W pułapce wieży w Tokio

tokio towerSłyszałam określenie, że jest to bezwstydna pułapka na turystów. Pomarańczowo – biała wieża w centrum miasta, zbudowana, jako wieża telewizyjna w 1958, stała się ukochanym przez Tokijczyków symbolem powojennej odbudowy. Wysoka jest na 333 metry, czyli o 13 więcej niż jej pierwowzór, – wieża Eiffla w Paryżu.
Główny taras widokowy znajduje się na wysokości 145m i tu, bo było taniej, pojechaliśmy wszyscy pooglądać Tokio z góry. Tylko ja chciałam porobić parę zdjęć i dopłaciłam, a potem trochę windą, trochę schodami, a głównie stojąc w kolejkach, wdrapałam się na wyższy taras na wysokości 250m. I to chyba była ta pułapka.tokio tower 2 Porządnych zdjęć zrobić nie można, bo wszędzie szyby i masa ludzi. Zanim udało mi się tiptopkami obejść wszystko dookoła moja rodzina zjechała windą na dół, ja za nimi, ale teraz szukaj igły w stogu siana i to bez telefonu, bo ja, głupia, zapomniałam wziąć ze sobą. Obeszłam wszystkie możliwe wyjścia, szwendałam się tu i tam po kilka razy, kilkakrotnie robiłam podchody do publicznego telefonu w holu recepcji, wrzucając do niego wszystkie monety. Wszystko bez rezultatu. W końcu zdesperowana podeszłam do recepcji pożyczyć komórki (numer mojego męża to jedyny numer, jaki znam na pamięć), a pani słabo znająca angielski dała mi mikrofon. Cała wieża usłyszała jak ładnie po polsku krzyczę: Maciuś czekam na ciebie na dole, koło recepcji. tokio tower1
I udało się!

Nie ma jak herbatka

IMG_3857
„Co jest najwspanialszą rzeczą dla ludzi, którzy tak jak ja, podażają drogą herbaty? Moja odpowiedź brzmi: jest nią wspólnota między gospodarzem a gościem, łacząca obydwa serca. Przy wspólnej filiżance herbaty..odczuwasz jedność z przyrodą i odnajdujesz spokój”
Soshitsu Sen

 

IMG_3860
Japońska ceremonia herbaty, nazywana chanoyu (wrzątek w języku japońskim), pojawiła się, gdy Japonia przyjęła chińskie wierzenia buddyjskie zen, a wraz z nimi sproszkowaną herbatę macha. Tradycyjna ceremonia  stała się czymś więcej niż tylko piciem tego napoju; to doświadczenie duchowe, które uosabia harmonię, szacunek, czystość i spokój.
Gdy Kodato- San zapytała nas, co chcemy by nam pokazała w Tokio, nie mieliśmy watpliwości: Czy możesz znaleźć miejsce, gdzie moglibyśmy nie tylko przyglądać się, ale także uczestniczyć w ceremonii parzenia herbaty? Jakież było nasze zdziwienie i radość, gdy okazało się, że jedziemy do jej rodzinnego domu, bo mama Kodato –San jest licencjonowaną nauczycielką ceremonii parzenia herbaty. Studiowała około 8 lat by ruchy rąk i wszystkie czynności były doskonale w swej prostocie. Gdy weszliśmy do domu uroczyście powitali nas, ubrani w kimona tata i mama Kodato-San. Po umyciu rąk, czyli symbolicznym pozbyciu się kurzu świata zaprowadzili nas do specjalnego pokoju, herbaciarni, wyłożonej tatami, ze ścianami udekorowanymi wiszącymi zwojami, kakemono. Przy jednej ze ścian znajdował się kociołek z gotującą się wodą. Usiedliśmy po turecku i poczęstowano nas wagashi, czyli japońskimi słodyczami. Dzieciom smakołyki z czerwonej fasolki nie bardzo przypadły do gustu. Dostaliśmy też małe wachlarzyki, które musieliśmy położyć za plecami, a potem ładnie zapozowaliśmy do zdjęcia.IMG_3851

Po odpowiednim ukłonie gospodyni zainaugurowała ceremonię; na wstępie czerwoną szmatką oczyściła miski (nie kubki czy filiżanki, a właśnie miski), mały herbaciany cebrzyk i trzepaczki. Następnie bambusową szpachelką nabrała trzy miarki proszku z zielonej herbaty i wsypała do jednej z misek. Każdy ruch wykonywała z takim wdziękiem, kunsztem i lekkością, że nie mogliśmy oderwać od niej oczu. Z dużego żeliwnego kociołka, z rozpalonymi w środku węgielkami nabrała drewnianym cebrzykiem wody i dolała do zielonego proszku, tworząc coś, co konsystencją przypominało zupę groszkową. Barwa była intensywnie piękna i pociągająca. Następnie nasza gospodyni małą bambusową trzepaczką zaczęła intensywnie bełtać zawartość miseczki i herbata zamiast normalnej nabrała konsystencji piankowej. To była gotowa herbata, a raczej takie cappuccino herbaciane. Kłaniając się z gracją gospodyni podała herbatę Maciejowi, potem powtarzając ceremonię przygotowała herbatę dla mnie, dla Magdy i dla dzieci. Zanim jednak mogliśmy się napić, musieliśmy nacieszyć oczy obrazkami na miseczkach, obracając je dookoła na dłoni. W końcu mogliśmy spróbować tego japońskiego zielonego nektaru. Należało go wypić w trzech łykach i nawet nam się udało. Smakował wybornie.
Pokaz skończył się oddaniem miseczek, starannym umyciem naczyń przez naszą wdzięczną gospodynię.

 

Po odpowiedniej serii ukłonów zostaliśmy zaproszeni do stołu w dużym pokoju, gdzie każdy z nas dostał własną trzepaczkę, szufelkę i miseczki i mogliśmy potrenować ubijanie pianki samemu. Frajdy i śmiechu było przy tym, co niemiara, teraz, gdy cześć oficjalną mieliśmy za sobą, mogliśmy się dobrze bawić. Pan domu opowiadał nam różne historie i ciekawostki z japońskiego życia, np. tradycję siorbania i chlipania przy jedzeniu by wyrazić swój zachwyt, nad smakowitością jedzenia. Niestety nie daliśmy się przekonać, mimo, że poczęstowano nas prawdziwie królewską kolacją. Jakoś to siorbanie nie mogło nam przejść przez gardło.

Jak w taki dzień dzień deszczowy …

Całą niedziele padało i to nie były malutkie dżdżyste kropelki tylko porządne mokre krople, od dotknięcia, których naprawdę bardzo nieprzyjemnie robiło się za koszulą. Co zrobić z takim rozmazanym dniem w Tokio, gdy chciałoby się tego Tokio zobaczyć jak najwięcej. Pewnie jakby nie było z nami dzieci to zarzucilibyśmy sztormiaki na nasze kadłuby, kalosze na stopy i poszli szlajać się po mieście. Jednak z dziećmi w takim wieku jak nasze, to już nie jest tak łatwo. Zdecydowaliśmy się pojeździć po Tokio Sky Bus’em. To taki turystyczny autobus, normalnie z odkrytym dachem, którym można jeździć po mieście z słuchawkami w uszach i oglądać i słuchać i poznawać nowe, interesujące miejsca. Jak pomyśleliśmy, tak tez zrobiliśmy. Pojechaliśmy kolejka na Tokio station i tam złapaliśmy naszego piętrusa, rozlokowaliśmy się wygodnie z samego przodu i rozpoczęliśmy podróż, dzięki której udało nam się dowiedzieć mnóstwo interesujących rzeczy o Tokio. Skybus ma trzy linie pierwsza od Asakusa do Skytree, druga Odaiba, and trzecia od Roppongi do Tokyo Tower. Przejechaliśmy wszystkie, bo jak tu wysiąść gdy leje…Niestety z porządnych zdjęć nici. Zobaczcie sami. Dopiero po południu trochę się rozpogodziło i mogliśmy wysiąść i pospacerować po Asakusa, gdzie jest niesamowita buddyjska świątynia Senso-ji, dedykowana bogini Kannon. Ale o tym w kolejnym poście.

Dodam na koniec dla zainteresowanych, że bilet na osobę na 24h kosztuje 2400 jenów, a dla dziecka 1200. Na dwa dni 3500 jenów, a dla dziecka 1700 jenów. W porównaniu z cenami w innych miastach, np w Londynie, to nie jest to dużo.


_MG_3921_MG_3947

Jajecznica w centrum miasta

_MG_3730Wydawałoby się, że to zwykłe skrzyżowanie uliczne, na którym łączą się drogi z kilku stron świata, w miarę regularne, proporcjonalne, z pasami idącymi prosto, lub po skosie. Na zielonym samochody wolniej lub szybciej mkną przed siebie jak to bywa na skrzyżowaniach, dopiero, gdy zatrzymują się na czerwonym, na dwie minuty zapalają się wszystkie zielone światła pieszych i rozlewa się jajecznica ludzkich głów i nóg i innych kończyn, które jak mrówki przemieszczają się w we wszystkich kierunkach świata, wymijając siebie z perfekcyjną nonszalancją. Napisałam jajecznica (scramble), bo to jest właśnie przezwisko tego skrzyżowania. Nazywa się Shibuya i w godzinach szczytu, w tym samym momencie potrafi wejść na ulice 2 i pół tysiąca ludzi.

Cała dzielnica to obłędny spektakl gigantycznych ekranów i neonów, które gwarantują, że każdy, kto się tam zjawi prawdopodobnie wyrzuci ramiona do góry, zakręci się na pięcie i wyda z siebie okrzyk „WOW Jestem w Tokio!” Ok, może to tylko ja tak mam.

Dzielnica Shibuya nigdy nie śpi. To tutaj można posmakować tokijskiego życia nocnego i słynnych barów karaoke, a także olbrzymich domów wypełnionych od parteru po ostatnie piętro (może dochodzić do kilkunastu pięter) różnego rodzaju grami.  Raj na ziemi dla moich chłopców, obu.

Uri-no tsuru-ni nasubi-wa naranu czyli bakłażany nigdy nie wyrosną na krzewach dyni czyli mój wstęp do Japonii

_MG_3613Nie wiedziałam, czego się spodziewać po wyprawie do Japonii. Zupełnie. Wiadomo, słyszałam to i owo, znam kilku Japończyków i z racji pracy mojego męża byłam kilkakrotnie w ambasadzie japońskiej, znam nawet ambasadora. Ciągle jednak Japonia była dla mnie jak tabula rasa. Przed wyjazdem moja młodsza siostrzyczka, pasjonat podróżnik podrzuciła mi książkę Marcina Bruczkowskiego „Bezsenność w Tokio”, niestety książka zamiast pomóc, pogłębiła mój niepokój. Bruczkowski na początku pełen zapału i energii, opuszcza Japonię po 10 latach, zgorzkniały i rozczarowany. Potem przeczytałam Martynę Wojciechowską „Kobieta na krańcu świata, Księżniczka z Tokio”, ale i to nie pomogło. Teraz już wiem, że można się nasłuchać, naczytać o Japonii, ale to, jaka Japonia jest trzeba zobaczyć na własne oczy, bo ten kraj dla każdego jest inny i każdy go inaczej odbiera. Gdybyście mnie zapytali o króciutkie podsumowanie Japonii to powiedziałabym, że to mieszanina szaleństwa i kiczu ze świetną organizacją i jakością. Artur, brat mojego męża, powiedział, że wyjazd do Japonii jawił mu się, jako to niewykonywalne marzenie. Ale wiecie, co? Nie ma marzeń niewykonywalnych!
Podróż na lotnisko trwała trochę ponad godzinę, bez problemu znalazłam parking i specjalny autobus zawiózł mnie i dzieci na terminal drugi. Tam spotkaliśmy się z Maciejem, który przyjechał prosto z pracy. Chciałabym napisać, że na lotnisku wszystko poszło sprawnie i gładko, odprawiliśmy się i zjedliśmy obiad, niestety to nie do końca była prawda. Pan, który teoretycznie miał nam pomóc odprawić się przy pomocy nowego systemu, nie miał za bardzo wiedzy jak się to robi, gdy ktoś leci z przesiadką i w rezultacie odprawił tylko mnie i Oscara. Przy oddawaniu bagażu miła pani obiecała, że naprawiła błąd, ale i ona chyba nie była wtajemniczona w tajniki odprawiania pasażerów i w rezultacie na pokład samolotu wpuszczono tylko mnie i Oscara. Olivia i Maciej zostali z tyłu by rozwiązać sytuację. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i około 10 wylądowaliśmy w Wiedniu, gdzie spędziliśmy noc. Rano, po raz kolejny postanowiliśmy sobie, ze do stolicy Austrii koniecznie musimy wrócić. O 13 czasu wiedeńskiego, punktualnie, wystartowaliśmy do Tokio. Lot był długi, ale przyjemny i dzięki ogromnemu zasobowi najnowszych filmów, minął stosunkowo szybko. O godzinie 7.30 rano, czasu tokijskiego, wylądowaliśmy na lotnisku Narita. Magda dołączyła do nas z Singapuru, półtorej godziny później i pojechaliśmy do hotelu, a raczej do ryokanu, czyli hotelu w stylu japońskim, z tatami i futonami zamiast łóżek, gdzie buty trzeba było ściągać zaraz po wejściu, w holu hotelu. To ściąganie butów zawsze będzie mi się kojarzyć z Japonią. W żadnym innym kraju nie zwiedzałam zamku na boso.
Gdy dotarliśmy do hotelu była 10 rano, a pokój mogliśmy dostać dopiero po 4, musieliśmy, więc coś z sobą zrobić.Na szczęście mogliśmy zostawić bagaże. Znaleźliśmy przytulną knajpkę, w prawdziwie japońskim stylu, gdzie siedzi się przy niskich stolikach, oczywiście boso, a nogi pakuje się w dziurę pod stolikiem. Jedzenie było tam pyszne. Niestety nie wiem jak się owa knajpka nazywała, bo napis był tylko po japońsku. Podobnie w menu nie było nawet jednej europejskiej literki. Zamawialiśmy potrawy pokazując palcem obrazki. Jak dobrze, że Maciej świetnie orientuje się w japońskich potrawach, choć nawet on nie rozpoznawał wszystkich obrazków. Nic to, najważniejsze, że się najedliśmy a dzieci usnęły z główkami złożonymi na stoliku. Dla nas był przecież środek nocy.
Ten pierwszy dzień pobytu w Tokio był katorgą. Byliśmy okropnie zmęczeni i nie mieliśmy w głowach jakiegokolwiek zwiedzania, ale pierwsze spotkania z japońskością mieliśmy już za sobą: z japońską kuchnią, uprzejmością, ściąganiem butów, dbaniem o detale, maseczkami na twarzach, z kwitnącymi wiśniami, z szybkimi, bardzo punktualnymi pociągami, z tłumem na stacji, z czystością i z automatami na napoje, z wszechobecnymi kablami i gawrotami skrzeczącymi za oknem. Sporo wrażeń jak na pierwszy dzień. O wszystkim tym zamierzam napisać, ale po kolei…

 

Wiatraki, Kankan i Seks czyli rozmyślania włóczęgi

IMG_5960

W kwietniu tego roku, choć na chwilę udało mi się zostać flaneur, francuskim wędrowcem, który włóczy się samotnie po ulicach Paryża (pisałam o tym tutaj W literackiej kompaniji) Było to dla mnie prawdziwe odkrywanie, nie tylko uroków francuskiej stolicy, ale także odkrywanie własnej siebie. Pokochałam Paryż i znalazłam tam swoje miejsce na ziemi, choć chyba nigdy w życiu nie chciałabym tam mieszkać. Miłością bezgraniczną zapałałam do Montmartre, które w moim mniemaniu, jest rodzajem intrygującej wyspy w centrum wielkiego kolosa. Wiem, że grzmią burze krytyki nad tym miejscem, że się skomercjalizowało i że stało się modną dzielnicą nowobogackich, ale czy trudno im się dziwić. Wierzę, że ciągle jeszcze drzemie w Montmartre ta artystyczna dusza, ta atmosfera, która przyciągała tutaj van Gogha, Renoira, Daliego, Picassa, a potem artystów typu Dalida. I ciągle im podobne artystyczne dusze, lgną do tego miejsca tysiącami. Można tam pooddychać tym samym powietrzem, którym oni oddychali, choć pewnie bardziej zanieczyszczonym. Ale Montmartre to nie tylko sztuka, ale także, a może przede wszystkim, seks. Wszyscy słyszeliśmy o placu Pigalle i słynnym na cały świat Moulin Rouge, a to tylko malutki element całej „gorącej” układanki. Aromat erotyzmu unosi się tutaj delikatnie w powietrzu odurzając wszystkich przybywających jak delikatny narkotyk. Dlatego chodziłam po tych niesamowitych ulicach lekko błędna, onieśmielona, oczarowana i rozmyślałam o wiatrakach, prostytutkach, kankanie i oczywiście o artystach.
IMG_5957
WIATRAKI
Montmartre słynie z wiatraków, kiedyś podobno było im ich tam 40, a pozostały jedynie dwa. Służyły oczywiście do mielenia zboża na mąkę dla okolicznych farmerów, ale Paryż nie byłby Paryżem, gdyby do tej zaszczytnej funkcji nie dodał innych. Nie przesadzę, jeśli powiem, że w XVI, XVII wieku wiatraki-młyny pełniły także funkcje domów rozkoszy. Młynarze sprowadzali tutaj panienki dla farmerów, aby umilić im czekanie. Do teraz istnieje we Francji takie powiedzenie ” comme dans un moulin”, co znaczy, w wolnym tłumaczeniu: czuj się swobodnie jak we młynie. We młynie? Swobodnie? Nic się nie dzieje bez przyczyny. Później nie trzeba było nawet mielić mąki by przyjść do młyna na dziewczynkę. Na przełomie XVIII i XIX wieku pojawili się w Montmartre pierwsi bogaci mieszczanie, którzy zaczęli budować tzw. folies czyli eleganckie, wiejskie, otoczone drzewami domy by trzymać w nich swoje konkubiny. Podobno orgie były tu na porządku dziennym. W ramach rozrastania się Paryża folies przestawały być tak dyskretne i zamieniały się w eleganckie domy publiczne.

IMG_5936 (2)DZIEWCZYNKI
XIX wiek zmienił społeczne oblicze Francji, rewolucja wycięła starą arystokrację, a rozrastający się przemysł dał nowe możliwości  ludziom z niższych klas społecznych. Odbiło się to oczywiście na erotyzmie Montmartre, gdzie małe burdeliki zaczęły rosnąć jak grzyby po deszczu. Na ulicach pojawiły się kobiety w pantalonach, bez spódnic; były to często dziewczyny z robotniczych rodzin, które nie miały szans by się same utrzymać ze zwykłej pensji pracowniczej i większość z nich szukała albo gentil monsieur czyli miłego dżentelmena, albo dorabiała jako prostytutki. Ale nie było w tym wstydu; prostytucja na pół etatu była normą, panienkami zachwycali się i celebrowali je artyści i pisarze. Picasso, Renoir, Degas, Toulouse- Lautrec, van Gogh prosili o pozowanie do swoich obrazów. Słynne dzieło Picasso Les Demoisselles d’Avignon przedstawia właśnie grupę prostytutek z Montmartre.

IMG_6151Byłam w miejscu, w którym Picasso namalował ten obraz. Dom nazywa się Bateau Lavoir (jest na Place Emile Goudeau pod numerem 13), i teraz jest tam hotel, w rogu, którego ustawiono witrynę informującą o tym, że oprócz Picasso mieszkali tutaj w latach 1890 -1920 inni artyści jak Juan Gris, Van Dongen, Marie Laurencin, Modigliani. Była to artystyczna mekka ówczesnego Paryża. Oczyma wyobrażni widziałam rząd rozanielonych, skąpo ubranych panienek, które dzień w dzień schodzą się do Bateau – Lavoir i pozują młodemu mężczyźnie, nie wiedząc jeszcze, jaka czeka go sława, a je nieśmiertelność na płótnie.IMG_6153
O prostytutkach poeci i śpiewacy układali pieśni, a potem śpiewano je przy fortepianie na zjazdach rodzinnych i nie widziano w tym nic zdrożnego. Fach, jak każdy inny.

IMG_5952
MOULIN DE LA GALETTE

U szczytu ulicy Lepic króluje majestatycznie jeden z ocalałych wiatraków Montmartre Moulin de la Galette, w którym obecnie znajduje się kabaret i nienajtańsza restauracja. Stałam przed nim i wpatrywałam się zauroczona.
Historia tej budowli była raczej burzliwa. Zaczął podobnie jak inne wiatraki od mielenia mąki i dostarczania uciech farmerom. W XIX wieku zaczęto tutaj wypiekać i sprzedawać słynny słodki chleb Galette i stąd nazwa młyna. Potem dodano do tego szklankę mleka. Podczas wojen napoleońskich, w trakcie ataku Kozaków na Paryż, właściciel młyna został zamordowany i przybity do skrzydeł wiatraka. Jego synowi zbrzydło, więc mielenie zboża i do sprzedaży chleba zamiast mleka dołożył wino i zamienił młyn w tzw. Guinguette. Był to rodzaj lokalu na świeżym powietrzu, gdzie często serwowano jedzenie i organizowano potańcówki, oczywiście z panienkami. Auguste_Renoir_-_Dance_at_Le_Moulin_de_la_Galette_-_Musée_d'Orsay_RF_2739_(derivative_work_-_AutoContrast_edit_in_LCH_space)Jeden z najsłynniejszych obrazów Renoira przedstawia właśnie Guinguette pod tym Młynem. Tańczący goście skąpani są w naturalnym i sztucznym świetle, cała scena aż się mieni od kolorów i aż czuć dynamikę tańca. Podobno Renoir, jak i inni impresjoniści był częstym gościem takich imprez i na tym właśnie obrazie utrwalił wielu swoich przyjaciół. W 1870 r. Francja była ponownie w stanie wojny, tym razem z Prusami. Paryż był oblegany przez długie miesiące i ponownie, o ironio losu, Prusacy ukrzyżowali na skrzydłach wiatraka kolejnego właściciela lokalu. Działalności młyńska zakończyła się na dobre, a zamiast mąki pojawił się tu kabaret i słynny na cały świat Kankan.

IMG_6114 (2)LAPIN AGILE
IMG_6098Jeśli będziecie kiedyś na Montmartre to polecam odwiedzić niewielkie muzeum Montmarte, znajdujące się na ulicy Rue Cortot pod numerem 12. Kiedyś był to dom należący do Maurice Utrillo, ale mieszkali tutaj i malowali Renoir, Emily Bernard, Suzanne Valadon, która była modelką, a później sama zaczęła malować.IMG_6096

Muzeum opowiada idealnie historię miejsca, opowiada o kankanie, o kabaretach, o życiu w kafejkach, o artystach malarzach, o pisarzach o bohemie, o plakatach i o rewolucji. Aż dziwne ile rzeczy się tam nazbierało, bo przecież budynek jest malutki.

IMG_6117Z jego okna widać ostatnią winnice na Montmartre, a za nią słynny kabaret Lapin Agile, który przypomina mały kolorowy cottage. IMG_6065Jego nazwa pochodzi od obrazu Andre Gill, na którym Królik (Lapin) ucieka z garnka. Podobno kiedyś była tam Gospoda. Z tym miejscem związana jest mała anegdotka: pewien pisarz, Roland Dorgeles , który był wielkim dowcipnisiem postanowił sobie zakpić z artystów i pożyczył od właściciela gospody osła. Do jego ogona, ów pisarz, przywiązał pędzle zamoczone w farbie, a osioł machając ogonem namalował obraz. Pisarz nazwał go ”Zachód słońca nad Adriatykiem” i pokazał na wystawie. O zgrozo, obraz wzbudził bardzo duże zainteresowanie.

IMG_6081W 1903 r. gospodę kupił pewien człowiek, którego wszyscy znają, aczkolwiek nikt nie wie jak on się nazywał. Jego postać znana jest, bowiem, ze słynnych secesyjnych plakatów Toulouse-Lautreca, których kopie bez problemu można kupić na każdym rogu Paryża.

IMG_6091KANKAN

Podejrzewam, że o tym tańcu słyszeli wszyscy. Początkowo nazywany był „Chahut” czyli taniec-rakieta. Pojawił się w czasach upadku barier między klasami społecznymi, gdy rozwój przemysłu dawał ludziom nadzieję na pracę i lepsze życie. Klasa średnia mieszała się wówczas z paryską bohemą, przenikały się także dziedziny sztuki, a artyści prześcigali się w kreatywności i szukali nowych form by oddać swoistą euforię, jaka ich ogarniała. Kankana wykonywały tancerki nazywane chahuteuses, czyli niesforne dziewczyny. Starały się go wykonywać w maksymalnie prowokacyjny sposób, wyrzucając nogi do góry i podnosząc spódnicę tak, że można było zobaczyć bieliznę (bądź jej brak). Ich popisy wywoływały zawsze wielką wrzawę wśród widowni, która ciągle wracała, aby zobaczyć ponownie te taneczno-erotyczne prezentacje. IMG_5941 (2)Wielbicielem kankana był malarz Henri de Toulouse-Lautrec, częsty klient kabaretów, a zwłaszcza Moulin Rouge. Namalował on serię obrazów przedstawiających gwiazdy teatru, takie jak La Goulue, Valentin le Désossé, Ouadrille Naturaliste, La Môme Fromage, Grille d’Egout. W około 300 litografiach, które pochodzą z lat 1892-1899, widoczna jest jego skłonność do dekoracyjności. Dzięki niemu wiemy, jak wyglądało życie cyganerii na Montmartre na przełomie wieków.
IMG_6089LA GOULUE
Na zakończenie można jeszcze wspomnieć o królowej Montmartre. Louise Weber, bo o niej mowa, urodziła się, jako córka biednej szwaczki; gdy mama nie patrzyła podbierała ubrania bogatych klientów i stroiła się jak tylko mogła, czasami za plecami matki udawało jej się uciec w tych ciuchach na bal, na potańcówkę czy do kabaretu. Toulouse-Lautrec_-_Moulin_Rouge_-_La_GoulueSzybko stała się popularna w tych kręgach a gdy poznała Renoira, ten wprowadził ją do grupy modelek pozujących słynnym artystom i fotografom. Zaczęła zarabiać, a do tego jeszcze uwielbiała taniec i była w tym świetna. Henri de Toulouse-Lautrec - La Goulue Arriving at the Moulin Rouge with Two WomenBezpruderyjna, wygimnastykowana, ubrana w kolorowe peticoty i pantalony wirowała rytmicznie gdzie tylko się dało. Taki talent nie mógł pozostać niezauważony. Bez większego trudu została gwiazdą kabaretu w Moulin Rouge. Jej przezwisko La Goulue znaczy dosłownie klej, bo uwielbiała „przyklejać się” do kieliszków oglądających ją mężczyzn. Stała się słynna, bogata i rozchwytywana, ale jak to się dzieje w takich historiach skończyła na ulicy zapita, brudna i bez pieniędzy. Gdy zmarła pochowano ją na jakimś komunalnym cmentarzu. Na szczęście później wielbiciele kankana przypomnieli sobie o nieszczęśliwej gwieździe i przeniesiono jej zwłoki na cmentarz Montmartre. Została legendą. To prawdopodobnie na jej historii luźno bazuje film Renoira, syna słynnego artysty pt. Francuski Kankan. Francuski Kankan – cały film Film znakomicie odtwarza atmosferę czasów kabaretów. Polecam serdecznie

Oh rozmarzyłam się włócząc się po tym przesyconym namiętnością Montmartre. Po powrocie do domu przypomniało mi się, że idea kabaretu pojawiła się także w polskim filmie, zwłaszcza dwa filmy przychodzą do głowy : Hallo Szpicbródka
„Lata dwudzieste, lata trzydzieste” „Lata dwudzieste, lata trzydzieste”

Zapraszam