Zamek, którego nie ma

Mieliście kiedyś tak, że jedziecie samochodem, przejeżdżacie przez nieznaną wioskę i nagle jakaś siła wyższa każe wam się zatrzymać, bo jest ładnie? Mnie się to ostatnio przytrafiło. Miejscowość nazywa się Hadlow. Stanęłam, bo wydawało mi się, że zobaczyłam zamek, choć jak się okazało zamku już nie ma. 399A8604Pozostała po nim brama i wysoka, niezwykle intrygująco wyglądająca wieża. Niezwykle, bo wśród pól i ogrodów Kentu nie spodziewałam się zobaczyć strzelistej wieżyczki, zupełnie jak budowle z Oksfordu. Zatrzymałam się i oczywiście sięgnęłam po telefon z wujkiem Google na ekranie. Okazało się, że wioska jest bardzo stara. W średniowieczu istniał tutaj dwór należący do Braci Szpitalników, a później wybudowano zamek, z którego ostały się, jak już wspomniałam, wieża i brama. Zamek zburzono w 20 wieku, wieża przetrwała, bo już wtedy wpisana była na listę zabytków. Niestety nie ma do niej żadnego dostępu, bo posiadłość znajduje się w rękach prywatnych. Niemniej warto ją zobaczyć choćby z daleka.399A8616

Poza pozostałościami zamku polecam spacer do lokalnego kościoła pod wezwaniem Marii. Typowy angielski kościółek, zbudowany z kentowskiego wapienia pamięta czasy sprzed najazdu Normanów. Jest uroczy.399A8608 Otoczony drzewami i cmentarzem, wśród których można sobie chodzić i rozmyślać o minionych czasach, a później po tak nakarmionej duszy, można nakarmić i ciało w lokalnej piekarni. Niestety w Anglii coraz mniej jest wiosek i miast, w których można znaleźć sklepy piekące na miejscu własny chleb. Hadlow jest jednym z tych miejsc.399A8631

Obecnie wioska jest spokojnym miejscem, niewiele się tu dzieje, a na mapie widnieje przede wszystkim ze względu na istniejącą tu od dawna głośną szkołą rolniczą. Na przełomie XIX i XX wieku było tu gwarno i ruchliwie. W wiosce działały dwa potężne browary produkujący angielskie ales z Hadlow. Niestety schyłek XX wieku zobaczył ich upadek. 399A8602Pozostałości po nich, piękne budynki, ze strzelistymi dachami zamieniono na mieszkania. Podobny los spotkał działające na rzece Bourne młyny. Choć jeden z nich został rozebrany na części, a następnie przeniesiony do skansenu w Sandling, o którym pisałam tutaj: Muzeum of Kent Life

Spędziłam w Hadlow chyba tylko godzinę. W lokalnym sklepie kupiłam świeże zioła, a w piekarni chlebek, co mnie niezwykle ucieszyło. I pojechałam dalej, ale jeśli będziecie kiedyś przejeżdżać przez wioskę to zatrzymajcie się na parę chwil. Warto

Tonbridge

Pewnie już wiecie, ze mam dużą słabość do małych miasteczek, zwłaszcza tych z wielowiekową historią. Lubię te angielskie i te francuskie, choć chyba w każdym kraju można znaleźć prawdziwe perełki.

O Tonbridge w angielskim Kent, słyszałam wielokrotnie, że urocze, ale przede wszystkim, że jest drogie do mieszkania, bo ceny domów lansują się w czołówce krajowej.  Mimo, że od Maidstone do Tonbridge jest tylko pół godziny, jakoś nigdy nie było mi „po drodze”. Aż pewnego dnia moja dentystka wysłała mnie tam na badania. Specjalnie pojechałam wcześniej i zostałam w miasteczku dłużej, by powłóczyć się po jego uliczkach i zakamarkach. Szczerze, to myślałam, że się poważnie zakocham, a tymczasem tylko w niektórych miejscach serduszko mocniej zabiło. Zabrakło mi w tym mieście duszy, bo tak nazywam, spokojnie, pozbawione zgiełku miejsca w centrum miasta. Główna ulica nie jest niestety wyłączona z ruchu samochodowego i daje się to poważnie odczuć. Już pominę fakt, że nie można zrobić zdjęcia bez auta w tle, lub nawet na pierwszym planie. Samochody, przed pięknymi budynkami to moja zmora. collage miastoA Tonbridge tych budynków trochę ma, bo historię ma bogatą. Miasteczko wyrosło w miejscu naturalnego skrzyżowania, gdzie porywista i dzika rzeka Medway zwęża się tworząc naturalny bród. Przechodziła tędy trasa pomiędzy Londynem, a miasteczkiem nad kanałem La Manche, Rye.  Wilhelm Zdobywca nadał tutejsze ziemie jednemu ze swoich wiernych rycerzy, który na początku rezydował w pobliskim zamku w Hadlow, (o której to miejscowości napiszę niedługo). W 11 wieku wybudowano w Tonbridge zamek, z którego najlepiej zachowała się brama wjazdowa. Tam właśnie skierowałam swoje kroki. Było to o tyle proste, że przed samą bramą jest duży, wygodny parking. collage zamek Weszłam przez bramę i pospacerowałam po dziedzińcu. Było zimno, ale słoneczko przegrzewało cudnie, tworząc na powierzchni wyraźne cienie o niesamowitych kształtach. Zrobiłam parę zdjęć. Ustawiłam aparat nisko, na ziemi, by zrobić taką panoramę od dołu i wtedy poczułam, że ktoś na mnie patrzy. W momencie, gdy już naciskałam przycisk, piękna modelka (a może to był model, nie znam się) weszła mi w obiektyw. Tonbridge (24)A po chwili zostałam otoczona przez jej/jego siostry i braci. Szare wiewiórki są tam bardzo przyzwyczajone do ludzkiej obecności, a chyba nawet liczą na jakieś smakołyki, niestety na mnie się zawiodły i po chwili odeszły do swoich zajęć. Z dziedzińca zamkowego jest bardzo ładny widok na rzekę i to właśnie tam można znaleźć zaciszne schronienie od hałasu ulicznego. Spacer wzdłuż rzeki jest bardzo przyjemny. collage rzeka

Po włóczędze po zamku i nad rzeką wróciłam na ulice miasteczka. Z góry widziałam przyjemny kościółek i postanowiłam go odnaleźć. Był ukryty wśród uliczek po drugiej stronie High Street. Weszłam do środka, ale właśnie odbywał się koncert kolęd śpiewanych przez dzieci z lokalnej szkoły, więc zaniechałam zwiedzania. Posłuchałam chwilkę. Dzieci brzmiały wzruszająco. Miedzy innymi za te piękne koncerty w kościołach i słynnych miejscach lubię angielskie święta. collage kościół

Powłóczyłam się jeszcze po High Street zachwycając się powykrzywianymi, biało-czarnymi domami z czasów Tudorów, które pięknie zdobią miasteczko. Największe wrażenie zrobił na mnie Chequers Inn, przede wszystkim, dlatego, że z jego logo dyndała mi nad głową najprawdziwsza pętla szubieniczna. Tonbridge (47) Z tego, co później wyczytałam, w tym piętnastowiecznym domu pobierano opłaty dla rezydującego księcia, a w pokoju na pierwszym piętrze rezydował sędzia. W Chequers regularnie nie tylko wyznaczano kary, ale i je egzekwowano, np. chłostę. W XVI wieku spalono tutaj na stosie dwie kobiety, jedna za przekonania religijne, a drugą za otrucie męża.  Pętla na dębowym kiju była znakiem rozpoznawczym, ku przestrodze. Mnie ciarki przeszły po grzbiecie.collage chequers

Drugim budynkiem zasługującym na uwagę jest Port Reeve’s House, na który natknęłam się idąc w stronę kościoła. Jest to najstarszy budynek w mieście. W swej bogatej przeszłości służył, jako zajazd, sklep, dom mieszkalny. W czasie drugiej wojny światowej został poważnie uszkodzony przez bombardujących Niemców, ale na szczęście go z precyzją odrestaurowano.  Obecnie znajduje się w prywatnych rękach.collage Port Reeve_s House

Jeszcze mogłabym wymienić, co najmniej kilka takich historycznych budynków, ale nie chcę was zanudzać. Czy warto pojechać do Tonbridge? Jeśli ktoś lubi historię i czasy Tudorów to warto, jeśli ktoś szuka małego, rozkosznego miasteczka o spokojnej duszy, to może się rozczarować. Mnie się podobało, ale spędziłam tu pół dnia i mieszkam 30 minut stąd. Przyjeżdżającym z daleka radzę zrobić sobie tour po kentowskich miasteczkach i odwiedzić kilka z nich, dla jednego Tonbridge chyba szkoda czasu,

Weekend w Hastings

Listopad i grudzień nie sprzyjają wycieczkom po Anglii, bo deszczowo i zimno, ale czasami by się chciało wyskoczyć na weekend, tylko we dwoje. Czyż nie? My tak czasami mamy. Nie chcieliśmy jechać daleko, ale z drugiej strony chcieliśmy odwiedzić miejsce, w którym jeszcze nie byliśmy. Padło na Hastings. Miasteczko znane na całym świecie, nie ze względu na swoją urodę, ale na bitwę, jaka tu się rozegrała przed wiekami. Chyba po raz pierwszy i ostatni Wyspy Brytyjskie (choć wtedy jeszcze tak się nie nazywały) zostały podbite przez najeźdźcę z zewnątrz. Wilhelm, nazwany na cześć tego zwycięstwa Zdobywcą przybył tutaj z sąsiedniej Normandii i zapoczątkował nową dynastię i nową erę, normańską, w dziejach Anglii.
Wyjechaliśmy w sobotę rano, pierwsze kroki kierując do angielskich winnic Carr Taylor. Pewnie popukacie się w głowę, bo kto o zdrowych zmysłach zwiedza winnice w listopadzie? Jednak okazało się, że takich jak my, było więcej. Parę dni przed wyjazdem zarezerwowaliśmy sobie tour po winnicy, ale nie byliśmy nim zachwyceni. Za mało widzieliśmy, za bardzo było przegadane. 399A2342Przewodnik opowiadał dużo, wręcz za dużo, o rodzinie Carr Taylor i ich ambicjach wyprodukowania super dobrego, angielskiego wina. Udało się tylko w pewnym stopniu. Dzięki ocieplaniu się temperatury, angielskie winnice, w których ziemia i mikroklimat są podobne do tego w Szampanii, produkują coraz lepsze wina musujące. I muszę przyznać, że nawet nam smakowały. Po obejściu zabudowań gospodarczych i zobaczeniu z daleka krzewów winogron zaproszono nas na degustację i lunch. I to był punkt kulminacyjny wyprawy. Jedzenie było wyborne, zwłaszcza sery, których miłośniczką jestem okropną. Wszystko było świeże i naprawdę wysokiej jakości. Co prawda, wolałabym do przepłukania gardła jakiegoś grzańca, bo zmarzliśmy stojąc na zagrodzie i słuchając  nudnego gaworzenia naszego przewodnika. Bąbelki, które nam podano zbyt mocno kojarzą mi się z ciepłą pogodą i piknikiem na trawie. Po lunchu zakupiliśmy jeszcze kilka pamiątek, w postaci musującej i pojechaliśmy dalej. Byliśmy najedzeni i mieliśmy dużo czasu do kolacji, dlatego pojechaliśmy odwiedzić miejsce słynnej bitwy w 1066. Myślę, że jest to jedyna data z historii, która pamięta każdy Brytyjczyk, coś alla nasz 1410. Zostało po niej wielkie zielone pole, ale miło było postać w miejscu, gdzie 951 lat temu zawzięcie walczyli z najeźdźcą przodkowie dzisiejszych brytyjczyków. Oddaliśmy im hołd w myślach i po 10 minutach jazdy samochodem byliśmy nad morzem w okolicach naszego hotelu The Landsdowne Hotel. 399A2418Mimo lekkiej mżawki zostawiliśmy rzeczy w pokoju i ruszyliśmy na spacer po miasteczku, które dzięki spektakularnemu połączeniu wybrzeża i krajobrazu, pamiątek z przeszłości, interesującej architektury dla każdego ma coś do zaoferowania. Nam najbardziej podobała nam się ulica św Jerzego (George Street), wypełniona dziwacznymi sklepami, od antycznych eksponatów po skarby shabby chic, uroczymi kawiarenkami, restauracjami, pubami i tradycyjnymi sklepami z pamiątkami. Jakbyśmy się przenieśli w inną epokę lub krainę żywcem z bajki. 399A2453-3collage shops
Hastings jest bardzo kosmopolitycznym miastem. Ma największą w Europie, bazująca na plaży flotę rybacką oraz, pozostałości pierwszego w Anglii zamku, zbudowanego przez Williama z Normandii. Ruiny dumnie królują na wzgórzu nad miastem. Można się tam wybrać na spacer wyznaczonym traktem, lub wjechać czymś w rodzaju linowego tramwaju. My niestety spóźniliśmy się na ostatni kurs, który w porze jesienno zimowej odjeżdża o 4. I nie dane nam było zobaczyć, podobno cudownego widoku na miasteczko. W zamian, by się rozgrzać weszliśmy do pubu Ye Olde Pumphouse. collage pub ye oldeSkusiła nas wywieszka na drzwiach przedstawiająca parujące grzane winko. Lokal był cudowny w środku, sam Harry Potter nie powstydziłby się wypić piwka tutaj. Może nawet pili by razem z Jackiem Sparrow z Karaibów, bo pub ma bardzo dużo detali nawiązujących do piratów i wypraw morskich. Po kilku drinkach byliśmy gotowi na kolację. Początkowo upierałam się, że chcę zjeść w jednej z restauracyjek z morskim jedzeniem, z którego przecież Hastings słynie, ale mój mąż przyprowadził mnie do malutkiej, uroczej włoskiej knajpki Rustico Italiano i dałam się skusić. 399A2578Nie pożałowałam. Jedzenie było pyszne, jakbyśmy się nagle przenieśli do Neapolu. Pizza była autentycznie włoska w smaku, niczego nie było za dużo, proporcje idealnie zachowane, ciasto chrupiące, miękkie, ale nie gumowe. Składniki na pizzy były świeże i aromatyczne, a kawa i canoli sprawiły, że znaleźliśmy się w słodkim niebie. Do tego przyjazna obsługa zdecydowanie zasłużyła na wzmiankę. Nie chcieliśmy stamtąd wychodzić, było nam dobrze jak u włoskiej mamy. Niestety wszystko co dobre…
Wróciliśmy do hotelu dobrze po północy. Pani, która pracuje w recepcji zapytała o nasze wrażenia i opowiedziała nam kilka szczegółów o Hastings. Była miła i konkretna. Nie napisałam wcześniej, że pomogła nam z parkingiem, bo niestety mieliśmy problemy ze znalezieniem miejsca. Ona też nam powiedziała, że właścicielami hotelu są Polacy. Brawo nasi, bo hotel jest naprawdę uroczy, zadbany i dobrze się nami opiekowano. Do tego cena nie zwala z nóg. Zdecydowanie polecam The Landsdowne Hotel. Spało się naprawdę wygodnie z widokiem na morze.
Rano obudziłam się przed wschodem słońca, jak to mam w zwyczaju i poszłam łapać je aparatem. Nawet nieźle mi wyszło. collage morze
Później poszliśmy na długi spacer po Stade, jak nazywa się część wybrzeża, od ponad tysiąca lat używana do trzymania łódek rybackich, rodzaj portu. Słowo stade pochodzi z języka sasów i oznacza miejsce lądowania. Część Stade zabudowana jest tzw net shop, czyli sklepami sieciowymi w dosłownym tłumaczeniu, ale z internetem nie ma to nic wspólnego, ani nawet z żadną znana siecią sklepów. Chodzi o zwyczajną sieć rybacką. Budynki te są smukłe, drewniane, wysokie na trzy piętra, pomalowane smołą na czarno, stojące w równych rzędach na plaży, zbudowane w dziewiętnastym wieku w celu zapewnienia schronienia odpornego na warunki atmosferyczne dla sprzętu rybackiego. 399A2524Pierwotnie były budowane na słupach, aby uchronić przed wodą w czasie przypływu, jednak przez lata na plaży morze naniosło coraz więcej żwiru i samo się cofnęło i woda nie dociera już do chat. Powiem wam, że te czarne budynki wyglądają bardzo oryginalnie, chyba nie widziałam nic takiego podczas moich podróży. Po latach popadania w ruinę zostały bardzo ładnie odnowione przez władze miasta. 399A2528Ogólnie widać, że lokalne władze przykładają dużą wagę by pomóc wyjść Hastings z letargu. W XIX był to bardzo modny, nadmorski resort dla Anglików, jednak Unia Europejska i tanie linie lotnicze przyniosły spadek jego popularności. Brytyjczyków zaczęły przyciągać ciepłe plaże zamorskich krajów. Jednak na każdym kroku widać, że w miasteczku dużo się dzieje: odbywają się tu targi morskiej żywności i wina, festiwale i pokazy muzyki jazzowej. Odnowione zostały historyczne budynki i otworzyło się dużo ciekawych restauracji, serwujących jedzenie z całego świata. Zdecydowanie Hastings jest idealnym miejscem na weekendowy wypad. My pewnie już tam nie pojedziemy ponownie, bo w Anglii jest dużo innych miejsc, w których jeszcze nie byliśmy, ale wam serdecznie polecamy.

Kraina mostów – Yalding

Jednym z największych osiągnięć anglo-saskich mieszkańców wysp i średniowiecznej Anglii była umiejętność budowania wspaniałych mostów i dróg. Imponująca była skala przedsięwzięcia; już w trzynastym wieku sieć mostów w Anglii była tak rozległa, że znajdowały się one od siebie w odległości zaledwie pięciu mil. Znaczna ich część przetrwała i ciągle była używana w dziewiętnastym wieku, a niektóre są używane do dziś, mimo, że utrzymanie takiego mostu to nie jest łatwa sprawa i ciągle potrzebne są na to środki.

yalding-78Chciałabym was zabrać dzisiaj do miasteczka Yalding, w którym zobaczyć można aż trzy takie mosty, choć nam się udało odwiedzić tylko dwa. Razem z moją przyjaciółką Asią mamy misję odwiedzania ciekawych kafejek i herbaciarni i trafiłyśmy tutaj w poszukiwaniu jednego z takich miejsc, ale o tym napiszę przy innej okazji.

Przez Yalding płyną trzy rzeki, wspominana przeze mnie wielokrotnie rzeka Medway i jej mniejsze dopływy Beult i Teise. Wydaje się, że najpierw był tu most, a dopiero potem wyrosło obok niego miasteczko. Tylko, który most? „Town Bridge”, czyli most miejski położony jest na Beult; jest podobno najdłuższym średniowiecznym mostem w Kent, ma ponad 137 metrów długości, choć rzeka do największych nie należy,  ale podobno często wylewa; jej nazwa pochodzi od staroangielskiego i znaczy mniej więcej „zapuchnięta”. Adekwatnie do jej kaprysów, prawda? Most robi wrażenie. Próbowałam go podejść z różnych stron, by zrobić porządne zdjęcia, ale się nie udało. Most jest otoczony prywatnymi ogrodami i nie bardzo można do nich wejść, choć przyznam się po cichu, że się „wkradłam” na chwilkę na prywatny teren i oto, co, z tego wyszło:

yalding-70

Town Bridge

yalding-71

Drugie zdjęcie zrobiłam z cmentarza obok kościoła Św. Piotra i Pawła:yalding-58

Podobno odpowiedzialnym za te niesamowite mosty na rzece Medway był jeden z arcybiskupów z Canterbury Stephen Langton, który chciał mieć lepsze połączenia, ze swoimi parafiami i przybytkami kultu. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, choć wiem, że trochę złośliwość przeze mnie przemawia, że zależało mu na szybszym i łatwiejszym zbieraniu dziesięciny. A może nie, może był jednym z tych troskliwych, którzy dbali o dobro swoich owieczek. Wg niektórych źródeł Town Bridge wybudowali zakonnicy – masoni ze stowarzyszenia Hospitarii Pontifices z Rochester, prawdziwi znawcy sztuki inżynieryjnej.  Oni tez wybudowali drugi most w Yalding, Twyford Bridge, w miejscu gdzie rzeka Medway spotyka Teise.

yalding-10

Twyford Bridge

Jest to jeden z piękniejszych średniowiecznych mostów w całej Anglii i ciągle jest w użyciu. Dwa samochody nie są w stanie wyminąć się na moście, dlatego ruch kołowy kontrolują światła.yalding-26

Rzeki przyniosły wiosce wzrost gospodarczy, bo były świetnym sposobem komunikacji z większymi miastami, ale wokół nich tworzyły się rozległe bagna i mokradła, mające specyficzny, niezdrowy klimat; epidemie np. malarii wybuchały jedna za drugą, w piętnastym wieku wybiły połowę populacji Yalding i najbliższych okolic. Ziemie wokół wioski były jednak bardzo żyzne, może właśnie dzięki mułowi nanoszonemu przez często wylewającą Beult. Do teraz znajduje się tam jedno z największych gospodarstw rolnych, hodujących chmiel i inne dobra. Do niedawna działało tu tez laboratorium i dział produkujący pestycydy i inne rolnicze spryskiwacze, szwajcarskiej firmy Syngenta.

Po wprowadzeniu różnych ograniczeń przez Unię Europejską filię zamknięto, a w zamian powstał organiczny ogród doświadczalny, Yalding Gardens.gazebo-jodi-hanagan-538x359 Na jego terenie, można, w specjalnie do tego przeznaczonym gazeebo wziąć ślub; romantycznie i pięknie, wśród pachnących kwiatów.

 

 

Yalding nie jest najbardziej czarującą, czy malowniczą wioską. Domy ułożone są wzdłuż głównej, ruchliwej ulicy, która zdecydowanie psuje klimat miejsca. Ale i tak myślę, że warto się tam przespacerować, choćby by pooglądać piękne budynki z różnych okresów historii; dostrzegłam tam i piękno Tudorów i czasy georgiańskie, a z boku stoi chwalebnie krzyż upamiętniający tych, którzy oddali życie podczas obu wojen.

Wspomniałam wyżej o kościele w Yalding. Obecnie ciasno otoczony domami, kiedyś górował nad okolicą. Wybudowano go w trzynastym wieku, z tego samego, porządnego ragstone, z którego wybudowano mosty.

yalding-64

Św Piotra i Pawła

Oczywiście przez wieki przechodził różne remonty i ulepszenia, ale sama średniowieczna struktura na planie krzyża, z imponującą wieżą się ostała. yalding-65Polecam spacer wokół kościoła, bardzo refleksyjny, choć moją, osobistą zadumę przerwała starsza kobieta, która wypuściła wolno na teren cmentarza psa, a ten obsikał chyba wszystkie stojące tam groby. Zrobiło mi się przez to naprawdę niesmacznie i smutno. Wg mnie, jeśli nie zmarli, to ich rodziny, zasługują na szacunek.yalding-60

Na koniec przytoczę tylko fragment wypowiedzi angielskiej pisarki, znanej głównie z książek dla dzieci. Większość z was pewnie słyszała o  książkach „Pięcioro dzieci i „coś” (Five kids and it) lub „Przygoda przyjeżdża pociągiem” (Railway children). Edith Nesbit uwielbiała Kent, mieszkała tu w dzieciństwie, a później często odwiedzała to hrabstwo. Yalding był jednym z tych miejsc, które kochała i tutaj umieściła akcję dwóch swoich książek dla dorosłych: „Salome and the Head” i „The Incredible Honeymoon”.

nesbit

Edith Nesbit

Tak pisała o tej wiosce:

„Medway (rzeka) powyżej Anchor (nazwa hotelu i restauracji) jest rzeką- marzeniem… Jeśli pojedziecie do Yalding, zatrzymajcie się w George (nazwa hotelu) i będzie się czuli fantastycznie w tej małej wiosce, do której należy: nawiedzony cmentarz, piękny kościół i jeden z najpiękniejszych mostów w Europie.”

 

 

 

 

 

 

 

 

Gravesend, czyli gdzie Pocahontas śpi snem wiecznym

Pamiętacie słynną disnejowską bajkę o indiańskiej księżniczce Pocahontas? W telegraficznym skrócie wam opowiem: Śliczna Indianka spotyka na swojej drodze angielskiego marzyciela Johna Smith i opowiada mu o swoim świecie. Oczywiście zakochują się w sobie, co doprowadzi do wojny pomiędzy Indianami a Anglikami. Smith zostanie skazany na śmierć, ale inteligentna księżniczka przekonuje ojca by darował mu życie. Pocahontas i jej ukochanemu zależy na pokoju pomiędzy dwoma narodami, ale niestety, niektórzy z załogi angielskiej za bardzo kochają złoto. John Smith musi wracać do Anglii, a księżniczka postanawia zostać ze swoimi ludźmi. Tyle film, a jak było naprawdę?pocahontas_at_jamestown-2

Pocahontas i John Smith istnieli naprawdę i spotkali się w Ameryce, w stanie Wirginia, gdzie John był wysłany na misję, a Pocahontas była córką indiańskiego władcy. Według późniejszego listu Smith’a do królowej Anny, Anglik został uwięziony przez plemię księżniczki, a ona po kryjomu dostarczała mu żywność, a później wybłagała u ojca darowanie mu życia.  Ale nie było romantycznej historii między nimi, może, dlatego, że księżniczka w momencie przybycia Smith’a do Wirginii, miała około 11 lat. Cztery lata później, w 1613 Pocahontas została złapana przez Anglików, podczas walk z jej plemieniem i przetrzymywano ją dla okupu. W niewoli przyjęła chrześcijaństwo i imię Rebeka, a gdy nastał moment uwolnienia, postanowiła porzucić swoich ludzi i zostać z Anglikami.

baptism_of_pocahontas-2

Chrzest Pocahontas

Zakochała się? Być może, bo rok później poślubiła brytyjskiego hodowcę tytoniu Johna Rolfe. Z tego związku pojawił się syn Tomasz. W 1616 roku młoda rodzina pojechała Londynu. Pocahontas/Rebeka prezentowana była na różnych dworach, jako atrakcja; ucywilizowana, chrześcijańska Indianka. Johnowi zależało, by zdobyć dotacje na rozwój rolnictwa w koloniach. Rok później ruszono w drogę powrotną, ale w Anglii księżniczka nabawiła się dziwnej choroby i niedługo po wypłynięciu, w miejscowości Gravesend zmarła. Pochowano ją w tamtejszym kościele św. Jerzego (St George), ale gdzie dokładnie, nie wiadomo.399a3167

Mieszkałam w Gravesend siedem lat i bardzo miło sobie wspominam mój pobyt w tym miasteczku. Nie jest duże i nie jest specjalnie malownicze, ale ma swoje perełki. Polecam spacer po mieście i zwłaszcza wzdłuż Tamizy, gdzie znajdują się ruiny dawnych fortyfikacji i portu, a także piękny park. Niedługo napiszę osobny wpis o majestatycznej świątyni Guru Nanak Darbar Gurdwara, którą nie tak dawno wybudowano tutaj. Ale opowiadając wam o indiańskiej księżniczce chciałabym przede wszystkim zaprosić was do odwiedzenia miejsca jej pochówku, gdzieś pod kościołem. Nie wiadomo dokładnie, w którym miejscu, bo kościół spłonął na początku 18 wieku, ale, gdzieś tam, w jego podziemiach, Pocahontas, młoda, indiańska księżniczka śpi snem wiecznym. Zmarła prawdopodobnie na zapalenie płuc, nieprzyzwyczajona do europejskiego klimatu, ale są i tacy, którzy mówią o otruciu. Przed szesnastowiecznym kościołem św. Jerzego stoi piękny pomnik księżniczki.  Jest to replika posągu, z jej rodzinnego Jamestown w Wirginii, autorstwa Williama Ordway Partridge.399a3162

 

Wioska Teston

Nie tak dawno pisałam tutaj o wielkiej roli, jaką odegrał dom Barham w zniesieniu niewolnictwa na świecie, a zwłaszcza w Anglii, a teraz chciałabym wam trochę opowiedzieć o wiosce, w której się ten dom znajduje.399a3310 Nazywa się Teston, ale wymawia się teeson, bez literki t. Podobno taka była pierwotna nazwa tego miejsca, ale nowy, młody pracownik stacji, gdy wypisywał znak, pomylił się i napisał Teston. Choć ani znak, ani sama stacja już nie istnieją, pisownia nazwy utrzymała się po dziś dzień. Wioska jest pięknie położona na wzgórzach, ponad doliną rzeki Medway, w zachodnim skraju stolicy Kent, Maidstone. 399a3284Rzeka tworzy południową granicę tej malowniczej wioski i złączona jest z drugim brzegiem sześcioprzęsłowym kamiennym mostem. Podobno kiedyś przęseł było siedem, ale jeden z nich usunięto by umożliwić żeglugę. Most powstał prawdopodobnie w trzynastym wieku, a na budowę użyto wapienia z tutejszych wykopalisk w miejscowości Tovil.399a3263 Ten lokalny kamień nazywa się ragstone, od poszarpanych krańców (ragged) i jest jednym ze skarbów Kent. Napiszę kiedyś osobny wpis na ten temat; o wysyłaniu ragstone na budowę Westminster Abbey czy o skamienielinach tego kamienia. Teraz wróćmy do mostu. 399a3289Niedaleko niego, wzdłuż rzeki stworzono park, który jest wiejską częścią większego projektu Maidstone Millenium Walk. Można tu przyjechać na spacer, piknik i naprawdę przyjemnie spędzić czas. Oczywiście ja włóczyłam się tutaj z moim psem. Zaskoczyło mnie to, że można przywieźć ze sobą grilla, w niewielu miejscach w Anglii jest taka możliwość. Spacer wzdłuż rzeki to prawdziwa przyjemność, można pooglądać jak radzą sobie łódki na tutejszej śluzie, albo dokarmić majestatycznie wyglądające łabędzie. Nawet ludzie są tu mili. 399a3276Spacerując z psem często spotykam na swojej drodze różne indywidua, mniej lub bardziej przyjemne. Najpierw napotkałam mocno poobijanego starszego pana, który ustawił statyw na mostku i próbował robić zdjęcia wody spadającej kaskadą ze śluzy. Porozmawialiśmy chwilkę o aparatach i zdjęciach, bo zobaczył, co dyndało na mojej szyi, a potem powiedział mi, że przewrócił się na kamieniu i tak sobie brzydko poharatał nos. Na szczęście pani, z przepływającej nieopodal łódki udzieliła mu pierwszej pomocy. Pożegnaliśmy się przyjacielsko i ruszyłam dalej. Nad rzeką rozstawione były małe namioty wędkarzy, a oni sami, siedzieli w skupieniu nad samą wodą. 399a3305Wokół nich stadko łabędzi. Zaczęłam robić ptaszyskom zdjęcia i pan wędkarz mnie zagadał. Bardzo dużo dowiedziałam się o rodzinie Brzydkiego Kaczątka.  Z uśmiechem na ustach wróciłam do wioski. Tam pierwsze kroki skierowałam oczywiście do kościoła. Uwielbiam kamienne, angielskie kościoły.399a3241 W drzwiach powitała mnie uroczo uśmiechnięta pani. Przygotowywała ona poczęstunek dla parafialnych gości, którzy niedługo mieli zawitać na herbatkę. Pani zapytała mnie, czy jestem może weselnym fotografem Jamesa i Kate, ale wyprowadziłam ją z błędu. Powiedziałam, że lubię robić zdjęcia amatorsko, poznawać, spacerować i odwiedzać stare kościoły. Pani opowiedziała mi trochę o przeszłości Teston, o udziale rodziny Barham w ruchu wyzwolenia niewolników i o krykiecie i zaprosiła mnie na wystawę kwiatów, która miała się odbyć w wiosce. Podziękowałam jej pięknie i poszłam zgłębiać tajemnice kościoła Piotra i Pawła.399a3239 Jak przystało na szanujący się kościół w Kent, zbudowano go z szaro-niebieskiego kentowskiego ragstone. Jego strzelistą wieżę widać z daleka, z przejeżdżającej dołem ruchliwej Tonbridge Road.

Wioska Teston, to zaledwie 250 domów zbudowanych na skrzyżowaniach kilku ulic, ale warto wpaść tam na dobre chłodne piwko, do jednego z dwóch pubów i odwiedzić lokalny sklep.

W sklepie tym w środy, piątki i soboty dowożone jest pieczywo, na prawdziwym zakwasie, z tutejszej farmy. Oczywiście jest też sklep rolniczy, a na farmie można samemu pozbierać jabłka, śliwki, a wiosną truskawki.

O co chodzi z tym krykietem, o którym wspomniałam wcześniej? Thomas Martin właśnie w Teston zaczął produkować, jako jeden z pierwszych w Anglii, piłeczki do krykieta. Jego następca Alfred Reader  rozszerzył  działalność o piłki do hokeja. 399a3236Teraz pozostał tylko budynek przerobiony na mieszkania. Zbudowany z cegły z dodatkiem tutejszego ragstone. Trochę ze smutkiem opuszczałam urocze Teston, w którym czas jakby się zatrzymał.

 

Dom mądrych ludzi, dom Barham w Teston,

Młody chłopak schowany za drzewem, szybkim ruchem, pociąga trzymany w ręku sznur. Rozlega się dziwny wrzask, jazgot i chłopak triumfalnie wyskakuje ze swojej kryjówki. Na drugim końcu sznura jest zdobycz, średniej wielkości kurakowaty ptak. Chłopak zadowolony łapie go pod pachę, ale niestety nie cieszy się swoją zdobyczą zbyt długo. Radość przerywają dochodzące z daleka głosy. Chłopak szybko wraca za drzewo. Widok, jaki jawi mu się po chwili jest przerażający. Korowód ludzi, powiązanych ze sobą prowadzi ciemnoskóry jegomość w kapeluszu. U boku powiewa mu pejcz, a na ramieniu wisi karabin. Idący mężczyźni mają pęta na nogach i rękach oraz pętle na szyjach.

V0050647 Group of men and women being taken to a slave market

Połączeni są jednym wspólnym sznurem. Są prawie nadzy, bosy, a z ich stóp i ciała spływa krew. Z ich boku idą biali uzbrojeni oprawcy, a karawanę zamyka kolejny biały, o twarzy wykrzywionej nienawiścią. Handlarze niewolników prowadzą swoją zdobycz na statek. To scena, jaką pamiętam ze słynnego serialu Korzenie, który w czasach mojego dzieciństwa emitowała polska telewizja. Pamiętacie słynnego Kunta Kintę?

Obrzydliwy proceder handlu niewolnikami trwał wieki. Od czasu odkrycia Ameryki i tworzenia tam kolonii, sprowadzano ludzi do pracy w nieludzkich warunkach na farmach, w kopalniach i przy budowach, około 12 do 15 milionów ludzi. Najwięcej przywieziono ich ze wschodniej i centralnej Afryki. Przywożeni ludzie traktowani byli jak własność, jak inwentarz kupujących i ci mieli prawo robić z nimi, co chcieli, nawet zabić. Ten nędzny proceder wysyłania niewolników do kolonii zapoczątkowali w piętnastym wieku Portugalczycy, ale dość szybko dołączyły inne kraje. Ale nie myślcie, że wcześniej nie było niewolników. Nawet przed Kolumbem przywożono do Europy jeńców wojennych z Afryki, by stawali się służbą domową w bogatych domach. W osiemnastym wieku Londyn miał największą populację ciemnoskórych ludzi z Afryki, zarówno niewolników, jak i zbiegów, liczba ta dochodziła do 10 tys.1280px-johan_zoffany_-_the_family_of_sir_william_young_-_google_art_project

Johan Zoffany Rodzina sir Williama Younga z niewolnikiem

Nie mogę zrozumieć jak chrześcijańska Europa mogła się godzić na takie traktowanie ludzi. Kiedy słyszę, gdy ktoś mówi, że ludzie teraz są gorsi niż kiedykolwiek wcześniej, to chce mi się śmiać. Przypominam sobie inkwizycję, handel niewolnikami, krwawe wojny itp. i doceniam czasy, w jakich przyszło mi żyć.

W osiemnastym wieku przyszło oświecenie, a wraz z nim pojawili się wielcy myśliciele, a wraz z nimi pierwsze prawa ludzi, pierwsze konstytucje. W Wielkiej Brytanii, Portugalii, Stanach Zjednoczonych, jak i innych państwach, wykształciła się opozycja przeciwko handlowi niewolnikami znana pod nazwą abolicjonizmu. Abolicjoniści chcieli najpierw zakazu handlu niewolnikami, a potem zniesienia samego niewolnictwa. official_medallion_of_the_british_anti-slavery_society_1795  Na czele ruchu stali kwakrzy (Religijne Towarzystwo Przyjaciół) oraz elita Kościoła ewangelickiego z senatorem Williamem Wilberforce na czele.   I właśnie ta osoba interesuje mnie najbardziej.

WHM146809

Tak się złożyło, ze około 5 kilometrów od mojego domu znajduje się Barham House, elegancki, biały budynek, z okien, którego jest cudowny widok na dolinę rzeki Medway. 399a3319Dom ma bogatą historię. Zbudowany był dla jednego z siekaczy, którzy w katedrze Canterbury zarąbali Thomasa Becketa. Potem przechodził z rąk do rąk, aż wreszcie trafił w ręce rodziny Barham. I to właśnie tutaj, właścicielka domu, lady Barham zapraszała na tajne schadzki Williama Wilberforce. I nie tylko jego. Nie myślcie, że była to pani rozwiązłych obyczajów, wręcz przeciwnie. Zapraszani goście, zjeżdżali się po cichu, by dyskutować o niedoli niewolników i o konieczności zniesienia łajdackich procederów. Krok po kroku odnoszono sukcesy, w 1772 roku wszyscy niewolnicy sprowadzeni na wyspy brytyjskie uzyskali wolność. Pierwszym krajem, który zakazał handlu niewolnikami została w 1792 roku Dania, a szesnaście lat później dołączyła Wielka Brytania.. Odtąd Brytyjczycy skutecznie działali próbując zmienić nastawienie innych krajów i wprowadzić wszechobowiązujący zakaz. Powoli dołączały kolejne państwa jak Portugalia, Szwecja.

Stany od 1807 zakazały importu niewolników, ale handel był ciągle możliwy na terenie kraju.  Abolicjoniści z Wilberforce walczyli jednak dalej, spotykając się i planując między innymi w Barham House, aż wreszcie aktem z 1833 Parlament Brytyjski oficjalnie zniósł niewolnictwo w kraju i w koloniach. Akt podpisano niestety w miesiąc po śmierci naszego parlamentarzysty.

Cieszę się, że tak wielkiej wagi debaty miały miejsce, niedaleko mojego domu. 399a3314

Groombridge Place – miejsce pełne tajemnic.

Miejsce pełne tajemnic i sekretów, gdzie drzewa mają twarze, a spod kamyczków spoglądają na nas czyjeś oczy.

 

399A3405399A3452399A3401

Tam właśnie pojechaliśmy pewnego  ranka, spragnieni przygodny i cienia od gorącego słońca. Pogoda nam zdecydowanie dopisuje, zupełnie nie po angielsku.  399A3561Groombridge Place to dawna posiadłość magnacka, przerobiona na raj dla dziecięcej wyobraźni. Kamienny dwór jest imponujący, otoczony fosą i ogrodami, niestety zamknięty dla zwiedzających. 399A3537Jednak na pewno sporo z was widziało jego wnętrze, bo to tutaj nakręcono kilka kostiumowych dramatów, z „Dumą i uprzedzeniem” na czele ( dwór służył, jako dom rodziny Bennet). Kiera and groombridgeWygląd dworu pozostał praktycznie w stanie niezmienionym od 350 lat, kiedy to zaprojektował go, ówczesny właściciel posiadłości Philip Pader, przy współpracy swojego przyjaciela, wielkiego architekta Christophera Wrena. Nic dziwnego, że filmowcy uważają go za idealne miejsce do kręcenia tam historycznych melodramatów. Urokowi nie oparł się także Peter Greenaway i stworzył tutaj swój słynny ‘Kontrakt Rysownika”.399A3541

Groombridge Place to raj dla dzieci. Zaraz przy wejściu są kafejki, gdzie można zaopatrzyć się w pyszne produkowane tutaj lody. Zaraz za lodziarnią jest tajemniczy, rodem z Krainy Czarów labirynt, wycięty w żywopłocie. Gdy już odnajdziemy wyjście można popłynąć łódką po bajkowym kanale- tunelu stworzonym przez płaczące wierzby. Łódka zwiezie nas na łąkę, na której co kilka godzin odbywają się pokazy ptaków drapieżnych. Nam udało się zobaczyć orła, jastrzębia i sokoła. Urocza małżeńska para z wigorem opowiadała anegdotki o swoich pupilach, a ptaki niepokojąco blisko latały nad naszymi głowami.

 

399A3380399A3395399A3384

Z łąki droga prowadzi do odosobnionego świata Robinsona Crusoe. Tutaj dzieci mogą się wyszaleć na dobre. Dwa olbrzymie domki na drzewie i wieża widokowa połączone są wiszącymi mostami, po których można biegać dowoli, wspinać się po linach itp. Konstrukcja została zainspirowana przez telewizyjnych serial dla dzieci o słynnym więźniu bezludnej wyspy.399A3413 Jest to jednak dopiero początek przygody. Wspinając się w górę, odwiedzamy w lesie dinozaury, tajemnicze tunele, wioskę indiańską, ukryte jeziora, paprotkowy las z czasów jurajskich, pogańskie kopce i miejsca obrzędów, a nawet cygański tabor.399A3445399A3483399A3468

Największą jednak atrakcją jest Boardwalk Challenge, podniesiona platforma, po której można chodzić, połączona w niektórych miejscach linami, gdzie można przemieszczać się dalej na linach, alla tarzan.

399A3503

 

Sprowadzone w dziewiętnastym wieku gigantyczne sekwoje stały się podstawą do stworzenia na nich fruwających wysoko huśtawek. Przyznam się wam po cichu, że moja wyobraźnia wariuje w takich miejscach i choć na chwilkę chciałabym być znowu dzieckiem.

Dorosłym tam też się spodoba, zwłaszcza miłośnikom ogrodów i kryminałów, bo częstym gościem dworu był Artur Conan Doyle, autor serii o słynnym detektywie Sherlocku. Nie dziwię się, że wyobraźnia pisarza stworzyła takie niesamowite historie, spacer po lesie i ogrodach na pewno przyczynił się do stymulacji umysłu.  Zaraz przy wejściu do ogrodu jest mały domek, w którym odtworzono gabinet wielkiego pisarza. 399A3560

 

Stare, oprawione w skórę książki i dębowe meble przenoszą nas w zupełnie inny świat tajemnic. Conan Doyle tu, w Groombridge umieścił akcję swojej ostatniej powieści o Sherlocku „Dolina Strachu”. Posiadłość jest tam przemianowana na Birlstone Manor. Najbardziej zakochał się tutaj Artur w ogrodach, a jego ulubionym był Drunken Garden.

399A3552399A3554

W Groombridge Place wiele się dzieje, warto sprawdzić ich stronę internetową, bo organizowane są tam specjalne shows, przedstawienia teatralne ( np. o Piotrusiu Panie), zajęcia plastyczne z dziećmi, bale kostiumowe, czy lekcje strzelania z łuku. Lunch można zjeść na miejscu w kafejce, lub po prostu urządzić sobie piknik w lesie, lub na łące, lub wśród cudownie pnących się winorośli, bo w Groombridge Place jest najprawdziwsza winnica.399A3512 Jedzenie w kafejce jest normalno- angielsko- nijakie, ale polecam skosztować lody, lub napić się koli i lemoniady, ale nie tych, które obecnie można znaleźć w sklepach, tylko opartych na dawnych wiktoriańskich przepisach. Moje dzieci najpierw nie chciały spróbować, a gdy je przekonałam nie chciały mi oddać, bo tak im smakowało.399A3527

Tutaj podaję link do strony internetowej : Groombridge Place Webside

Okiełznać rzekę (Allington Lock)

399A0976Dawno temu czytałam książkę, której tytułu już nie pamiętam, a nawet zupełnie nie pamiętam o czym była. Jedyne, co mi zostało w pamięci to chłopak, który otwierał śluzy by łódki mogły przepłynąć. Cały mechanizm wydawał mi się niesłychanie skomplikowany. Otwierano jedną część, by nabrała wody i łódka mogła wpłynąć przez otwartą przegrodę, przy drugiej zamkniętej. Następnie wielkie wrota zamykano i woda, wyrównywała poziomy w komorze i kanale wylotowym i łódka mogła wypłynąć. Taki opis w wielkim skrócie. Na żywo zobaczyłam to wiele lat później we Francji na kanale La Midi. Jeśli kiedyś będzie na południu Francji, to polecam rejs, zwłaszcza w okolicach Carcassone.

Dlaczego piszę o śluzach? Przez moje miasteczko przepływa rzeka Medway, która swoje początki bierze we wschodnim Sussex, a mijając moje miasto płynie przez Chatham i po zrobieniu około 113 km wpada do Tamizy w okolicach Sheerness. Dawniej Medway była ruchliwą rzeką, w Chatham, za królowej Elżbiety wybudowano na niej stocznię (pisałam o tym tutaj https://dee4di.com/2016/06/15/upnor-castle-twierdza-na-rzece-medway/),  a w moich okolicach używano ją do transportu papieru pochodzącego z fabryk w pobliskim Loose i kamienia z kentowskich wykopalisk. Była też rzeką kapryśną i często wylewała zalewając okoliczne wsie i miasteczka. Pod koniec 18 wieku, gdy przemysł papierniczy kwitł na dobre, na przedmieściach Maidstone, w miejscowości Allington wybudowano pierwsze śluzy i podjęto próby uregulowania rzeki. 399A0958 W 1937 postanowiono użyć nowsze rozwiązania techniczne i wziąć rzekę jeszcze bardziej w karby. Śluzy zostały rozbudowane, stworzono nowy most, pod którym statki mogły swobodnie przepływać.

Podobno całość kosztowała 18 tys funtów. Wzdłuż rzeki powstały domy dla pracowników śluzy, mała ceglana budka do poboru cła i gospoda dla tych, co chcieli lub musieli nocować.

Zupełnie niedawno wybrałam się tam z moim psiakiem na włóczęgę. Okolica jest bardzo malownicza. Wzdłuż brzegów przycumowane są łódki i barki, o pięknych imionach, głównie kobiecych, są one uroczo ozdobione kwiatami, czy malunkami. Niektóre są zamieszkane na stałe.

Kamienne domy pracowników ciągle stoją.

Zachowała się nawet budka na cła, choć teraz można w niej zamówić pyszną kawkę i usiąść pod jedną z wielu rosnących tu płaczących wierzb, pochylonych jak zgarbione staruszki, dotykające ziemi zielonymi włosami.

Nie wiem czy istnieje jeszcze dawna gospoda, spotkałam się z nazwą Gibraltar House, ale zazwyczaj wszechwiedzący wujek Google zawiódł mnie w tej kwestii. Zamiast niej, na brzegu rzeki stoi potężny pub-restauracja należący do firmy Beefeater, o intrygująco brzmiącej nazwie Malta Inn.

399A1050

Dlaczego Malta? Nie wiem i pracownicy pubu też nie wiedzieli. Jedzenie w pubie jest typowo sieciowo – pubowe, nie do końca złe, ale i też niezachwycające. Nie musimy jeść, można napić się winka czy piwka i po-rozkoszować chwilą. Cudowny widok podczas odpoczynku, zwłaszcza, gdy usiądziemy przy stoliku wzdłuż rzeki, mamy gwarantowany.

Jeśli pójdzie się asfaltową drogą, obok domu obsługującego śluzę (Lock Keeper) to można dojść do średniowiecznej twierdzy Allington Castle. Niestety obecnie zamek jest w prywatnych rękach, zamknięty dla zwiedzających. Podobno tutaj urodził się Thomas Wyatt Młodszy. Syn słynnego poety, który sam przeszedł do historii z powodu rebelii przeciwko Krwawej Marii. Mówią również, że to w tym zamku spotykał się na potajemne schadzki król Henryk 8 z Anną Boleyn, dla której później porzucił nie tylko żonę, ale i religię. Niestety zamek można zwiedzić tylko, jeśli się go wynajmie na ślub. Dla mnie za późno, ale może kiedyś moja córka…Zdjęcia, które wam pokazuje zaczerpnęłam z internetu.

Piękny jest widok na zamek z autostrady M2, ze zjazdu na Maidstone.

Niedaleko twierdzy jest kamienny, niedziałający już kościół, który obecnie służy, jako dom mieszkalny.

Nie powiem, wygląda bardzo malowniczo, porośnięty kwiatami i rozmarynem, ale sama nie wiem, czy chciałabym mieszkać w religijnym przybytku.

Na koniec wspomnę jeszcze, że tuz przy Malta Inn jest inna atrakcja, o której pisałam. https://dee4di.com/2016/06/08/skansen-museum-of-kent-life/. Dawna farma, zamieniona teraz na muzeum życia rolniczego Kentu, czyli Kent’s life.

Nad rzeką, niedaleko domu przewoźnika można wynająć drewnianą kabinę na kamping i stąd rozpocząć zwiedzanie, albo popróbować wodnych sportów na Medway. http://allingtonlock.co.uk/campingcabins.php