Zbrodnia w drodze do Aylesford

Każda zbrodnia, w której ktoś umiera jest wielką tragedią. Jednak gdy dziecko zabija dziecko, to jest to podwójnie przerażające. Ciężko uwierzyć, że młoda osoba mogłaby być zdolna do takich czynów. Historia, którą wam opowiem wydarzyła się naprawdę wiosną 1831 r w miejscach, które pokazuję wam na zdjęciach. Richard Taylor miał zaledwie 12 lat. Mieszkał w Stroud ze swoimi rodzicami. Był miłym i mądrym chłopcem na którym zawsze można było polegać. Dlatego też ojciec wysyłał go raz w miesiącu do parafii Aylesford po zapomogę dziewięciu szylingów, którą wypłacali mu tamtejsi księża. Ojciec chłopca miał był kaleką i nie mógł samodzielnie pracować. Za 9 szylingów mógł zapłacić miesięczny czynsz i kupić rodzinie kilka bochenków chleba.

Droga w jedną stronę zajmowała około 3 h. Zazwyczaj Richard brał ze sobą młodszą siostrę, ale tego dnia wolała się bawić w domu. Pogoda była typowo marcowa, więc chłopak był ciepło ubrany i miał rękawiczki, w których to według instrukcji rodzica miał trzymać pieniądze. Drogę do Aylesford chłopak znał dobrze, więc rodzice nie martwili się, że się zgubi, kiedy jednak nadszedł wieczór, a jego ciągle nie było ojciec zaniepokoił się na dobre. Przeczekał noc, a rano sam wyruszył do parafii, gdzie dowiedział się że Richard faktycznie był i odebrał pieniądze. Zaczęto poszukiwania, w których wzięli udział mieszkańcy okolicznych wiosek, ale niestety bezskutecznie.

Dopiero tydzień później jeden z chłopów wybrał się do lasu po chrust i przypadkiem zobaczył się na leżące w lesie ciało. Szybko zawiadomił odpowiednie władze. Choć zwłoki były już w mocnym rozkładzie koroner rozpoznał, że chłopcu zadano cios w szyję i najprawdopodobniej zmarł w męczarniach z wykrwawienia.

Las w marcu

Śledztwo ciągnęło się miesiącami. Sytuacja zmieniła się dopiero, gdy pewien oficer ze statku Warrior usłyszał, co się stało i stawił się w sądzie by złożyć zeznania. Powiedział, że widział Richarda Taylora danego dnia w godzinach popołudniowych bawiącego się na polu rzepy z dwoma okolicznymi chłopcami, których znał z widzenia. Szybko ustalono, że byli to bracia James (12lat) i John (14lat) Bell, synowie pracownika pubu Blue Bell.

Jeden z pubów o nazwie Bell, w którym mógł pracować ojciec chłopców. Drugi niestety już nie istnieje.

Chłopców oraz ich ojca aresztowano i rozpoczęły się przesłuchania. Bracia potwierdzili, że widzieli Richarda wracającego z parafii w Aylesford. Według ich relacji udali się wspólnie na pole rzepy, by zerwać sobie kilka warzyw i zaspokoić głód. Przepytywano ich osobno i większość faktów pokrywała się ze sobą. Poza jednym. Na pytanie który z nich wziął ze sobą nóż bracia wskazali siebie wzajemnie. Podejrzliwy sędzia zaczął mocno drążyć. Zadawał pytanie za pytaniem i bracia w końcu zaczęli się mylić w zeznaniach.

Bracia James i John Bell

Zwłaszcza młodszego wzięto pod presję i w końcu pękł. Opowiedział jak to z bratem zaplanowali kradzież i morderstwo i specjalnie sprowadzili Richarda ze ścieżki do lasu. To starszy John dokonał zbrodni. Chciał podciąć Richardowi gardło ale było to trudniejsze niż się wydawało. Dźgnął go w szyję przeciągając nożem. Gdy chłopak dogorywał John odciął rękawiczkę i zabrał pieniądze. Mimo iż morderca był małoletni został skazany na karę śmierci. Nie miał nawet 15 lat, ale w tamtych czasach to nie miało znaczenia, dzieci karano równie surowo jak dorosłych. Wyrok na chłopcu wykonano 1 sierpnia 1831 r. przed więzieniem w Maidstone. Po raz pierwszy użyto wtedy nowego rodzaju szubienicy. Wcześniej delikwenci skazani na śmierć przez powieszenie umierali w długich męczarniach dusząc się od uścisku na szyi. Nowa szubienica miała zapadnię i skazany umierał szybko, bardziej w wyniku złamania karku spowodowanego spadkiem niż uduszenia . Egzekucja Johna Bell była publiczna. Dziesięć tysięcy ludzi stawiło się przed więzieniem by oglądać jak umiera młody morderca.

Więzienie w Maidstone stan obecny.

Arromanches Les Bains – dla miłośników historii

Małe miasteczko Arromanchest les Bains to przede wszystkim cudowna piękna plaża, na której 6 czerwca 1944 roku wylądowała brytyjska 50 Dywizja Piechoty. Wojska niemieckie rozlokowane w domach wzdłuż wybrzeża, były bombardowane nalotami i ostrzałami ze statkówi. Niemcy bronili się z prawdziwą zapalczywością i mocno dawała się aliantom we znaki niemiecka bateria dział Longues-sur-Mer. Plaża była poza tym zaminowana, a przypływ oznaczał, że inżynierowie zajmujący się rozminowywaniem nie mogli zająć się jej oczyszczaniem, przez to kilka łodzi desantowych przewożących czołgi w pierwszej fali wyleciało w powietrze.


Działa w Longues-sur-Mer udało się w końcu wyłączyć z akcji podczas pojedynku ze statkiem HMS Ajax, co ułatwiło lądowanie i marsz wojsk brytyjskich na zachód od miasta w kierunku Port-en-Bessin. Do wieczora tego dnia na plaży wylądowało 25 000 żołnierzy. Brytyjczycy połączyli się z Kanadyjczykami na plaży Juno, ale nie udało się połączyć z Amerykanami w Omaha z powodu zniszczeń, jakich doznały tam siły amerykańskie.

Gold Beach jest znana ze sztucznego portu zbudowanego przez aliantów po wylądowaniu – Mulberry B, pozostałości którego istnieją do dziś i są wyraźnie widoczne z plaży. Brytyjczycy nazywali go na część ich przywódcy Port Winston. Ten port umozliwił dostarczenie do Europy,przez 5 miesięcy swojego operowania 2.5 millionów ludzi, 500,000 pojazdów and miliony zaopatrzenia.


Wszystkim fanom historii II Wojny Swiatowej polecam znajdujące się w Arromaches les Bains miejskie Musée du d’Ébarquement, oferujące bogactwo fotografii, oryginalny sprzęt, broń, wyposażenie i inne relikty tamtych czasów.

W pobliżu jest także kino Arromanches 360, prezentujące filmy w wysokiej rozdzielczości, wykorzystujący archiwalne nagrania z lądowań w D-Day i bitwy o Normandię. Na niedalekim wzgórzu mozna zobaczyć najprawdziwszy czołg Bary au Bac, podobno wykopany z nadmorkich wydm. Widok stamtąd na całą okolicę jest wart spaceru.

Po całym miasteczku są rozsiane stare wojskowe pojazdy czy działa. Historią żyje tu każdy skrawek ziemi.

Dla mnie fajnym znaleziskiem był niewielki uroczy mural namalowany na jednej ze ścian w centrum miasta. Przedstawia dwie małe dziewczynki piszące na ścianie: Prosimy nigdy więcej wojny, tylko miłość. Podpisuję się pod tą prośbą obiema rękoma.

Sama plaża to piękny odcinek złotego piasku, który cieszy się popularnością wśród mieszkańców i przyjezdnych. Jeśli mielibyście czas polecam wycieczkę na tutejsze klify.

Niedaleko stąd znajduje się cmentarz kanadyjskich żołnierzy, którzy zginęli w tej ofensywie. Krzyże lub gwiazdy Dawida ustawione są równiuteńko w rządku, obrośnięte kolorowo kwiatami, a na tabliczkach widnieją nazwiska żołnierzy. Zdziwiłam się ile tam zobaczyłam polsko brzmiących nazwisk. Pochowani żołnierze mieli od siedemnastu do dwudziestukilku lat.

Malownicza wioska Saint-Céneri-le-Gérei w Normandii

Położona na pięknych wzgórzach zwanych Alpami Mancelles wioska Saint-Céneri-le-Gérei to malownicza miejscowość oficjalnie wpisana na listę „najpiękniejszych wiosek we Francji” (Les Plus Beaux Villages de France®). 399A1283Ta wioska była od zawsze kochana przez artystów takich jak Corot, Boudin, Pissarro czy Courbet i innych za panujący tam spokój i piękno. Malowniczy most nad rzeką, ładne kamienne domy, romański kościół i gotycka kaplica Petit Saint-Céneri sprawiają, że jest to urocze miejsce, idealne na długie spacery. Wydaje się, że czas stanął tu w miejscu. Jedna z tutejszych atrakcji jest średniowieczna kaplica położona malowniczo nad rzeka Sarthe i udekorowana przez otaczającą ją dużą łąkę.399A1085a Ponieważ jak zwykle wstałam wcześnie rano, by odwiedzić to miejsce, mogłam włóczyć się po łące wokół kaplicy, bez turystów wchodzących mi bez przerwy w kadr. Po drugiej stronie rzeki dostrzegam tak zwana cudowną fontannę.399A1048 Jak głosi historia, w tym miejscu w VII wieku spragniony święty Céneri podróżujący aż ze słonecznej Italii był wniebowzięty widząc tryskającą z ziemi wodę. Pobłogosławił źródło i jak opowiadają mieszkańcy, odtąd ta woda ma zdolność leczenia problemów z oczami. Św. Ceneri wybudował tutaj oratorium, na którego miejscu stoi właśnie ta malutka gotycka kaplica, zbudowana pod koniec XIV w. Podobno miejsce to było świadkiem wielu cudów. W środku kapliczki stoi ubrany na czerwono posąg św. Céneri, jego stopy są pokryte igłami, wbitymi przez młode desperacko szukają męża dziewczyny.

399A1233Ewolucja wioski naznaczona jest oczywiście różnymi konfliktami między innymi najazdami Normanów ze Skandynawii. Wg lokalnej legendy mieszkańców ukrytych w kościele przed normańską rzezią uratowały pszczoły. 399A1168

Kiedyś na wzgórzu stał zamek należący do rodziny Giroie, ale nic z niego nie pozostało.

399A1190

Saint Ceneri le Gerei zaliczana jest jak wspomniałam do najpiękniejszych wiosek Francji przez to przyciągała i nadal przyciąga wielu malarzy. Prowadzony przez dwie siostry Moisy w drugiej połowie XIX wieku zajazd Auberge des Sœurs Moisy był miejscem, w którym znani artyści lubią odpoczywać i malować. 399A0988Najbardziej oryginalną cechą tego zajazdu jest słynna Salle des Décapités, podobno ozdobiona intrygującym wachlarzem czarnych głów narysowanych węglem z profilu. Niestety Covid 19 skutecznie uniemożliwił mi zwiedzenie tego miejsca. 399A1175

Kościół Saint-Céneri króluje dumnie nad okolicą. Został zbudowany około 1090 roku. Posiada wiele cech charakterystycznych dla okresu romańskiego i podobno świetnie zachowane niezwykłe malowidła ścienne i witraże z różnych okresów. A także misternie wykonane z żelaza 12 rzeźb przedstawiających stacje drogi krzyżowej.  Nie widziałam, bo wszystko było głucho zamknięte na cztery spusty. 399A1240

 

Myślałam, że spędzę w wiosce najwyżej godzinę, ale spacer od kaplicy do mostu zajął mi dużo dłużej, bo przystawałam co minutę aby zrobić zdjęcie. Jeśli kiedykolwiek będziecie w tym departamencie to odwiedźcie to miejsce koniecznie. Nie pożałujecie.

399A1149399A1061a

 

Skojarzenie nr 4: dwa krany w łazience

 Uznawane są za jeden z największych absurdów angielskiej rzeczywistości: dwa krany w łazience. Moje pierwsze spotkanie z nimi nie było przyjemne. Po skorzystaniu z toalety chciałam umyć ręce, odkręciłam kurek z czerwonym kółeczkiem u góry, podłożyłam ręce pod strumień lecącej wody i wrzasnęłam wniebogłosy. Jak pewna małpa w kąpieli poparzyłam się wrzątkiem. Każdy kto przyjeżdża do Anglii, nie tylko z Polski, ale także z Europy zastanawia się nad tym fenomenem.

Dlaczego Anglicy mają dwa krany? 

9A070003-56CF-4737-BE8B-05925E04FE15

Niektórzy uważają że są oni zbyt przywiązani do tradycji i ponieważ tak było już w czasach Wiktoriańskich to tak musi zostać. Inni widzą w tym niedoskonałości hydraulicznego systemu w domach angielskich. 

A jak jest naprawdę? 

Ci którzy uważają, że dwa krany jest to pozostałość zamierzchłych czasów mają sporo racji. Wielka Brytania należy do pionierów jeśli chodzi o wynalezienie systemów ogrzewania domów i wody. Nie będę tutaj wchodzić w szczegóły  i opowiadać o Jamesie Wattsie, i jego maszynie parowej, którą szybko wykorzystano w celach hydraulicznych. Było takich naukowców i wynalazców dużo więcej. Londyn, był jednym z pierwszych ogrzewanych  miast. 

Wiele brytyjskich domów datuje się na dziewiętnasty

i wczesno dwudziesty wiek, czyli  czasy kiedy zainstalowano w nich pierwsze proste urządzenia i  rury przesyłające zimną wodę do kuchni.  Póżniej wprowadzono specjalne cylindry, w których podgrzewano wodę do kaloryferów i do kranów. Nie wolno było zimnej mieszać z tą ciepłą, bo zimna pochodzi z podziemnych zasobów lub głównych zbiorników  i jest pitna, natomiast ciepła, jeśli stała zbyt długo w zbiorniku robiła się nieświeża,  a także cylinder w środku często rdzewiał. Było dużo wypadków zatruć. Wprowadzono więc specjalne prawa regulujące te kwestie i tak powstały dwa krany. Prawo istnieje do teraz, zostało jednak trochę zmienione, bo pojawiły się nowe technologie. Obecnie można mieć jeden kran, jeśli system ma odpowiedni  bojler i zawory. Jak już napisałam powyżej zimna woda w angielskich kranach nadaje się do picia. 

6AB210B8-AF4D-437E-AFFD-DE08D53A910F

 Podobno jeszcze jednym atutem dwóch kranów w łazience jest kwestia oszczędzania wody. By umyć ręce należy zatkać umywalkę korkiem,  nalać odpowiednią ilość ciepłej i zimnej wody i użyć mydła. W ten sposób zużycie wody jest dużo mniejsza niż kiedy myjemy ręce pod strumieniem bieżącej wody.
CAD3367D-0177-4BE2-9020-E0B59DC8D69A

Na zakończenie jeszcze napiszę, że z moich rozmów z Anglikami wynika, że sporo z nich spotkała się z krytyką dwóch kranów w łazience  ze strony cudzoziemców i nie było im przyjemnie. Jest to jakby część historii i kultury brytyjskiej dlatego warto zastanowić się zanim kolejny raz będziemy komentować krany do mieszkańców tego kraju. Nie wszystko wszędzie musi być takie same. Czasami wlasnie po to podróżujemy, by zobaczyć tę odmienność. 

Za udostępnienie zdjęć chciałabym serdecznie podziękować moim koleżankom: Ani, Anecie  i Agacie.

 

Katedra w Peterborough

Zazwyczaj odwiedzając nowe miejsce koncentruję się na jego pozytywach. Czasami jest tak, że tych plusów jest tak dużo, iż tworzą wspaniałą całość i patrzymy z prawdziwą przyjemnością na odwiedzane miejsce, ale czasami kawałki układanki po prostu nie pasują do siebie. Być może jest jeden lub kilka uroczych detali, ale reszta jest jakby niedopasowana. Takie puzzle z różnych pudełek. Miasto, które odwiedziłam w zeszłym miesiącu jest właśnie takim źle skrojonym mundurkiem w moim odczuciu, ale ma coś, co rzuca na kolana: piękną, normandzko -gotycką katedrę. 

Pojechaliśmy do Peterborough w trakcie trwania huraganu Dennis, więc na ulicach były pustki. Wiało, padało i spacerowanie po ulicach miasta przypominało walkę Harrego Pottera z siłami zła. 399A2322smalllPrzywiodły nas w tamte rejony kubki smakowe, ale o tym napiszę w osobnym poście. Teraz skupię się na tym arcydziele sztuki normandzkiej. Katedra jest pod wezwaniem św. Piotra, Pawła i Andrzeja. Ufundowana została już w 654 przez syna króla Mercji (jednego z siedmiu królestw, z których potem powstała Anglia), bo pozazdrościł sąsiednim państwom chrześcijaństwa i ściągnął do siebie mnichów benedyktyńskich. Niestety pierwszy drewniany kościół obrócił się w popiół po najeździe Wikingów, a i z kilku następnych niewiele zostało. Pracę nad obecną katedrą rozpoczęto w 1118 roku, a ukończono sto lat później. Zalśniła na firmamencie angielskich kościołów.

399A2363small399A2378small399A2357small399A2375small

Do aktu supremacji Henryka 8 funkcjonowała jako opactwo benedyktyńskie, a po rozwiązaniu klasztoru stała się ośrodkiem praktykowania kultu anglikańskiego. W 1536 roku pochowano tutaj pierwszą, niechcianą żonę Henryka 8, Katarzynę Aragońską, a później Marię, królową Szkotów. Tę ostatnią jednak jej syn, gdy już został królem Anglii przeniósł do Westminster. Katedra jest jednym z najważniejszych, a przy tym nielicznych nienaruszonych, zabytków architektonicznych z tamtych czasów. W pewnym momencie odwiedził ją równie późniejszy święty Tomasz Becket.

399A2387small399A2396small399A2383small

Katedra jest w środku naprawde piękna i robi wrażenie. Wielokrotnie przebudowywana stała się mieszaniną stylów. Trio łuków tworzących Wielki Front Zachodni nie ma sobie równych w średniowiecznej architekturze.  Linia iglic za nim, zwieńczona niespotykanymi czterema wieżami, ewoluowała z bardziej praktycznych powodów. Najważniejszym z nich było zachowanie wcześniejszych wież normańskich, które stały się przestarzałe po dodaniu frontu gotyckiego.  Zamiast rozebrać i zastąpić je nowymi fragmentami murów, te stare wieże zostały zachowane i ozdobione gzymsami i innymi gotyckimi dekoracjami, a dwie nowe wieże zostały dodane, aby stworzyć ciągły fronton. Jest to prawdziwy unikat.

399A2333small

Cały kościół jest zbudowany z lokalnego  kamienia Barnack – drobnoziarnistego i najtrwalszego kamienia z kamieniołomów w pobliżu Stamford, zwanych „wzgórzami i dziurami Barnack”. 

Tyle o samej katedrze. Miasta samego nie zwiedzaliśmy, poza spacerem po głównym placu i wzdłuż rzeki Nene, gdzie zatrzymało nas na dłuższą chwilę stado pięknych łabędzi. 

399A2520small399A2507small

W stronę chmur – Roquebrun

Miałam do wyboru spływ kajakowy rzeką Orb, albo włóczenie się po małych uliczkach Roquebrun.

Oczywiście wybrałam to drugie, bo wbrew mojemu znakowi zodiaku nie lubię wody. Wspominałam już o tym, prawda? Dużo lepiej się czuje stąpając po twardej powietrzni lub bujając w obłokach, dosłownie i w przenośni. Latanie to moja wielka miłość. Ale ja dzisiaj nie o tym. Chcę was zabrać do kolejnej uroczej, francuskiej miejscowości  Roquebrun, położonej na zielonym wzgórzu nad rzeką Orb. Miejsce to znane jest lokalnym jako tutejsza Nicea, a turyści wpadają tu, by nacieszyć się oryginalnym i cudownym śródziemnomorskim ogrodem górującym wysoko nad miastem.

 Pojechaliśmy tam któregoś lipcowego ranka z polecenia faceta, od, którego wynajmowaliśmy nasze wakacyjne lokum.

Moja rodzina i znajomi chcieli spróbować kajaków, a ja pojechałam na przyczepkę, bo wiedziałam, że coś sobie znajdę. Samochód zostawiliśmy na parkingu ośrodka kajakowego, nad samą rzeką. Oni poszli doznawać wodnych rozkoszy, a ja po pierwszym spojrzeniu na wioskę wiedziałam, że chcę się po niej włóczyć w nieskończoność. Weszłam tam kamiennym,  malowniczym, długim  mostem o wielu przęsłach.

399A9621

Nie rozczarowałam sie nawet przez chwilę; było tam wszystko, co podziwiam w małych miasteczkach, kamień, detale, malowniczość, urocze zakątki itd idt.

399A1386399A1409399A9510399A9520Wspinałam się w górę wąskimi uliczkami, podziwiając pokrzywione czasem domy, okna z drewnianymi okiennicami, nierzadko z odrapaną farbą, drzwi, detale, wszystko, co mi wpadło w oczy.

399A9564Już z daleka widziałam królującą nad wioską wieżę zwaną, jak się później dowiedziałam La Tour de Guet Carolingienne. To pozostałość dawnego kamiennego zamku. Myślę, że musiał być wspaniały, po to, co zostało już robi wrażenie.

Ruina stoi na terenie wspomnianego wyżej śródziemnomorskiego ogrodu i by do niej wejść trzeba kupić bilet. Na szczęście nie jest drogi. Podobno tutejszy mikroklimat sprzyja dojrzewaniu winogron nawet w nocy i innych śródziemnomorskich roślin i stąd wziął się pomysł na założenie na szczycie miasta ogrodu.

399A1353399A9567

Już wdrapując się stromymi uliczkami widziałam wszędzie kaktusy, a w samym ogrodzie ich wybór jest imponujący. Jest tu też spora kolekcja mimoz, sukulentów i innych egzotycznych roślin.399A1423 A widok stamtąd na okolicę zapiera dech w piersiach. Powiem wam, że mimo cholernego upału (było ponada 35 stopni) nie żałuję, że się tam wspięłam. 399A1500

Po zwiedzeniu miasteczka i ogrodu zgłodniałam, poszłam więc na lunch do kafejki Le Petit Nice (czyli Mała Nicea) z której rozciągała się cudowna panorama na rzekę i most. 399A9594Zjadłam sałatkę, wypiłam lampkę rose i przypieczętowała to wszystko filiżanką aromatycznego espresso. 399A9587Żyć nie umierać. W końcu po kilku godzinach włóczykijstwa wróciłam nad rzekę i czekałam na resztę towarzystwa. Wrócili zmęczeni okrutnie walką z nie zawsze przyjazną wodą, ale i szczęśliwi, że im się udało skończyć mimo wysiłku. Wszystkim nam się udało. 399A9712

Uroda Lagrasse

Malownicza wioska Lagrasse jest jednym z moich najukochańszych miejsc we Francji. Sama się dziwię, że dopiero teraz o niej piszę. Lagrasse jest na tej liście, o której wielokrotnie już wspominałam najpiękniejszych wiosek Francji. Położona w sercu Gór Corbières, tworzy piękny obraz ze starym mostem humbakowym nad rzeką Orbieu, ze średniowiecznymi domami, pozostałościami starożytnych murów obronnych i opactwa z imponująca widoczną z daleka, dzwonnicą.

Najbardziej polecam wszystkim spacer po tym średniowiecznym miasteczku, miejscu pełnym uroku, gdzie można podziwiać stary zadaszony rynek z XIV wieku z kamiennymi filarami, kamienne ozdobione kwiatami i okiennicami domy, oraz piękny gotycki kościół.Wąskie uliczki miasteczka biegną we wszystkich kierunkach i mnóstwo na nich galerii sztuki i rzemiosła, sklepów, a także wielu dobrych restauracji.
Oczywiście trzeba udać się nad rzekę, by delektować się widokiem dwóch średniowiecznych mostów na Orbieu.

Na przeciwległym brzegu znajduje się benedyktyńskie opactwo Najświętszej Marii Panny z Orbieu, założone w VIII wieku, które w przeszłości było bardzo zamożne i miało kluczowe znaczenie w polityce i sprawach religijnych, oraz duży wpływ intelektualny i kulturalny na całą południową Francję. Do posiadłości klasztoru należało 67 kościołów, 6 innych opactw, 25 parafii. Oczywiście rewolucja zmieniła wszystko i posiadłości rozsprzedano lub zniszczono. Jednak uważam, że dziedziniec starego pałacu, dolna kaplica, piwnica, piekarnia, zakrystia, transept północny, wieża przedromańska, dormitorium mnichów, kaplica św. Bartłomieja, pokój mistrza Cabestany i pokoje strażników są to fascynujące zabytki zdecydowanie warte zobaczenia. Polecam też wspiąć się na wieżę ( około 230 stopni) z której roztacza się wspaniały idol na całą dolinę, w której leży Lagrasse.

Jak już zrobi wam się za ciepło po spacerze i wspinaniu się na dzwonnicę to polecam ochłodzenie się w rzece Orbieu przy dawnym kamiennym brodzie. Moje dzieci tam miały niesamowitą frajdę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miał być dom… domu nie było- dobry scam

Od ponad 10 lat corocznie jeździmy w pięć rodzin na wspólne wakacje. Dotychczas pakowaliśmy się do aut i jechaliśmy do któregoś z sąsiednich krajów; Francja Belgia, Niemcy, najdalej wyrwaliśmy się do Szwajcarii. Postanowiliśmy jednak coś zmienić. Przez te wszystkie lata dzieci nam dorosły i podskórnie czuliśmy, że będzie to nasz ostatni wspólny wypad w takim składzie. Już niedługo nasze nastolatki będą wybywać same. Wpadliśmy, więc na pomysł by pożegnać dzieciaki wyjazdem dla nich, tzn bez zwiedzania zamków, miasteczek czy katedr, za to z basenem i słoneczną pogodą ( okazało się, że nie do końca znamy nasze dzieci, ale o tym później). Padło na Teneryfę. Wiele miesięcy przed planowanymi wakacjami zarezerwowaliśmy dużą willę na 20 osób przez dość znaną agencje HomeAway, zapłaciliśmy depozyt, a resztę mieliśmy dopłacić po kilku miesiącach.  Kupiliśmy też bilety na samolot. Z niecierpliwością czekaliśmy nadejścia dnia wyjazdu. Około miesiąca później zniknęła spora kwota z karty kredytowej mojego męża. Bez żadnego ostrzeżenia, bez zawiadomienia. Maciej przeprowadził śledztwo i okazało się, że pieniądze ściągnął właściciel domu na Teneryfie. Dużo przed czasem. Zadzwoniliśmy do agencji i ta potwierdziła, że dom jest zarezerwowany dla nas. Przestaliśmy się martwić i wyczekiwaliśmy urlopu. Dwa miesiące później dostaliśmy powiadomienie od agencji, że przestają obsługiwać ten dom i jesli mamy rezerwacje to musimy się skontaktować z właścicielami. Napisaliśmy maila i dostaliśmy szybką odpowiedź, że wszystko jest tak jak było i dom na nas czeka w październiku. Zostało trochę ponad tydzień do wyjazdu gdy jedna z nas Narinder zapytała czy na miejscu są ręczniki czy musimy je zabrać ze sobą. Wysłaliśmy kolejnego maila do właściciela domu. Odpowiedz nie przyszła. Wysłaliśmy więc drugiego, potem trzeciego, czwartego… cisza. Zaczęliśmy więc szperać po internecie. Znaleźliśmy nazwisko osoby, która podawała się za właściciela willi, a pod nią dobrych kilkadziesiąt skarg, zażaleń, zlych opini. Wszyscy opowiadali te sama sytuacje: miał być dom, a domu nie było. Maciej zadzwonił do HomeAway, a tam jak tylko usłyszeli nazwisko i adres domu to zrobiło się cicho w słuchawce. Otworzyli sprawę, podali nam numer referencyjny i kazali dzwonić na drugi dzień.  Zebraliśmy się w te pędy na kryzysową naradę w domu u jednej z koleżanek i tak całą bandą zadzwoniliśmy ponownie do pośrednika. Muszę przyznać, że pan, który z nami rozmawiał był niezwykle cierpliwy. Kojarzyl sprawę i wytłumaczył nam krok po kroku co się stanie. Zadawaliśmy mu setki pytań, a on na każde uprzejmie i ze spokojem odpowiadał. Muszę przyznać, że z naszej strony też była pełna kultura. Facet nam obiecał, że nam znajdą alternatywę, przyślą listę domów, z których będziemy mogli sobie wybrać coś zastępczego. Niestety za nową rezerwację musieliśmy ponownie zapłacić całą kwotę, a nawet więcej, bo dom, który wybraliśmy był droższy. Pan nam jednak obiecywał, że wyślą sprawę do ich ubezpieczyciela, a oni powinni oddać nam za ten dom, którego nie dostaliśmy, a także pokryć nadwyżkę za dom, do którego ostatecznie mielismy jechac. Nie potrafił nam jednak tego zagwarantować na sto procent. Zdecydowaliśmy się jechać, bo bilety na samolot były, nasze duże dzieci były wyraźnie podekscytowane wakacjami i nie chcieliśmy im tego robić i odwoływać wszystkiego. Polecieliśmy w nienajlepszych nastrojach. Co jakiś czas ktoś z nas wynajdywał jakieś perełki o tym jak to ubezpieczenie odmówiło tym czy tamtym w podobnych sytuacjach jak nasza. W końcu prawie pogodziliśmy się, że pieniędzy już nie zobaczymy, nie ma co się łudzić, lepiej po prostu nie myśleć i się bawić na tych wakacjach jak najlepiej.

Dom był fajny, lepszy niż ten, który mieliśmy mieć, przypominał hiszpańską, kolonialną rezydencję,  z super basenem, stołem do tenisa, wielkimi pokojami itp. Jedyny mankament był taki, że dzieciom jednak zabrakło tych naszych podróży po zamkach czy katedrach… bo ileż można się pławić w basenie. 

 

Tydzień po  powrocie dostaliśmy maila, że musimy dosłać potwierdzenia, wyciągi z banku etc. Musieliśmy to wysyłać kilkakrotnie, bo to niewłaściwy skan, albo zły plik. Myśleliśmy, że zwariujemy, jakby nas brali na przetrzymanie. W końcu przyszła wiadomość, że sprawa jest w toku, a tydzień później, że jest rozpatrzona pomyślnie. Po dwóch dniach przyszło zawiadomienie, że wysłali czeki.

 Nie chcę myślec, co by było gdyby Narinder nigdy nie zapytała o ręczniki…

Epilog

Czeki przyszły pocztą, listonosz wrzucił przez skrzynkę i wylądowały na podłodze. A myśmy od miesiąca mieli młodego szczeniaka w domu. Akurat był sam. Fruwające listy wydały mu się fantastyczną zabawą. Gdy wróciliśmy do domu na podłodze walały się tylko ich resztki…

img_6464

 

Kraj czarnych diamentow – Villeneuve Minervois

Jak to mam w zwyczaju wstałam przed wszystkimi, zanim słońce otworzyło swe oczęta i pojechałam do Villeneuve Minervois. Dlaczego akurat tam? Bo wcześniej wędrując palcem po mapie, a raczej googlu odkryłam, że było w odległości tylko godziny od naszego wynajętego domu. Zaparkowałam auto na parkingu (oczywiście za darmo, bo we Francji poza dużymi miastami parkingi sa free) i poszłam się włóczyć po pustych ulicach. Jedynym otwartym miejscem była piekarnia i moja rodzina się śmieje, że po to jeżdżę na samotne wyprawy po małych miasteczkach, by zjeść gorącego jeszcze croissanta i wypić cafe creme. Coś w tym jest. Mam zdecydowaną słabość do tego zestawu, choć jadam tylko będąc na wakacjach. 399A0927399A0925

Wracając do tematu. Villeneuve mimo, że nie jest wyróżnionym miejscem na turystycznej mapie, spodobało mi się bardzo. Taka tu była cisza i spokój. Najbardziej zauroczyła mnie zacieniona drzewami aleja, która prowadzi do małego placu z widoczną z daleka fontanną. 399A0934Podobno alejkę stworzono w miejscu dawnej fosy otaczającej miasto i zamek czyli podobnie jak krakowskie Planty. Po zamku nie pozostało wiele, ciagle widac jednak dość potężne mury i okrągłą basztę. 399A0890399A0885399A0917

Fontannę postawiono na miejscu wielkiego żelaznego krzyża misyjnego, w 1889 roku dla uczczenia stulecia wybuchu rewolucji i zdobi ją oczywiście symboliczna dla wszystkich Francuzów Marianna.399A094210636654_756752784387532_4293487498360546295_oKrzyż misyjny ciągle jest w miasteczku i powiem wam jego rozmiar robi wrażenie.

399A0882399A0887

 

 

Tuż przed wjazdem do samego miasteczka jest małe rondo i już z okien samochodu dostrzegłam kilka rzeźb stojących po różnych stronach drogi. Nie byłabym sobą, gdybym oczywiście nie poszła sprawdzić co to za posągi, a potem wyszperać, kto i dlaczego je tam postawił.

I okazało sie, że miejscowość by przyciągnąć turystów i zarobić nieco pieniążków postawiła na tzw czarne diamenty. Wiecie o czym mówię? To skarby tutejszych lasów: trufle. W miasteczku otworzono muzeum trufli, a wspomniane wyżej rzeźby przedstawiają mężczyzn i psy w trakcie ich zbierania. Bo podobno psy mają idealny węch do tego, choć niektórzy szukają ze świniami.

399A0972399A0973

Autorem tych dzieł jest tutejszy rzeźbiarz Gines Aznar, który ma w miasteczku pracownię, otwartą dla publiczności, a jego żona prowadzi artystyczny sklep. Niestety nie wiedziałam o tym będąc na miejscu. Jedynie na wspomnianej wyżej alejce stoi dostojnie, wylany z brązu skrzypek jego autorstwa. Sfotografowałam go z każdej strony. Przypomina mi mojego ulubionego Skrzypka na dachu. Oto on: 399A0935399A0899399A0897

Jeśli lubicie trufle, ładne miasteczka, no i dobre croissanty, to będąc w Aude zapraszam serdecznie do Villeneuve Minervois.