba z nierdzewnej stali szwajcarskich artystów Jeana-Pierre’a Zaugga i Georgesa Favre’a i jest to jeden z eksponatów pobliskiego Alimentarium, czyli Muzeum Jedzenia, do którego nie zdążyliśmy już wejść. Mieszkańcy Vevey mówią jednak, że miasteczko jest pyszne jak niedzielny torcik i widelec jest po to by się nim z przyjemnością delektować. Oh nam smakowało i to bardzo…

IMG_0906-2
Dla nas Polaków ciekawostką jest, że w Vevey zmarł wielki polski pisarz Henryk Sienkiewicz, który lata pierwszej wojny światowej spędził właśnie tutaj w hotelu Du Lac, pisząc niedokończone ostatnie swoje dzieło Legiony i tu razem z Paderewskim założył Komitet Pomocy Narodowi Polskiemu. Niestety nie dotarłam do jego pomnika, dopiero po powrocie dowiedziałam się, że tam jest. Ale do Szwajcarii zawsze wracam z przyjemnością, więc kiedyś go znajdę.
Vevey uraczyło nas jednym z cudowniejszych zachodów słońca jakie widzieliśmy w życiu i do domu wróciliśmy w dobrych nastrojach i ostatni wieczór upłynął przyjemnie, choć bez oceanu wina. Czekała nas długa 10 godzinna podróż do Anglii. Zdradzę, że na szczęście minęła bez przygód, szybko, spokojnie, tylko z kilkoma postojami na lunch i nawet wpuszczono nas na wcześniejszy pociąg do tunelu pod kanałem La Manche. Wiem, że na tych wakacjach różnie bywało, ale więcej było radości niż smutku i za rok na pewno pojedziemy ponownie, ale raczej w miejsce, gdzie jest mniej do zwiedzania. Gdzie można będzie sobie pozwolić na długie biesiady przy stole i przesiadywanie po nocach. Prawda jest taka, że my się wszyscy bardzo lubimy i żadne drobnostki tego nie zmienią.

17 i pies. Środa w Szwajcarii

_MG_0420

W środę w końcu zobaczyliśmy Szwajcarię. Nie wiem, jakim cudem udało nam się wyjechać rano, po długich i wyczerpujących dyskusjach dnia wczorajszego, o tym, co i w jakiej kolejności powinniśmy zobaczyć w Szwajcarii. Jakoś się dogadaliśmy i czterema samochodami ruszyliśmy w trasę.

_MG_0409-2

Na granicy nikt nie zwrócił na nas uwagi i tak dojechaliśmy do pięknie położonego nad jeziorem genewskim zamku Chateau Chillion, kiedyś należącego do władców rodziny Savoy. Z zewnątrz zamek wydaje się niewielki i uroczy, ale gdy weszliśmy do środka okazało się, że jest to raczej potężna twierdza. Prawdziwy labirynt komnat, pokoików, korytarzy, attyk, wieżyczek okazał się rajem dla dzieci. Odkrywały z zapartym tchem bajkowy świat, kawałek po kawałku. Makabryczne wrażenie zrobiły na nas lochy. W jednym z pomieszczeń na stropie wisiała najprawdziwsza wisielcza pętla, a w drugim stał pręgierz, tuż obok obrazu przedstawiającego słynnego więźnia tego zamku Bonivarda przypiętego do właśnie tego pręgierza. François Bonivard jest bohaterem poetyckiego utworu Lorda Byrona Więzień z Chillion. Byron z przyjaciółmi latem 1816 roku przybył na Jezioro Genewskie i tutaj poznał historie księdza, który przeciwstawił się władzy. Dla romantycznego pokolenia tamtych czasów była to historia warta opowiedzenia i tak powstał „Więzień”.
Po zwiedzeniu zamku ruszyliśmy dalej. 40 min na północ jest jedno z moich ulubionych miasteczek szwajcarskich Gruyere, w okolicach, którego zjedliśmy lunch. Nie było wśród nas chętnych by zwiedzić popularne muzeum sera, koło którego, nota bene, się zatrzymaliśmy. Nie naciskałam, bo ja w tym muzeum już byłam i szczerze przyznam nie rzuciło mnie na kolana. Pojechaliśmy za to do Broc, jednego ze słodszych miejsc na świecie. Jest tam jeden z oddziałów Nestle, Maison Cailler, gdzie robi się czekoladki. Być w Szwajcarii i nie spróbować czekolady? Rok wcześniej zwiedzaliśmy podobne miejsce w Belgii (trzeba było spróbować słynnej czekolady belgijskiej) i teraz mogliśmy porównać. Shokoladen Museum w Eupen było atrakcyjnym, ciekawym miejscem, tu jednak okazało się, że można o czekoladzie opowiedzieć jeszcze lepiej. Historia o przywiezieniu kakao do Europy wciągnęła nasze malce bez reszty.

_MG_0443-3

A gdy po skończonej wizycie przyszedł czas na degustację zaniemówiliśmy. W Eupen dostaliśmy najpierw kawałek ciasteczka, który mogliśmy sobie zamoczyć w płynnej, gorącej czekoladzie, a potem na pożegnanie dali nam orzechową, małą pralinkę. Tutaj, w Broc mogliśmy jeść czekolady ile się da, ale uwierzcie mi, nie da się jej zjeść tak dużo. Oczy chciały, gorzej z możliwościami brzuszka.
Najedzeni i szczęśliwi, z nadwyżka cukru i kalorii wróciliśmy do Gruyere. Wyglądało dokładnie jak je zapamiętałam z poprzedniej wizyty: po prostu bajkowo. Malowniczo i kolorowo królowało nad całą okolicą, a promienie nisko już świecącego słońca nadawały mu tylko uroku. Główna ulica miasteczka jak z bajki prowadzi do zamku. Niestety przybyliśmy za późno by go zwiedzić. Gdy dorośli rozlokowali się wygodnie na ławeczkach przed wejściem do zamku, by się nacieszyć oko architekturą i krajobrazem, ja i chłopcy ruszyliśmy na wyprawę dookoła zamku. Warto było spojrzeć na ten pejzaż z innej perspektywy.
Szwajcarski dzień naszych wakacji był wyjątkowo udany.

17 i pies – Sobota, dzień przyjazdu

IMG_6048

W piątek punktualnie o 7pm spotkaliśmy się na stacji benzynowej na autostradzie  M20 i karawaną czterech samochodów ruszyliśmy dalej, aż do tunelu pod kanałem La Manche czy Kanałem Angielskim jak go nazywają Anglicy. Tu nas niestety rozłączono, ale na szczęście dzięki kilku wykonanym telefonom i numerkom oznaczającym odległości na autostradzie francuskiej udało nam się znowu zjednoczyć konwój. Po trzech godzinach drogi, czyli dobrze już po północy zatrzymaliśmy się na noc w hotelu w Reims. Byłam niepocieszona, ja- wielbicielka gotyckich katedr, jestem w mieście jednej z najbardziej znanych  świątyń na świecie i nie mogę jej nawet zobaczyć!!! Eh życie, co się odwlecze…

Rano ok 8 poszliśmy na śniadanie do pobliskiego supermarketu, (bo w naszym hotelu nie było) i byliśmy bardzo rozczarowani. Przysklepowa kafejka raczej nie spodziewała się najazdu 17 Brytyjczyków i nie miała dla nas wystarczająco croissantów, na szczęście pysznej kawy było w nadmiarze. Brak jedzenia uzupełniliśmy w sklepie kupując i croissanty i prowiant na później i ruszyliśmy w drogę. Na lunch stanęliśmy około 14.30, na jednym ze słynnych parkingów francuskich, gdzie zamiast toalety jest dziura w podłodze z podnóżkami, a spłukiwanie kończy się zawsze niechcianym obmyciem butów. Po napełnieniu brzuszków, wyprostowaniu nóg i wyprowadzeniu psa ruszyliśmy w dalszą drogę. Szło raczej sprawnie, do czasu, gdy pół godziny przed celem podróży, Maurice wlał do swojego samochodu benzynę zamiast ropy i jak się można domyślić samochód odmówił posłuszeństwa. Musieliśmy się rozdzielić, mój mąż został z Mauricem i czekali na pomoc drogową, a ja miałam resztę towarzystwa doprowadzić do celu. Z narysowaną przez właściciela mapą i instrukcjami nie było to takie proste. Chyba nie można już było bardziej skomplikować tych wskazówek. Jeździliśmy w kółko przez 30 minut. W końcu się udało, znaleźliśmy wille. _MG_9887Ale tu kolejna niespodzianka; dom zamknięty na cztery spusty i nikogo w nim nie było. Stephanie, do której pisaliśmy z podróży, nie tylko nie pojawiła się na czas, ale nie odbierała też telefonów. Zadzwoniliśmy do właściciela w Anglii. Okazało się, że dał nam zły numer telefonu, ale szybko i sprawnie wszystko naprawił i Stephanie pojawiła się w ciągu 15 min. Na szczęście, bo było już ciemno, zimno, a my byliśmy porządnie głodni. Wreszcie mogliśmy wejść do domu. Bez większego rozlewu krwi udało nam się rozdzielić pokoje dzieciom i rozpakować bagaże.  W międzyczasie dowiedzieliśmy się, że pomoc drogowa zabrała samochód do wyczyszczenia, a Maurice z Maciejem czekają na parkingu, z górą bagaży i psem. Paul z Jatinderem nominowali się do przywiezienia ich bezpiecznie do domu, a my zajęłyśmy się gotowaniem kolacji, a raczej jej odgrzewaniem, bo miałam gotowy gar wieprzowego, staropolskiego gulaszu z grzybami suszonymi, (zebranymi latem przez mojego kochanego tatę).  Gdy tylko mogę to propaguję wśród znajomych nasze rodzime, polskie potrawy (fasolka z kiełbasą w sosie pomidorowym, placki ziemniaczane i bigos to absolutne hity wśród moich przyjaciół).

Niestety to nie był koniec wrażeń! Jakiś czas po wyjściu Stephanie zdałyśmy sobie sprawę, że nie wiemy gdzie są klucze od całego domu. Pamiętałyśmy moment, gdy Stephanie informowała nas, który klucz jest, do których drzwi, ale co zrobiła z kluczami potem, już nam niestety umknęło z pamięci. Orzekłyśmy wspólnie, że bez wątpienia zabrała je ze sobą. Tak też powiedziałyśmy mężom, gdy wrócili do domu. Próbowałyśmy do niej dzwonić, ale nie odbierała. Wysłaliśmy smsa i po dobrej godzinie odpowiedziała nam, że klucze przekazała lady, która stała najbliżej drzwi. Rozpoczęło się dochodzenie i każda z nas wyparła się jakiejkolwiek styczności z kluczami. To nie miało sensu, więc, w końcu tupiąc nogą w myślach, kazałam wszystkim przeszukać kieszenie, nie tylko w ubraniu, które miałyśmy na sobie, ale także w powieszonych w szafach kurtkach i płaszczach. Oczywiście sama też szukałam, w duszy byłam przerażona, że to ja okażę się winna ( już mi się takie historie w życiu zdarzały). Poszukiwania odniosły pozytywny skutek, klucze się znalazły! Nie powiem, kto je miał schowane w kieszeni kurtki, ale na szczęście to nie byłam JA. Pierwszy dzień naszego pobytu w Alpach miał się ku końcowi. Byliśmy po kolacji, dzieci umyte i w pidżamach bawiły się spokojnie w swoich sypialniach. Wreszcie wino mogło zacząć lać się strumieniami.