Wspomnienia z wakacji

Od końca wakacji minęło już prawie trzy tygodnie i cały ten czas obiecuję sobie, że napisze o tylu miejscach, które udało mi się odwiedzić. Niestety zazwyczaj mam tak, że do każdego miejsca o którym pisze robię porządny research, poza tym przygotowywuję zdjęcia, a tych zrobiłam w tym roku kilka tysięcy. I tak od 3 tygodni nie skończyłam nic. Zainspirowana jednak moim niezawodnym Klubem Polek na Obczyźnie postanowiłam zrobić małe podsumowanie lata. Nie było takie intensywne jak poprzednie, ale ciągle dużo się działo. Było to też pierwsze lato od 14 lat w kiedy nie pojechaliśmy nigdzie tylko jako rodzina i pierwsze kiedy dzieci wyjechały bez nas. I to wyjechały daleko. Olivia aż do Stanów, do Seattle, a przy okazji odwiedziła Kalifornię, a Oscar miał niesamowitą okazję pojechać na obóz do Chile i przy okazji odwiedził Wyspę Wielkanocną. Każde z nich wróciło z głową pełną wrażeń i opowieści, a my uświadomiliśmy sobie, że czas naprawdę upływa nieubłaganie szybko i może nie  zostało nam dużo wyjazdów wspólnych. Młodzi studenci rzadko chcą jeździć na wakacje z rodzicami, czyż nie?

img_6564

Wracając jednak do wspomnień. W tym roku po raz pierwszy od wielu lat pojechaliśmy do Polski, ale nie zostaliśmy w jednym miejscu. Udało nam się pojeździć i pozwiedzać i tak zaliczyliśmy Kraków, Wrocław, Warszawę, Łódź, Cieszyn, Sanok.

Wróciłam z naszego kraju pełna mieszanych uczuć i emocji. Niektóre rzeczy podobały mi się bardzo, ogólnie nasz kraj jest piękny, ale już jego mieszkańcy niekoniecznie. Jestem bardzo liberalnym i tolerancyjnym człowiekiem, poza tym mam przyjaciół pochodzących z różnych stron świata, wyznających różne religie i o różnych orientacjach seksualnych i wypowiedzi niektórych osób w Polsce bardzo mnie raziły. Przeszkadzał mi też seksizm, ukryty pod postacią żartów, podziału ról czy dawnych przyzwyczajeń. Np wg mnie reklama, którą notorycznie słyszałam w radio: ‚pomaganie to męska rzecz synku’ nie powinna mieć miejsca. Mieszkam w Anglii, a tutaj bardzo się przywiązuje wagę do tego typu rzeczy.  

Nie będę tu jednak robić najazdów na nasz kraj. Nie wszyscy jego mieszkańcy są krótkowzroczni czy nietolerancyjni i dziękuję im za to.

Z nowo odwiedzonych miejsc w Polsce zakochałam się w ulicy Piotrkowskiej w Łodzi, ponownie w uliczkach i kafejkach krakowskiego Kazimierza, w kawiarni  u Kornela w Cieszynie, w pomniku Przechodnie we Wrocławiu i w wystawie prac Beksińskiego na zamku w Sanoku i to są moje zdecydowane TOPs.

Do tego dodam oczywiście obwarzanki krakowskie, oscypek i zapiekanki.  Co mi bardzo przeszkadzało to okropne pseudograffiti na prawie każdym budynku w miastach. Kocham murale i widziałam piękne np w Łodzi, ale te bazgroły mają niewiele wspólnego ze sztuką. 

Po powrocie z Polski oczywiście musieliśmy pojechać do Francji, do Langwedocji, którą obecnie nazywa się Occitania. To miały być nasze rodzinne wakacje, ale okazało się, że znajomym nie wyszło z ich wyjazdem i zaproponowaliśmy by pojechali z nami. Było super, choć bardzo intensywnie. Właściciel domu, który wynajęliśmy nadał nam tytuł the most adventurous guest bo nawet jednego dnia nie spędziliśmy całkowicie bycząc się na basenie. Wyprawiliśmy się i do Hiszpanii i do Monako, jakbyśmy zrekonstruowali podróż, którą ja i Maciej odbyliśmy 19 lat temu. Dokładnie wtedy zakochaliśmy się w tym regionie i super było pokazać nasze miejsca przyjaciołom. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym kilkakrotnie nie wstała nad ranem by odwiedzić jakieś nowe miejsca. Ten rejon obfituje w urocze małe miasteczka i wioski, a moje najpiękniejsze odkrycie to Minerve i Roqueuburn, o których na pewno niedługo napiszę. Moja rodzina odważnie popłynęła kajakami po rzece Orb, ale ja i woda nie lubimy się za bardzo i zamiast tego wspięłam  się na najwyższe wzniesienie w okolicy. Widok miałam cudowny.

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Orlean i muszę przyznać, że poza katedrą to miasto nie rzuciło mnie na kolana. img_6565

Za to restauracja z gwiazdką Michelina, w której tam jedliśmy już tak. 

Zaraz po powrocie z Francji dołączył do naszej rodziny nowy członek, o którym niedługo napiszę: Joey. 

img_6464

Oczywiście to bardzo skrótowe podsumowanie, mam z tych wakacji tysiące zdjęć, bo w nich ukryta jest moja pamięć. Jeśli nie mam zdjęcia z jakiegoś miejsca to znaczy, że mnie tam nie było. 

 

Mój pierwszy dzień na emigracji

Ten post powstał w ramach kolejnego projektu Klubu Polek na Obczyźnie:

Torba była duża i ciężka. Do tego olbrzymi górski plecak ze stelażem. Planowałam 6 miesięczny urlop dziekański w Anglii, więc ciuchów i innych podręcznych drobiazgów miałam sporo. Do tego książki i notatniki, bo bez nich nigdzie się nie ruszałam. Przecież miałam spisywać każdy moment w życiu, każda minuta na obcej ziemi miała być przygodą. Mimo, że kraj nad Tamizą nigdy mnie nie pociągał. Deszcze i mgły działały odstraszająco, a będąc historykiem wyobrażałam sobie Anglików, jako napuszonych kolonizatorów, pijących herbatkę przy dzieleniu przysłowiowej skóry na niedźwiedziu. Oczywiście te moje wyobrażenia zostały później mocno zweryfikowane. Dlaczego wybrałam Anglię? Bo znajomy znajomych dał mi namiary na miejsce do spania i opowiedział trochę o życiu w tym kraju, a ja koniecznie chciałam opuścić Kraków, po zawodzie miłosnym, by dać sobie czas i wyleczyć z miłości. Anglia miała być moim lekarstwem na złamane serce.

10 października 1998 roku była cudowna pogoda. Świeciło przyjemnie słońce i Kraków wyglądał bajecznie w jego promieniach, jakby mówił mi do ucha: nie opuszczaj mnie. Może wiedział, że już nie wrócę?! Wsiadłam do autokaru firmy Omnia ze duszą podzieloną na pół, jedna połówka siedziała na ramieniu i martwiła się na zapas, druga skakała jak kózka z wielkiej ekscytacji przed nieznanym. Jechaliśmy kilka godzin, gdy nagle zgrzyt, brzdęk i dym wylatujący spod kół oznajmiły nam, że tym pojazdem dalej nie pojedziemy. Rozkraczył się nam w okolicach Opola! Jakby znowu cos mówiło; to twoja ostatnia szansa na powrót, nie jedź, wracaj! Dusza na ramieniu wtórowała tym podszeptom. Nie dałam się jednak. Nawiązałam już nic sympatii z dziewczyną, która siedziała obok i opowiadała mi piękne rzeczy, o swojej koleżance, która mieszka w Londynie i która fajnie sobie żyje. Edyta, bo tak miała moja współpodrózniczka, jechała, by pomieszkać, popracować, wg niej miała już załatwione pracę i mieszkanie. Niestety rzeczywistość okazała się brutalniejsza. Wyprzedzę trochę fakty, ale wam opowiem, że koleżanka potrzebowała Edytę, by jej pomogła zapłacić za depozyt za dom, jako mieszkanie dała jej klitkę, bez okna i nawet bez łóżka (był tylko materac), a za pomoc w załatwianiu pracy życzyła sobie drobną finansową rekompensatę. Na szczęście ja już wtedy pracowałam i mogłam jej pomóc. Niestety mój kontakt z Edytą gdzieś po drodze rozpłynął się w angielskiej mgle.

W Opolu spędziliśmy pięć godzin. Wreszcie podstawiono zastępczy autokar i ruszyliśmy w drogę. Tym razem obyło się bez problemów i następnego dnia dotarliśmy do Dover, gdzie było przejście graniczne. Tam, starszy, siwawy, niezbyt przyjemny i niesamowicie podejrzliwy pan celnik wymaglował mnie na wszelkie sposoby:  po co jadę do Anglii, dlaczego akurat tutaj, czy mam gdzie mieszkać, czy mam pieniądze itd. itd. Pokazałam mu potwierdzenie, że mam wykupiony miesięczny kurs w szkole Callana w Londynie i moje pożyczone od wujka 400 funtów, zapewniłam, że nie planuje pracować i to go przekonało. Przepuścił mnie, ale nie wszyscy mieli to szczęście. Widziałam jak dziewczyna ściągała buty, bo bali się, że w podeszwach ma schowane numery agencji pracy. Chłopakowi znaleźli narzędzia budowlane w torbie i niestety musiał wracać tam, skąd przybył. Takich przypadków było więcej. W końcu ruszyliśmy i o 21 czasu angielskiego, dotarliśmy do celu naszej podróży, czyli do stacji London Victoria Green Line. Od zaparkowanych autokarów wszystko wydawało mi się wtedy takie zielone, a budynki wokół olbrzymie. Miałam narysowaną mapę okolicy i krok po kroku wyjaśnione, co robić. Do metra doszłam bez problemu, ale co dalej… po angielsku dukałam podstawowe słówka. Na szczęście ktoś z autokaru pomógł mi kupić bilet na metro. Miałam jechać czerwoną linią, do stacji Gants Hill. Zanim wsiadłam do metra zatelefonowałam do domu, w którym miałam mieszkać. Właściciel domu obiecał mi, że po mnie wyjdzie na stację. Niestety, gdy dojechałam na miejsce i ruchomymi schodami wyjechałam na powierzchnię, nie zobaczyłam nikogo, kto by na kogoś czekał. Zrezygnowana, wygrzebałam adres z kieszeni, zarzuciłam torbę, jak plecak na plecy, a plecach zawiesiłam sobie z przodu i tak obładowana ruszyłam przed siebie w kierunku, który wydał mi się właściwy, wg narysowanej mapy. Szłam i szłam i ciągle nie było ulicy z mapy. Były za to taksówki. Podeszłam i zapytałam where is… pokazując adres na kartce. Nie było szans bym zrozumiała odpowiedź, ale facet ręką wskazał kierunek i doszło do mnie, że znajduję się po złej stronie ruchliwej drogi. Uradowana popędziłam na pasy. Teraz znalezienie ulicy nie było trudne. Przerażało mnie jednak, że wszystkie domy wyglądają identycznie, ten sam styl i te same, zadbane ogródki lub chodniki z przodu. W końcu po wytrzeszczaniu oczu na numery budynków, znalazłam wymarzony dom. Wyglądał jak wszystkie inne, z szerokimi wysuniętymi oknami z przodu, otwieranymi w górę i białymi, oszklonymi drzwiami. To tutaj miałam zamieszkać na jakiś czas.

3_bedroom_terraced_house_to_rent_in_albemarle_gardens_ilford_ig2_london_1640085483561535689

Zdziwiło mnie, ze dom jest ciemny, jakby nikogo w nim nie było, nawet jednego światła w oknie. Zadzwoniłam raz. Nic. Zapukałam. Nic. Zadzwoniłam i zakołatałam mocniej i ciągle nic. Stałam kilka minut zdezorientowana, zastanawiając się, co robić, gdy nagle drzwi się otworzyły. Dziewczyna, która w nich stanęła była nie mniej zdziwiona niż ja. Okazało się, że nie słyszała pukania, tylko teraz wypuszczała z domu swojego chłopaka. Wytłumaczyłam, kim jestem i Kamila zaprosiła mnie do środka. Poczęstowała herbata i powiedziała, że kilku mieszkańców domu, wraz z właścicielem poszło po mnie na stację.  Jakimś cudem musieliśmy się minąć. Nie dopiłam jeszcze herbaty, gdy wrócili i powitali mnie serdecznie. Wraz z nimi był młody chłopak o uśmiechu, jak z kreskówek Hanna Barbera. Gadaliśmy o tym i owym, a głownie o podróżach i planach zwiedzenia Anglii. Umówiliśmy się, że już następnego dnia pokaże mi Londyn. I tak się stało. I wiecie, co? Po Londynie był Paryż, Bruksela, Dublin, Madryt, Amsterdam, Marrakesz, Singapur, Kanada, Kenia i wiele innych miejsc na świecie. Bo zaczęliśmy rysować kreskówkę razem. I nigdy nie wróciłam do mojego Krakowa.

 

Jeśli macie ochotę poczytać wspomnienia innych Polek z ich pierwszych dni na obczyźnie to zapraszam tutaj PROJEKT WIOSENNY – PIERWSZY DZIEŃ W MOIM NOWYM KRAJU

Osobliwości angielskiej kuchni – długa lista

Kolejny projekt klubu Polek opowiada o osobliwościach jedzeniowych w różnych krajach, dziewczyny pisały o jedzonych robakach i innych stworach. U mnie takich ekstremów nie będzie, ale w kraju, gdzie mieszkam, czyli w Anglii nie zawsze wszystko jest takie oczywiste. Wyspiarze lubią sobie udziwniać i choć teraz już nie patrzę na to z szeroko otwartymi oczyma, to kiedyś pewne jedzeniowe przyzwyczajenia były dla mnie szokiem. Gdy przyjechałam do Anglii w październiku 1998 roku nie mogłam się pogodzić z brakiem ukochanych polskich produktów jak np. ser biały. Nic mi nie smakowało jak należy, pietruszka nie była pietruszką, tylko pasternakiem, ziemniaki były sypkie i szybko rozwalające się i zdecydowanie nie nadawały się na potrawy typu kopytka, mięso było niesmaczne, warzywa też nie przypominały naszych polskich warzyw. Teraz nauczyłam się robić zakupy w miejscach, gdzie mi smakuje, albo przyzwyczaiłam się do ich smaku.

Angielska kuchnia ma opinię najgorszej na świecie. Czy to prawda? Nie do końca. Często opinia ta oparta jest na jedzeniu, jakie można zdobyć w supermarketach i tanich cafe, które faktycznie nie prezentują jedzenia na wysokim poziomie, utopione w tłuszczu frytki z rybą to czasami szczyt marzeń w takich przybytkach. Chcę was zapewnić, że naprawdę są w Wielkiej Brytanii miejsca, gdzie jedzenie jest dobre. Niestety ceny też są wyższe. Problem w Anglii polega na tym, że bardzo łatwo akceptuje się tu bylejakość.

Nie będę się już rozpisywać o moich dywagacjach o angielskim jedzeniu. Chciałam wam zaprezentować listę udziwnień angielskich, niespotykanych w naszym kraju. Niektóre są osobliwe ze względu na kombinacje składnikowe, inne tylko z nazwy. Oto lista

  1. Baked beans, beans-on-toast-largefasolka z gatunku Haricot, gotowana w sosie pomidorowym, choć wg nazwy powinna być pieczona. Podejrzewam, że kiedyś faktycznie się ją dusiło w piekarnikach, ale od dawna nikt tego nie robi. Teraz kupuje się puszkę i ją podgrzewa w mikrofali. Niewiadomo, czy do UK przyszła z Francji, czy ze Stanów, wraz z puszkami Heinza. Czasami mam wrażenie, że jada się ją do wszystkiego, najczęściej do tradycyjnego śniadania angielskiego, albo podaje na toście. I koniecznie trzeba, jak na kulturalnych ludzi przystało, jeść nożem i widelcem
  2. Scotch eggscotch-eggs-280x280czyli szkockie jajko. Są to ugotowane na twardo jajka, zawinięte w mięso wieprzowe, takie, z jakiego robi się kiełbasy, a potem pokryte panierką i usmażone w głębokim tłuszczu. Najczęściej podawane jest, jako przekąska. Sami Anglicy się śmieją z tej potrawy, że gdy jest złej jakości to się ma nieświeży oddech przez tydzień. Mimo, że jajko nazywa się szkockim prawdopodobnie przyszło do UK z kolonii w Afryce.
  3. Marynowane jajka pickled-eggs jak już pozostajemy przy jajkach to wspomnę o tych gotowanych na twardo, a potem zamarynowanych w occie z zielem angielskim i różnymi ziołami. Niestety tak podane jaja mi nie podeszły, ale z mojego nurkowania po Internecie wynika, że już nawet w Polsce mają swoich fanów. Dla mnie były angielskim dziwadłem.
  4. Frytki z octemchips-on-paper u nas jada się z ketchupem, w Holandii z majonezem, a w Anglii z octem vinegar, choć dopuszczalne są kombinacje wszystkich trzech. Powiem wam, gdy pierwszy raz dostałam wielkie kawały smażonych ziemniaków zapakowane w gazetę i suto skropione octem to mnie zemdliło, ale teraz od czasu do czasu nie pogardzę.
  5. Jacket potatojacket-potatow Polsce jadałam gotowane, smażone i pieczone w piekarniku, lub ognisku ziemniaki, ale nigdy w formie wielkiego ziemiora, polanego sosem z fasolką, lub mięsnym chilli con carne, lub tuńczykiem, lub stopionym serem. Spróbowałam i często wracam, a nawet gotuje, znaczy piekę w domu. Potrafi być pycha.
  6. Bangers and Mashbangers-and-mash kolejne danie obiadowe, nic wykwintnego, bo tylko kiełbaska podana z puree ziemniaczanym. Jest to typowa angielska kiełbaska, czyli biała niewędzona i często smakująca trocinami bez przypraw, jeśli się nie kupi czegoś z wyższej półki, lub u rzeźnika.
  7. Anglicy tak bardzo uwielbiają swoje kiełbaski, że stworzyli z nich kolejna potrawę, o dziwnej nazwie Ropucha w dziurze, czyli Toad in the hole.toad-in-a-hole Oczywiście żadnej żaby się tu nie jada, tylko angielskie kiełbaski zapieka się w cieście.
  8. I znowu kiełbaski, tym razem na przystawkę, Pig in the blanket,pig-in-a-blanket-day1-e1418999386120-808x382 czyli świnka pod kocykiem, a kocyk to nic innego jak bekon, lub boczek owinięty wokół małego serdelka.
  9. Można tez kiełbaskę zapiec w cieście i wtedy staje się inną zakąską sausage roll.493654f8-b9cd-4287-9454-315129af1e89
  10. W bekon można nawet zawinąć ostrygi i wtedy stają się one Aniołkami na koniu. Dlaczego nie wiem, ale Angels on horseback robia wrażenie i smakują interesującoangels-on-horseback
  1. Marmite –jest to lepka, ciemnobrązowa pasta do smarowania chleba, albo jeszcze lepiej kanapki z serem. marmite-jar-250g_aMa intensywny, słony smak, choć pachnie pięknie, słodkawo. Te pastę produkuje się z drożdży, a dokładniej z tego, co pozostało po produkcji piwa. Podobno marmite albo się kocha, albo nienawidzi.
  2. Yorksire pudding yorkshire-puddingto takie stożkowe upieczone ciasto naleśnikowe. Podaje się obowiązkowo do niedzielnego obiadu, czyli pieczeni, polanej obficie sosem. W każdym sklepie można kupic gotowe, mrożone, lub ciasto na nie, ale powiem wam takie świeże domowe, są rewelacyjne.
  3. Jeśli na drugi dzień po niedzielnym obiedzie zostają resztki, to można z nich przygotować Bubble and Squeak na śniadanie, wystarczy resztki tylko podsmażyć.bubble-and-squeak Do podstawowych składników należą ziemniaki i kapusta oraz często marchew, groszek czy brukselka, a także dodaje się jajko sadzone. Nazwa pochodzi od dźwięków wydawanych podczas gotowania – bubble, bulgotać i squak – piszczeć.
  4. Teraz wam trochę opowiem o angielskich kanapkach, czyli sandwichach – podobno od nazwiska człowieka, który je wymyślił. Zawsze składają się z dwóch kromek chleba, jedna na górze, druga na doile. Takie nasze kanapki to u nich nazywa się canapes, a są dostępne tylko w eleganckich domach i mają mniejsze rozmiary. Najbardziej zadziwiającą jest chyba Chip butty, make-a-chip-butty-step-4-version-2czyli kanapka z … frytkami, polana suto majonezem, ketchupem i często vineget.
  5. Jej bardziej bogatą siostrą jest Fish Finger Butty,fish-finger-butty czyli kanapka z paluszkami rybnymi upieczonymi w piekarniku.
  6. Jak już o chlebie mowa, to wspomnę o toście, ale nie takim zwyczajnym podawanym z masłem i dżemem, ale toście rodem z Walii polanym serowym sosem. Nazywa się Welsh Rarebit, lub Rabit, choć nie ma tu ani krztyny królika.welsh-rabit Do sosu najczęściej używa się sera cheddar, dodaje do niego przyprawy, odrobinę musztardy, masło, mleko, mąkę, sos Worcestershire i niekiedy piwo. A wiecie, że Anglicy, jeśli jedzą kanapkę lub tosta rękoma, trzymają go na samym krańcu, a potem ten malutki, trzymany w rękach kawałek zostaje na talerzu.
  7. U nas w kraju do obiadu podaje się najczęściej różnego rodzaju surówki, sałatki, warzywa polane bułka tartą i inne tego typu przysmaki. Talerz Anglika jest znacznie prostszy. Można tam znaleźć zielony groszek, marchewkę, na święta brukselkę i pieczoną pietruszkę, od jakiegoś czasu pojawia się tam też sałata, oczywiście lodowa, kilka plasterków pomidorów i ogórków w garniturku. Jednym ze słynniejszych dodatków obiadowych jest wspomniany groszek, ale pod postacią puree, czyli mushy peas.mushy-peas-400x316
  8. Czasami to zielone puree zamyka się w puszkach i później używa do tworzenia zup. Wtedy jest to Pease Pudding.pease-pudding
  9. Wszyscy w Polsce znamy, choć nie znaczy, że lubimy kaszankę. W Wielkiej Brytanii jest cos podobnego, czyli Haggis. haggisPochodzi on ze Szkocji. Jest podobno daniem prawdziwych Szkotów, twardych mężczyzn. Jest ciężkostrawny; przyrządza się z owczych podrobów, cebulki, mąki owsianej, tłuszczu oraz przypraw. Całość zszywa się i dusi w owczym żołądku. Czasami nazywa się gobłędnie  black puddingblackpudding ze względu na kolor, a w Walii znaleźć można tzw. Hog’s pudding.hogs-pudding Nigdy specjalnie nie wnikałam, jakie są różnice między tymi potrawami.
  10. Jak już o wnętrznościach mowa to koniecznie muszę wymienić FaggotfaggotsSa to pulpety zrobione z wątróbki. Niestety ostatnimi czasy nazwa nie kojarzy się dobrze. Używa jej się niepoprawnie i pejoratywnie na homoseksualistów.
  11. Nie mogę nie wspomnieć o nerkach zapiekanych w placku, z sosem w środku. Ulubione danie większości starszego pokolenia Anglików tzw. kidney pie.kidney-pie
  12. W pubach na przystawkę można często dostać chipsy ze świńskiej skóry, czyli Pork Scratching. ms-pork-scratchings-code-507Nie odważyłam się spróbować, nie mogę wam opisać, sorry.
  13. Teraz będzie o rybach. Chcę wymienić trzy potrawy, które mnie zaskoczyły, choć z różnych powodów. Pierwsza to węgorze w galarecie – Jelly Eel. 292267011_0_640x640Podejrzewam, że wielbicielom karpia w galarecie będzie to smakować, ja jednak do fanatyków się nie zaliczam. Można je kupić w puszce, lub w pudełku w każdym supermarkecie.
  14. Druga potrawa to rybna zupa z wędzonego łupacza, z porami, cebulą i ziemniakami. Nazywa się dziwnie; Cullen Skinkcullen-skink-1
  15. Trzecia rybna potrawa jest zaskakująca, bo potrafi patrzeć na ciebie, gdy ja jesz. Jest to specjał kuchni kornwalijskiej, zapiekane ryby w cieście. Nazywa się Stargazy Pie. Zobaczcie sami:baked-stargazy-pie-body
  16. Jak już przy Kornwalii jesteśmy to wspomnę Yarg Cheese, ser z krowiego mleka, otoczony lisciami pokrzywy.cornish-yarg
  17. Teraz czas na desery: Jako pierwszy Smażony Batonik mars. 30-deep-fried-mars-barBatonik się chłodzi, obtacza w panierce i wrzuca do gorącego tłuszczu i tyle, cała filozofia. Smakuje słodko – wybornie.
  18. Spotted Dick spotted-dick– tutaj nie tyle deser jest dziwny, co jego nazwa. Nie wiem czy go tłumaczyć może poszukajcie sami. Podpowiem tylko, że Dick może być skrótem od imienia Richard, albo bardzo brzydkim określeniem męskiego narządu płciowego. Deser to po prostu rodzaj budyniu i smakuje całkiem całkiem…
  19. Śpiewające czułe słówka, to moja interpretacja tłumaczenia nazwy tych smażonych ciasteczek Singing hinnes.singing-hinnies Popularne na północy Anglii, podobno wydobywają śpiewająco- szepczący dźwięk podczas smażenia, uwodząc oczekującego na deser. Piękne prawda?
  20. Dżemowy fikołek, Jam rolly pollyjam-roly-poly to po prostu pyszna rolada z dżemem.
  21. Pond pudding to ciasto z marmoladą z cytrynpond-pudding
  22. Gypsy tart – czyli cyganska tartagypsy-tart to bardzo słodkie ciasto, z regionu, z którego pochodzę, czyli z Kent, zrobiona z mleka i ciemnego cukru. Uwielbiam.
  23. I na końcu moje duże zdziwienie deser z chleba: Bread Pudding.traditional bread and butter pudding with egg custard sugar and Stworzony z zapiekanych kromek chleba z rodzynkami i innymi bakaliami, potrafi smakować wybornie, cytryną i cynamonem.

Filmowy Kent

bond-actorsOto jest nowe zadanie, nowy projekt naszego klubu Polki na Obczyźnie, jakże mi bliski, bo filmowy. Uwielbiam filmy, oglądam, a w zasadzie pochłaniam je z namiętnością wielką. Na szczęście cała moja rodzina jest zarażona tą chorobą, więc średnio na tydzień oglądamy 3 do 5 filmów, a bywa i więcej. Kiedy, więc dowiedziałam się, że mamy pisać o filmach ucieszyłam się bardzo, zwłaszcza, że mamy napisać o filmach z kraju, w którym mieszkamy. Niestety, gdy zaczęłam bliżej zgłębiać temat mój entuzjazm przygasł. Bo Wielka Brytania jest na pierwszym miejscu pod względem ilości produkowanych filmów w Europie i chyba na trzecim na całym świecie. Brytyjskie filmy znają wszyscy, choć często są mylone z amerykańskimi. Każdy słyszał o Bondzie, Harrym Potterze, o Trainspotting czy ekranizacjach powieści Jane Austen. Mogłabym wymieniać w nieskończoność. Myślałam i myślałam aż któregoś dnia przeczytałam gdzieś, że w Rochester  nakręcono kilka scen do filmu na podstawie książki Dickensa „Wielkie Nadzieje” i zupełnie jak u Pomysłowego Dobromira poczułam jak pomysł skacze mi po głowie. Postanowiłam, że opowiem wam o kilku filmach, które nakręcono w moim hrabstwie. Wspomniani wyżej Bond, Potter i Jane Austen  zaznaczyły swój ślad w Kencie.

Oczywiście zacznę od przystojnego, zawsze eleganckiego, agenta-gentelmana, któremu najpiękniejsze kobiety nie potrafią się oprzeć. Bond. James Bond.  Dwa filmy z serii były kręcone niedaleko mnie, a w zasadzie nie całe filmy, tylko pojedyncze sceny:

W 1971 roku nakręcono „Diamenty są wieczne” z legendarnym Sean Connery w roli głównej. W tym epizodzie Bond ma za zadanie odkryć, kto i dlaczego ukradł olbrzymią ilość diamentów. Oczywiście wątek polityczny jest konieczny. Szaleniec, naukowiec zbudował potężną maszynę, przy pomocy, której można kontrolować świat. Kto zapłaci najwięcej zostanie bogiem. Niezapomniana w filmie jest piosenka śpiewana przez Shirley Basset, do zobaczenia tutaj: Diamonds are forever

W porcie w Dover Bond zamienia się na tożsamość ze szmuglerem diamentów i ucieka do Francji. W scenie widoczne są oczywiście białe klify Dover.white-cliffs-2 Zobaczcie sami: Scena z filmu

W 2002 roku nakręcono na lotnisku w Ramsgate w Kent kilka ostatnich scen do „Śmierć nadejdzie jutro” z Piercem Brosmanem w roli agenta. Tym razem Bond ma poważne kłopoty, najpierw uwięziony przez rok w koreańskiej niewoli jest torturowany przez sadystycznego koreańskiego agenta, potem jego właśni ludzie podejrzewają go o bycie podwójnym agentem. Ale jak to zwykle z Bondem bywa, wszystko skończy się dobrze, niestraszna mu nawet Madonna, tym bardziej, że ma on przy boku Halle Berry we własnej osobie. Muszę przyznać, ze piosenka tytułowa nie rzuciła mnie na kolana, wydała mi się jakaś taka nie- bondowska.Do posłuchania tutaj: Madonna

Najsłynniejszy czarnoksiężnik na świecie odwiedził Kent w 2010 przy okazji kręcenia” Harry Potter i Insygnia Śmierci”. W śmiertelnym wyścigu Harry i Hagrid najpierw lecą nad głowami kierowców i pasażerów, a potem wśród rozpędzonych samochodów na autostradzie, niejednokrotnie pod prąd, lub choćby po ścianach tunelu. Za tło tej potyczki posłużyło przejście przez rzekę, czyli most Elżbiety Drugiej lub tunel pod Tamizą. Scena robi duże wrażenie szczękiem rozbijanego szkła i lecącej w górę przyczepy kempingowej. Scena pościgu

Anglia to nie tylko pif paf i abrakadabra, to także romantyczne cmok cmok i tutaj zdecydowanie dominuje królowa we własnej osobie, czyli Jane Austen. Urocze miasteczka kentowskie nie oparły się uwadze filmowców i w Kent nakręcono co najmniej dwa filmy na podstawie Austen: w 2005 roku „Duma i uprzedzenie” i w 2009 serial BBC Emma. O dwóch lokalizacjach kiedyś już pisałam, są to jedne z najładniejszych miejsc w moim hrabstwie:

Chilham,

Groombridge Manor. (Jeśli ktoś chce o nich poczytać to proszę kliknąć w nazwę miejscowości).

Fabuła obu filmów jest podobna i podejrzewam powszechnie znana. W obu pozornie silne, mądre kobiety pomagają innym, nie szukając miłości, a ta w najmniej spodziewanym momencie znajduje je sama w postaci Panów Darcy i Knightley.

Jeśli klikniecie na poniższy link to filmik zacznie się powrotem Elizabeth po moście, do domu i to właśnie Groombridge posłużyło za dom Bennetów. Scena z Filmu

Serial Emma kręcono praktycznie całkowicie w Kencie. Już w pierwszej scenie pojawia się piękny dwór magnacki Squerryes Court w Westerham  Sceny z filmu A później akcja przenosi się do Chilham. Zapraszam do oglądnięcia pokazu slajdów dokumentującego pracę filmowców Film dokumentalny o kręceniu serialu

chatham-docks

Zdjęcie od Towarzystwa Hisorycznego w Chatham

Na zakończenie chciałabym wam opowiedzieć o jeszcze jednym  miejscu, które często służy, jako filmowy plener. Jest  dawna stocznia na Tamizie, tzw Dockyards, w miejscowości Chatham, założona jeszcze w czasach Elżbiety Pierwszej ale zamknięta za czasów jej imienniczki Elżbiety drugiej. Stworzono tutaj  rodzaj muzeum, lub nawet skansenu, w którym można oglądać wybudowane tu statki, a nawet łódź podwodną. W 1999 roku kręcono tu sceny do filmu Mumia? Pamiętacie? Przeklęty kapłan, zabójca faraona zostaje żywcem zmumifikowany i po wiekach wykopuje go drużyna poszukiwaczy skarbów. Mumia wraca na ziemie by się mścić. Scena z filmu

Doki w Chatham posłużyły tutaj jako … port w Gizie.b1622-the-mummy-1999-2

W 2007 filmowcy wrócili do Chatham i przerobili stocznie na norweskie, fikcyjne miasto do filmu Złoty Kompas.

W 2009 wiktoriańskie pejzaże posłużyły za tło do detektywistycznych działań Shelrocka Holmesa, a w w 2013 Chatham stało się francuską fabryka do musicalu Les Miserables.lesmis-mm-040113-rc-5a_l

To nie są wszystkie filmy, które nakręcono w Kencie, dlatego do tego tematu jeszcze powrócę. Mam nadzieję, że gdy kiedyś odwiedzicie Anglię, nie zapomnicie o tych słynnych filmowych plenerach.

Jeśli chcecie poczytac o filmach z innych rejonów świata, to zapraszam tutaj: Projekt Filmowy klubu Polek

 

Pięć ważnych dla mnie miejsc

Mój ukochany Klub Polki na Obczyźnie znowu wymyślił wspaniały projekt, o ważnych miejscach w naszym życiu. Dziewczyny pięknie piszą i wspominają, zapraszam was do poczytania. Miejsca, o których ja wam opowiadam, są dla mnie ważne pod wieloma wzgledami, w każdym z nich zostawiłam cząstkę siebie i w zamian, z każdego z tych miejsc coś zabrałam. To coś sprawiło, że jestem kim jestem.

Kraków – moje dzieciństwo krakow-05-06-181

Musi być na pierwszym miejscu, bo to jest moje miasto rodzinne, mój Kraków, moja nostalgia i moje wspomnienia. Tu spędziłam dzieciństwo i młodość, tu chodziłam do szkoły, później studiowałam historię na UJ, tu miałam moich wspaniałych przyjaciół i pierwsze miłości.

O Krakowie kiedyś wiedziałam wszystko, każdą wolną chwilę spędzałam na zwiedzaniu mojego miasta, włóczyłam się po ulicach, parkach, kościołach, zwiedzałam muzea i przesiadywałam w kafejkach. Moja młodość przypadła na czasy zmiany systemu, obserwowałam, więc jak się zmienia moje miasto, jak ładnieje jak zakochana panna młoda. Miałam swoje ulubione miejsca, kościół św. Andrzeja, bulwary wiślane koło Norbertanek, kopiec Krakusa, Salwator, Planty, na których przesiadywałam przygotowując się do zajęć choćby z łaciny, herbaciarnia na Gołębiej oraz na Kazimierzu ulubione kafejki i  bary, zwłaszcza Les Couleurs!

Teraz to wszystko wygląda inaczej, klimat jednak i atmosfera Krakowa pozostały takie same, mimo nacierającej rzeszy turystów i naciągaczy. Nie przyjeżdżam do Polski często, ale staram się odwiedzić moje miasto, choć raz w roku. Pokazuje je dzieciom, zabieram na ukochane lody na Sławkowskiej lub na Kleparski targ, chodzimy po Rynku i jego okolicach. Kiedyś nie wyobrażałam sobie, że mogłabym kiedyś wyjechać z mojego miasta. Życie jednak miało swoje plany i oto od wielu lat mieszkam w Anglii, Kraków jednak na zawsze pozostanie w moim sercu i na moich ścianach.

Świętokrzyskie399a2754Drugie nostalgiczne dla mnie miejsce. Stąd, a dokładniej z małej miejscowości, której car zabrał kiedyś prawa miejskie, Nowej Słupi, pochodzi mój tata. Uwielbiałam tam jeździć, jako dziecko z rodzicami, zawsze pachniało u babci lasem, grzybami i jagodami. Do tej pory mam okrutną słabość do grzybów i jeśli w restauracji serwują danie z grzybami, to je na pewno zamówię. Jagody, czy borówki, nigdy nie wiem, jaka jest różnica, też uwielbiam. A Jagodzianki znacie? Te pyszne drożdżowe bułeczki z nadzieniem z jagód pochodzi właśnie ze świętokrzyskiego. Podobnie zalewajka, ukochana zupa mojego syna, po mistrzowsku przygotowywana przez mojego tatę. Mniam, na samą myśl, ślinka mi leci.

Pamiętam jak tata zabierał mnie na spacery po lesie i uczył rozpoznawać drzewa, krzewy, czasami ptaki, dzięki niemu mam teraz sporą wiedzę na ten temat.

IMG_3581Z Nowej Słupi lasem można przejść na Łysą Górę, gdzie od wieków znajduje się klasztor Święty Krzyż, stąd nazwa całego regionu. Sama trasa jest warta pokonania, a trud i bolące nogi rekompensuje widok z góry i budynki klasztorne. Dawno, dawno temu w miejscu było święte miejsce Słowian, otoczone wałem kamiennym służyło do odprawiania modlitw do Bogów i składania im ofiar. Palące się w czterech stronach świata ogniska widoczne były na sąsiednich górach, gdzie również rozpalano ogniska i sieć ognisk szła daleko daleko i łuna biła taka, aż niebo wydawało się stawać w ogniu. Wyobrażacie sobie takie widowisko? Żadne inne światło nie zanieczyszczało widoku. Powiadano, że na Łysej Górze odprawiały swoje sabaty czarownice. Myślę, że historię tę stworzyli wysłannicy chrześcijaństwa, którym zależało, by zwykli ludzie przestali odprawiać swe rytuały na pogańskich górach.

Maidstone moje obecne miastoIMG_5604 

Maidstone to stolica hrabstwa Kent, ale nie jest molochem, jest raczej małe i prowincjonalne. Mimo wszystko, a może właśnie, dlatego, czuję się tu dobrze. Mieszkałam w wielu miejscach w Anglii. W pierwszym roku mojego pobytu w tym kraju przeprowadzaliśmy się jedenaście razy. Możecie o tym przeczytać w Alfabecie Emigracji, gdzie wspominam moje początki w UK. Potem się uspokoiło, ale jeszcze kilka miejsc zaliczyłam, aż kupiliśmy nasz obecny dom w Maidstone i tutaj w końcu czuję się naprawdę dobrze; wychodzę przed dom i mam miasto, a do jego centrum, na piechotę mogę dojść w kilka minut; wychodzę za dom i mam wieś z najprawdziwszą rzeką, porośniętą gęsto roślinnością, z płaczącymi wierzbami na czele. Ciągle uczę się Maidstone, odkrywam nowe miejsca, ale już mam kilka ulubionych. Należą do nich zwłaszcza parki, gdzie można się włóczyć w nieskończoność. Lubię też tutejszy teatr i okolice kościoła Wszystkich Świętych (All Saints), za którym, w ziołowym ogródku można spokojnie posiedzieć i poczytać, wdychając zapachy lebiodki i rozmarynu. Odwiedzam nagminnie tutejsze kafejki, szukając tej, w której najlepiej się będę czuła i dobrze będzie mi się pisało. Jak znajdę, to wam o niej opowiem. Na razie przoduje francuska Frederic, serwująca najwspanialszy zapiekany Camembert.399a5538 Maidstone się rozwija i zmienia z dnia na dzień, a wraz z nim kwitnie tutejsza, polska społeczność. Na szczęście dla mnie w samym centrum miasta są polskie sklepy, w którym zaopatruję się w kasze, twarogi czy kiszone ogórki i inne produkty. Naprawdę fajnie mi się mieszka w Maidstone.

Paryż – moja wielka miłośćIMG_5724Po raz pierwszy odwiedziłam to miasto w lutym 2000 roku. Obecny mąż, a wówczas chłopak zabrał mnie na romantyczny walentynkowy weekend. W dwa dni schodziliśmy Paryż wzdłuż i wszerz.  Zakochaliśmy się w sobie i w tym mieście. Dwa lata temu spędziłam tam sama cały tydzień, zwiedzając, włócząc się śladami artystów i pisarzy, zwłaszcza Hemingwaya, bo mam do tego człowieka słabość. Byłam koło budynku, w którym mieszkał i odwiedziłam jego kafejki i restauracje w okolicach Montparnass. Czytaliście kiedyś „Słońce też wschodzi”? Był to mój przewodnik po Paryżu.IMG_5526

Mój blog narodził się  podczas tej paryskiej włóczęgi.

Mam swoje ulubione paryskie miejsca np: Plac Delfina, ostatnio popularny po premierze filmu „Me before you” czy Abbesses niedaleko Montmartre, gdzie uwielbiam siedzieć w kafejkach, pić kawkę i pisać, choć do Hemingwaya mi daleko.

Langwedocja – moje marzenieimg_0184 Południe Francji pokochałam w 2000 roku, kiedy to wybraliśmy się na objazdową wycieczkę z moim Maciejem. Po zobaczeniu zamków katarów, Carcassone, winnic, plaż, gór Pirenei, katedry w Narbonne, Beziers, Perpignan wpadłam po uszy. Langwedocja przypomina bajkową krainę, mlekiem i miodem, a może raczej winem płynąca.  Od pierwszego naszego pobytu, ciągle słyszę w mojej duszy i w sercu marzenie o zamieszkaniu na stałe na południu Francji. Kto wie, może kiedyś, na emeryturze się to uda spełnić? Póki, co pomarzyć zawsze można, prawda?

Boudicca kobieta wojownik

Dzisiaj poopowiadam wam o tym, co tygrysy lubią najbardziej, czyli o legendach i historii. Jest to wpis do kolejnego projektu, przygotowanego wspólnie przez mój ukochany Klub Polki na Obczyźnie. Opowiadamy o postaciach legendarnych lub bajkowych w krajach, w których mieszkamy.

Król Artur, czy Robin Hood są bohaterami powszechnie znanymi, napisano na ich temat mnóstwo książek, stworzono wielkie dzieła sztuki, powstały filmy, którymi zachwycał się cały świat. Dlatego nie będę was zanudzać kolejną opowieścią o tych bohaterach. Postawię na kobiety. Dzisiaj opowiem wam o walecznej królowej, której udało się niemożliwe; kilkakrotnie pokonała i mocno wystraszyła rzymską armię, do tego stopnia, że imperator rozważał odwołanie legionów z wysp brytyjskich. Niestety szczęśliwego happy endu nie było, tylko legenda pozostała.

Ale po kolei:

Był 61 rok naszej ery, Rzymianie, od prawie dwudziestu lat na dobre szaleli na ziemiach Bretonów.500px-pictures_of_english_history_plate_iii_-_the_romans_conquer_britain

Podbili południowe i południowo- wschodnie wybrzeża, w tym ziemie Cantaci, czyli mój obecny Kent, a ich legiony podążały przeciwko Druidom w Walii. Plemienni władcy przerażeni butą i okrucieństwem najeźdźców stawali się ich lennikami, a tam, gdzie nie udało się zmusić panujących do hołdu, podstępem ich usuwano i osadzano na tronach swoich ludzi. Jednym z nich był Prasutagus. Rządził ziemiami celtyckiego plemienia zwanego Iceni, zamieszkującego tereny, gdzie obecnie znajduje się hrabstwo Norfolk.wpid-isha_map_2

Był dość dobrym królem, ale tchórzliwym i zdecydowanie za bardzo oddanym agresorom, a zwłaszcza ich cesarzowi Klaudiuszowi. Imperator osadził go na tronie, po tym jak Iceni zbuntowali się w 47 roku przeciwko władzy Rzymu. Walecznych Celtów pokonano, ale nie złamano im karku i pozostali w miarę niepodlegli. Jedynym warunkiem był właśnie Prasutagus, który, według rzymskiego historyka, jako król, żył długo i dostatnio, ale narobił u Rzymian długów; sam Seneka zanotował, że pożyczył mu pieniądze. Niestety król Iceni nie oddał ich na czas i zmarł. W testamencie swoim zapisał swoje królestwo rzymskiemu cesarzowi i swoim córkom. Mieli rządzić na spółkę. Oh zgrozo, taki policzek dla rzymskiego monarchy??!! Ma dzielić władzę z kobietami??? Przypomniano sobie o długach. Oczywiście naliczono odsetki i prosta matematyka; wyszło że, by spłacić dług wszystkie ziemie Iceni przypadną Rzymianom. Wysłano odpowiednich ludzi. Na dworze Iceni powitała ich wdowa po królu, Boudicca, piękna, wysoka, z długimi, płowymi włosami sięgającymi pasa. 6701f52e62c0a364c39e01edf68a3aecSpojrzała na nich z góry, przenikliwym spojrzeniem. To ich rozsierdziło, przyszli tu, bowiem z rozkazu króla-Boga. Nie spodziewali się takiej obelgi od pogańskiej władczyni. By pokazać, gdzie jest jej miejsce, Boudiccę związano i wystawiono na środek placu i tam publicznie wychłostano. Jej młodociane córki, niedoszłe władczynie Iceni zostały publicznie zgwałcone. Scena chłosty w filmie

boudica-queen-of-britain-first-century-bc

Potem puszczono je wolno. Rzymski namiestnik myślał, że poniżone i złamane  kobiety nie będą zdolne do żadnego czynu. O jakże się pomylił. Boudicca poruszyła całą celtycka Bretanię, zjednoczyła plemiona nadzieją na pokonanie najeźdźców lub strachem. Poszły za nią tysiące. Sama z rozwianym włosem, na rydwanie uczestniczyła w bitwach, zabijała bez mrugnięcia okiem. Nie miała litości dla Rzymian i ich popleczników. Z dymem poszła stolica Rzymian obecne Colchester, a później podobny los spotkał Londinium (Londyn) i Verulamium (St Albans).tumblr_nkxi43sprv1tslewgo1_1280 Wydawało się, że już niedługo i cała Brytania zostanie wyzwolona. Niestety tak się nie stało. Boudicca w końcu spotkała równego sobie zapałem i walecznością, generała Swetoniusza, późniejszego cesarza rzymskiego, który dotychczas zajęty był walkami na wybrzeżach Walii, koło wyspy Anglesey. Do rozstrzygającej bitwy doszło na Watling Street, ale dokładnego miejsca nie dało się ustalić. 2000px-roman_roads_in_britannia-svgTa dawna rzymska droga wiedzie od Canterbury aż do Chester. Bitwa rozegrała się prawdopodobnie gdzieś pośrodku, w West Middlands, ale jej przebieg przykrył mrok historii. Oddziały rzymskie były znacznie lepiej przygotowane do walki niż Celtowie, byli lepiej uzbrojeni, bardziej zdyscyplinowani, doświadczeni i zaprawieni w boju. Celtowie nie mieli szans.  Co się stało z Boudiccą i jej córkami? Nie przywieziono ich do Rzymu, by szły w zwycięskim korowodzie Swetoniusza. Według legendy harde kobiety wypiły truciznę, by nie zostać ponownie poniżone przez rzymskich oprawców. A teraz niespodzianka. Pamiętacie Harrego Pottera i jego platformę 9 i ¾? harry-potter-platformPodobno tam właśnie, wg legendy, w miejscu pomiędzy platformami 9 i 10 znajdował się grób walecznej królowej. Niestety jak to z legendami bywa, nie zawsze mają one pokrycie w źródłach. W czasach średniowiecza Boudicca, jako poganka, została zapomniana. Przywrócił ja do życia renesans i Szekspir. W czasach wiktoriańskich stała się ukochaną postacią historyczną, dorównującą królowej Wiktorii. Tu ciekawostka, podobno imię Boudicca, znaczy to samo, co Wiktoria, czyli Zwycięstwo. Od tamtej pory napisano na jej temat masę książek i nakręcono wiele filmów, zarówno dokumentalnych, jak i fabularnych. Niedaleko brytyjskiego Parlamentu, przy moście Westminster jest piękny pomnik królowej i jej córek jadących na rydwanie.shutterstock_121664005 Boudicca stoi pionowo, w płynącej sukni, z włócznią w prawej ręce, z podniesioną lewą ręką. Jej córki klęczą po obu jej stronach jak amazonki z odsłoniętą piersią.  Żadna z kobiet nie trzyma wodzy by kontrolować konie. Pomnik zrobiono na zamówienie księcia Alberta, męża królowej Wiktorii.  Inny pomnik Boudicci i jej córek stoi w Brecon na ziemiach muzeum Brecknock.ah_18410_11375  Interesującą, bardzo nowoczesną, 5.2 metrową rzeźbę  z aluminium, ustawiono niedawno w Colchester. Autorem jest Jonathan Clarke.008_boudica_colchester_1999_jonathan-clarke_sculptor350  A w Norfolk jest trasa, którą można przejść podążając śladami naszej bohaterki: Boudicca Way. Możecie spotkać się z inną, dawniejszą formą imienia królowej Boudicea, której oficjalnie już się nie używa.

Przyjaźń

Jak to jest z tą przyjaźnią na emigracji? Czytałam parę wpisów na ten temat, bo jest to ostatni projekt naszego Klubu Polek na Obczyźnie (http://klubpolek.pl/). Niektóre zdania były kategoryczne: „Taka przyjaźń nie istnieje. Za granicą ma się znajomych, a nie przyjaciół.”  No i mam dylemat. Czy ja mam przyjaciół? Myślę, że mam. Czy się kiedyś przejechałam na ludziach? Tak. Czy byli to Polacy? Nie tylko, ale na Polakach tez się przejechałam, dopiekli mi, oszukali. Czy mam przyjaciół Polaków? Mam. Chcę w to wierzyć. Czasami tak sobie myślę, że nasze oczekiwania do drugiej osoby, a zwłaszcza do osoby pochodzącej z tego samego kraju są zbyt wysokie. Że niejednokrotnie więcej oczekujemy niż dajemy. Tak z ciekawości sprawdziłam definicję przyjaźni w Słowniku Polskim:

Przyjaźń są to bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości i zaufaniu; też: życzliwość, serdeczność okazywana komuś.

Bardzo rzadko wypowiadam się na jednoznacznie na temat ludzi, staram się nie generalizować. Nie lubię określeń typu: typowi Polacy, zachowuje się, czy myśli jak Polak, wszyscy Polacy tak mają… Wierzę głęboko, że każdy z nas jest inny i każdego kształtują życiowe przeżycia, jakich doświadcza bądź doświadczył. Niektórzy naukowcy wierzą w coś, co się nazywa charakterem narodowym. Podejrzewam, że żyjąc w podobnych warunkach, wykształcamy podobne cechy, tworzymy stereotypy, mamy podobne podejście do różnych rzeczy. Nie będę tutaj analizować charakteru narodowego Polaków, nie o tym jest ten wpis, ale odniosę się do jednego, często spotykanego stereotypu: Polacy za granicą się nie przyjaźnią. Czy to, aby prawda? Przeanalizowałam moich znajomych Polaków, większość z nich życie w społecznościach polskich, mają polskich znajomych, bawią się z Polakami, pracują z Polakami, Polacy pomagają w załatwianiu pracy, Polacy załatwiają sobie wzajemnie sprawy bankowe, jak mechanik, to tylko Polak, jak dentysta to tylko Polak itd…

Więc, o co chodzi z tym stwierdzeniem, że Polak Polakowi wrogiem. Myślę, że o to, że przyjeżdża taki delikwent na obcą ziemię, nie mówi tutejszym językiem i pierwszy napotkany rodak staje się przerażonemu emigrantowi przyjacielem, a jeśli jeszcze jest życzliwy, to już w ogóle super. I oczekiwania nasze wzrastają, a ta osoba niekoniecznie ma czas i ochotę na naszą przyjaźń. Po drugie często taki delikwent z założenia jest przekonany, że wszyscy wokół tylko czekają by go okraść i oszukać i jakoś tak się dzieje, że każdy najmniejszy nawet zawód urasta do rozmiarów potopowych. Bo oczekiwania są, a zrozumienia brakuje.

Pamiętacie taki amerykański serial Przyjaciele (Friends)? Jeden z moich ulubionych. Szóstka przyjaciół, chłopaki i dziewczyny, przeżywa różne śmieszne perypetie. Czasami się wspierają, pomagają, czasami się kłócą i mają problemy. I właśnie na te kłótnie i problemy chciałabym zwrócić uwagę, bo jakoś tak z nami jest, że dość łatwo wpadamy w gniew, obrażamy się, jesteśmy pamiętliwi, a po kłótni nie umiemy rozmawiać, przepraszać, przebaczać. Nie jestem wyjątkiem, choć przez lata nauczyłam się być bardziej wyrozumiała i patrzeć na to, co robią inni z ich punktu widzenia.

A teraz trochę o moich przyjaźniach. Czuję się trochę jakbym była bohaterką tego mojego ulubionego serialu o Przyjaciołach, bo mam takie grono ludzi, na których polegam. Znamy się już lata, pomagamy sobie wzajemnie, wspólnie spędzamy czas, jeździmy pod namioty i raz do roku na wspólne wakacje.  Nie zawsze jest kolorowo, nie zawsze smarujemy sobie bułeczki słodkim masełkiem, czasem się nie zgadzamy, czasem się kłócimy… Grupa jest bardzo międzynarodowa. A parę lat temu przypadkiem trafiłam na polską szkołę i poznałam taki ludzi, jakich trzeba by ze świecą szukać. Dopóki ich nie poznałam, też myślałam, że od Polaków trzeba trzymać się z daleka, ale tutaj między nami coś kliknęło. Bo myślę, że to czasami tylko o to chodzi. O to kliknięcie. I o to by dać innym szansę i by zasłużyć na ich przyjaźń.Montmartre12

Autostopowiczki

Dzisiejszy wpis powstał w ramach lutowo- marcowego projektu Klubu Polki na Obczyźnie: http://klubpolek.pl/projekt-luty-marzec-2016/

Jest piątek 19 listopada 1965 roku. Cztery młode, elegancko ubrane dziewczyny wracają do domu w Chatham samochodem, fordem cortiną z imprezy w Maidstone. Bawili się tam z nimi czterej przystojni faceci, a wsród nich Brian Wetton, narzeczony jednej z nich. Impreza bowiem była ostatnim panieńskim wieczorem 22 letniej Susan Browne. Dziewczyny są szczęśliwe, rozświergotane, wesoło szczebiocą o dzisiejszej imprezie i jutrzejszym ślubie. Bawiły się znakomicie, wspominają momenty, rozmowy, pocałunki. Jutro wielki dzień. Wszystko już jest przygotowane, zamknięte na ostatni guzik. Będzie cudownie; śliczne sukienki, makijaże, kwiaty, pyszne jedzenie. W samochodzie jest bardzo radośnie; przecież jutro nadejdzie to najważniejsze wydarzenie w życiu młodej dziewczyny. Przyszła panna młoda jest rozmarzona. Dziewczyny jadą spokojnie drogą A229. Nagle w okolicach Bluebell Hill, z niewiadomych przyczyn samochód traci kontrolę i uderza w nadjeżdżającego z naprzeciwka jaguara. Z czterech dziewczyn przeżyje tylko jedna, jej koleżanka Patricia Ferguson ginie na miejscu, a panna młoda i jej druhna w ciężkim stanie zabrane zostają do szpitala w Maidstone gdzie niestety umierają po kilku dniach.

źródlo internet

Cztery lata pózniej mężczyzna wraca wieczorem do swojego domu w Rochester. Nagle widzi idące na niego dwie młode kobiety, które machają jak autostopowiczki. Zatrzymuje się, a one wsiadają do samochodu i proszą by je podwiesić do pobliskiego Chatham. Mężczyzna spełnia ich prośbę, jednak gdy odwraca się do nich, dojeżdżając na miejsce widzi, że samochód jest pusty, kobiety zniknęły.

W tym samym roku kolejny młody mężczyzna spotyka dwie kobiety na drodze do Chatham gdy, podjeżdża bliżej jednak kobiety znikają, rozmywając się w powietrzu.

13 lipca 1974 roku, Maurice Goodenaugh jadąc z dużą prędkością uderza z impetem kobietę, którą nagle pojawiła się przed samochodem. Wysiada i widzi, że to młoda dziewczyna, zraniona w czoło, z powykręcanymi kolanami. Maurice przykrywa kobietę kocem, bo boi się ją poruszyć by czegoś nie złamać i jedzie na pobliski posterunek poszukać pomocy. Wraca z kilkoma radiowozami, ale na miejscu jest tylko pozostawiony koc, kobieta zniknęła. Zakrojone na dużą skalę poszukiwania nie dają rezultatu. Maurice jest w szoku, jest przekonany, że to on zabił dziewczynę, a teraz ona zniknęła. „ czy ja zwariowałem?”- pytał dziennikarza.

 

źródlo internet

Wiele lat pózniej, w listopadzie 1991 roku podobna historia przydarza się pięćdziesięciu-cztero latkowi Ianowi Sharpowi. Jego samochód uderza dziewczynę, która nagle pojawiła się przed samochodem wpatrując się natarczywie w oczy Iana. Dziewczyna wpada pod koła auta. Rozdygotany mężczyzna zatrzymuje się i wysiada z auta. Aż się boi spojrzeć pod koła na myśl, co tam zobaczy. Cóż musi. Zagląda, a pod samochodem nie ma nikogo. „Naprawdę myślałem, że ją zabiłem”- powie pózniej w wywiadzie.

Podobno takich historii odnotowano więcej, ludzie opowiadają o jednej, lub dwóch dziewczynach pojawiających się nagle przed samochodem, lub na poboczu proszących by je podwiesić, czasami dziewczyna ubrana jest w suknie ślubną. Bluebell hill stało się miejscem szczególnie znanym wsród spirytualistów szukających kontaktów z duchami. W pubie Lower Bell odbywają się ich spotkania. O historii zjawy autostopowiczki w sukni ślubnej napisano już kilka książek, a w 2014 Sonya Roseman nakręciła film ‘Legenda z Bluebell Hill’.

 Droga A229 wygląda bardzo spokojnie i uroczo, niestety cieszy się nienajlepszą sławą, dużo na niej dziwnych wypadkow, nawet kilku moich znajomych to spotkało; pare lat temu samochód prowadzony przez Niemca uderzył w nowiusieńkie auto mojego kolegi, rozwalając go porządnie. Niemiec tłumaczył się pózniej, że nie wie czemu jego nawigacja sprowadziła go na tę drogę; czyżby to była wina białej pani w welonie?

Od kilku tygodni jeżdzę codziennie A229, ciekawe czy uda mi się kiedyś spotkać zjawę panny młodej. Pewnie nie, bo nie wierze w duchy, a Wy?

Za co lubię angielskie święta

To będą moje szesnaste święta w Anglii (dwa razy spędziliśmy święta w Polsce, raz we Francji z przyjaciółmi i raz w Walii). Ponieważ Anglia stała się moją drugą ojczyzną, w święta staramy się godzić nasze polskie zwyczaje z tradycją angielską. Wiem, że wiele osób narzeka, że w Anglii święta stały się bardziej świecką tradycją i nie mają już wiele wspólnego z ich religijnym pierwowzorem. Mnie to jednak nie przeszkadza. Każdy może tutaj celebrować święta tak, jak chce, nikt nie krytykuje, nikt, nic nie narzuca. Oczywiście ulubionym zajęciem Anglików są zakupy, ale tak było od zawsze. Taka rozrywka narodowa. Już podobno Napoleon krytykował za to naród brytyjski. Ostatnio w Internecie pojawiło się zdjęcie choinki, w jakimś domu, która była tak obstawiona prezentami, że widać było tylko czubek. Słuchałam później w radiu rozmowy z właścicielką choinki. Była nią ciężko pracująca mama, która cały rok odkłada pieniądze na to, by Święta uczynić dla swoich dzieci wspaniałymi, pod każdym względem. Mówiła, że chce im podarować, co tylko może i spędzać z nimi czas na świątecznych przyjemnościach. Oczywiście wzbudziła sporo głosów krytyki, ale i pochwał.

Obserwuję moich angielskich znajomych od lat i widzę, że w święta dla nich są bardzo rodzinnym wydarzeniem, a zwłaszcza ważne są dzieci; dla malusińskich  święta powinny być magiczne.
Co ja po tylu latach pokochałam w angielskich świętach? Jest kilka mniej lub bardziej prozaicznych rzeczy. Oto one:

1. Mince Pie –

IMG_8750
Te małe, nadziewane babeczki pojawiły się w Anglii wraz z powracającymi z krucjaty rycerzami w trzynastym wieku. Nazwa jest myląca, bo mince po angielsku mówi się na mielone mięso, jednak, podobno w XIII wieku farsz składał się właśnie z mięsa i suszonych owoców, które rycerze przywieźli z ciepłych krajów. Teraz mince pie to słodziutki deser z kruchego ciasta, suszonych owoców, często namoczonych w alkoholu i przypraw takich jak goździki, gałka muszkatołowa, imbir, cynamon, czyli takich, które my najczęściej dodajemy do piernika. Gdy po raz pierwszy, wiele lat temu spróbowałam mince pie, zrobiło na mnie dziwne wrażenie, może, dlatego właśnie, że spodziewałam się mięsa. Teraz nie ma dla mnie świąt bez angielskiego ciasteczka, ale nauczyłam się też, że nie wszystkie są pyszne. Dla mnie najlepsze są te maślane, gdy proporcje ciasta do nadzienia są równe, z delikatnym podsmakiem brandy. Lubię je jeść delikatnie podgrzane w mikrofali lub w piekarniku, polane dostępną wszędzie w sklepach śmietaną z brandy lub koniakiem. Mniam, marzenie. Jeszcze nigdy nie próbowałam sama piec, ale kiedyś się odważę i o tym napiszę. Dla wszystkich jednak, którzy chcą spróbować podaję przepis:

Kruche ciasto:
• 120 g schłodzonego solonego masła
• 175 g mąki pszennej
• 1 szczypta soli
• 60 g cukru
• 1 żółtko
• 1 łyżka śmietany

Do miski włożyć masło, dodać mąkę, sól i cukier i pocierać w palcach aż się połączą (będą wyglądać jak gruboziarnista bułka tarta). Dodać żółtko i śmietanę i szybko wyrobić, by ciasto zbiło się w kulę. Owinąć w folię spożywczą i wstawić na godzinę do lodówki.

Nadzienie:
• 75 g ciemnego brązowego cukru
• 60 ml słodkiego wina
• 300 g żurawiny
• 1 łyżeczka cynamonu
• 1 łyżeczka imbiru
• pół łyżeczki zmielonych goździków
• 75 g rodzynek
• 30 g suszonej żurawiny
• Skórka z pomarańczy
• kilka kropel ekstraktu z migdałów
• pół łyżeczki ekstraktu z wanilii
• 2 łyżki miodu
• 25 ml brandy

W garnku wymieszać cukier i wino, aż do rozpuszczenia się cukru, na ogniu. Dodać żurawinę i wymieszać. Dodać cynamon, imbir, goździki, rodzynki, suszoną żurawinę, skórkę z pomarańczy. Doprowadzić do wrzenia i gotować przez około 20 minut, lub dopóki owoce się nie rozpadną i nie wchłoną całego płynu. Zdjąć z palnika, lekko ochłodzić. Dodać brandy, ekstrakt z migdałów, wanilii i miód, wszystko dobrze wymieszać.

Rozgrzać piekarnik do 190 stopni C. Lekko posypać mąką formę na 12 babeczek.
Kruche ciasto rozwałkować na powierzchni lekko posypanej mąką na grubość ok. 2 mm i wykroić kółka o średnicy ok. 8 cm. Nałożyć je do foremek. Dobrze docisnąć do dna. Nałożyć po łyżeczce nadzienia mincemeat do każdej babeczki, wierz przykryć resztą kruchego ciasta, z którego można powycinać wzory
Piec przez 12-15 minut w 190°C.
Studzić chwilę w foremkach a następnie wyłożyć na metalową kratkę.
Smacznego!
2. Muzyka w sklepach i na ulicachSalvation Army 11.12.14
Gdy wyjeżdżałam z Polski, wielkich galerii i supermarketów prawie nie było, nie było tradycji dekorowania sklepów na święta, dlatego w Anglii zachłysnęłam się tym. Teraz uwielbiam  śpiewać świąteczne przeboje podczas robienia zakupów. Moje serce się raduje od muzyki i od razu wszystko wygląda lepiej. Kocham też kolędników i grajków ulicznych, zawsze im rzucę coś do garnuszka, zwłaszcza, że w Anglii tacy kolędnicy zbierają często na wyższe cele. Jedną z najbardziej rozśpiewanych organizacji, przed świętami jest Salvation Army, protestancka armia dobroczyńców zbierająca na całym świecie dla potrzebujących, a zorganizowana na wzór organizacji wojskowych.

3. Santa grottos –
Moje dzieci, gdy były młodsze po prostu uwielbiały chodzić na spotkania z Mikołajem. Teraz już nie bardzo wierzą, że Mikołaj istnieje. Santa Grotto to po prostu dom Mikołaja, bajkowy, kolorowy, pięknie udekorowany.  Spotkać je można w wielu różnych miejscach, galeriach handlowych, centrach ogrodniczych, czy w centrum małych miasteczek. Oczywiście takie spotkanie z Mikołajem jest płatne, niemniej jednak warto, by zobaczyć cudowny zachwyt na twarzach naszych milusińskich. Do niektórych trzeba się zapisywać już z miesięcznym wyprzedzeniem, bo takie są popularne.

4. Świąteczne występy w szkołach –
Moje dzieci, co roku biorą udział w świątecznym przedstawieniu i co roku, jest ono inne. Oczywiście nawiązuje do naszych jasełek i często opowiada historię Józefa i Marii, ale z twistem, dużą ilością muzyki i tańca. Wczoraj właśnie wróciłam z takiej szkolnej produkcji mojego syna i powiem wam łzy lały mi się rzęsiście. Nie tylko mogłam zobaczyć mojego syna na scenie, ale dzieci w drodze do odkrycia historii cudownego narodzenia zawędrowały także do Polski i opowiadały o polskich zwyczajach świątecznych. Przez 7 lat szkoły mojego syna jeszcze nigdy nie słyszałam jak angielskie dzieci mówią cudownie Wesołych Świąt, po polsku.

5. Koncerty kolęd –
O koncertach na ulicach już wspomniałam w punkcie 2. Teraz chcę napisać o koncertach w kościołach i świątyniach chrześcijańskich. Moje dzieci każdego roku brały udział w takich przedsięwzięciach. Było to bardzo wzruszające zobaczyć śpiewające maluchy w cudownej średniowiecznej katedrze. Ich głosy brzmiały anielsko.

6. Love Actually i Bridget Jones’s Diary
Angielska telewizja rok w rok pokazuje filmy o tematyce świątecznej. Każdego grudnia pojawiają się też nowe świąteczne produkcje w kinach, ale dla mnie bezkonkurencyjne są dwa filmy, właśnie te wymienione wyżej. Widziałam je wielokrotnie i przyznam się po cichu, że mogłabym oglądać je naokrągło. Nastrajają mnie bardzo pozytywnie i uroczyście.
Jestem w trakcie przygotowywania wpisu o filmach świątecznych i już niedługo pojawi się on na blogu. Zapraszam
7. Kartki-

IMG_8753
Mój mąż nie cierpi tradycji pisania kartek. Po co – mówi – skoro widzisz się z tymi osobami codziennie. Ale dla mnie jest to piękny zwyczaj, pokazujący, że o sobie pamiętamy. Do bliższych osób piszemy bardziej osobiste życzenia, do znajomych używamy kartek, na których życzenia już są i wystarczy się podpisać. Te kartki później, przez święta zdobią nam pokoje, a po świętach można je oddać do specjalnych zsypów, gdzie się je recyclinguje ( jest takie słowo?)

8. Christmas Dinner
Oczywiście w naszym polskim domu zawsze jest postna Wigilia, ale w dzień Bożego Narodzenia jemy uroczysty obiad „po angielsku”. Wzięło się to stąd, że mieszkamy tutaj i nie chcemy naszych dzieci pozbawiać tradycji ich nowej ojczyzny, (chociaż to Anglia jest właściwą ojczyzną dla moich dzieci, bo się tu urodziły). Nie chcemy by dzieci czuły się pozbawione zwyczajów kulturowych, które celebrują ich znajomi i przyjaciele. Z drugiej strony są to bardzo piękne tradycje. I nawet smaczne:
Klasyczne angielskie menu potrafi być bardzo smaczne. Na przystawkę je się pasztet, często z żurawiną, lub koktajl z krewetek, lub wędzonego łososia z buraczkami i odrobiną chrzanu.
Danie główne to oczywiście pieczony, nadziewany szałwią indyk, podany z pieczonymi w piekarniku ziemniakami, pieczoną pietruszką, brukselką i innymi warzywami z wody, lub polanymi bułką tartą rozgrzaną na maśle. W osobnym dzbanuszku podaje się tony sosu pieczeniowego i żurawinę. I nie może zabraknąć tak zwanego Yorkshire pudding, czyli słonego ciasteczka z ciasta zbliżonego do naleśnikowego, upieczonego w piekarniku, w kształcie kubka. Te świeżo robione w domu są przepyszne.
Na deser to jak wspomniałam wyżej mince pies, lub tzw christmas pudding, który podaje się polany wysokoprocentowym alkoholem i podpala zapałką. U nas w domu ten pudding gości sporadycznie, jedynie, kiedy mamy angielskich gości, bo poza mną nikt go nie lubi.

Wpis powstał w ramach Adwentowego Kalendarza Klubu Polki na Obczyźnie. Więcej informacji i nasz rozkład jazdy można zobaczyć tutaj http://klubpolek.pl/kalendarz-adwentowy/