Seafood Restaurant w Padstow

Ręka w górę ilu z was wpakowałoby się do auta, by spędzić pięć godzin na autostradzie (odcinek jak z Krakowa do Bydgoszczy), tylko po to, by pojechać do słynnej z morskiego jedzenia restauracji? Ręka w górę ilu z was uważa, że trzeba być lekko stukniętym, żeby to zrobić?

Tak czy inaczej, w piątek wieczorem odstawiliśmy syna na obóz, a córkę do samolotu w stronę Ameryki, a sami ruszyliśmy w drogę. Nie będę tu szukać suspensu. Powiem od razu, że warto było. Nie tylko dlatego, że jedzenie smakowało nam wybornie. Zobaczyliśmy piękne miasteczko, cudowne kornwalijskie wybrzeże, przekonaliśmy się na własnej skórze, ile jedna osoba może zrobić dla danego miejsca i oczywiście najedliśmy się nieprzyzwoicie.

399A9119

Miasteczko, o którym chcę wam opowiedzieć, nazywa się Padstow i leży na północnym krańcu Kornwalii, kiedyś była to najzwyklejsza wioska rybacka, ale w siedemdziesiątych latach młody człowiek otworzył tutaj restaurację i się zaczęło. Teraz zjeżdżają się tu miłośnicy dobrego jedzenia z całego świata i miejsce w restauracji trzeba rezerwować z długim wyprzedzeniem. Bo młody nieznany nikomu Rick Stein stał się znanym na cały świat kucharzem. Mimo swojego monotonnego głosu zachwycił mnie najpierw swoim programem o południu Francji, którą zjeździł, a w zasadzie spłynął na barce po Kanał du Midi, gotując przy tym najcudowniejsze francuskie potrawy. Później zakochałam się w jego programach o jedzeniu w stolicach europejskich, a ostatnio wisienką na torcie był dla mnie jego program o Meksyku, bo może jeszcze nie wiecie, ale jestem wielką miłośniczką meksykańskiej kuchni. Oczywiście mam w mojej kulinarnej biblioteczce kilka jego książek. Dlatego musiałam pojechać do Padstow, czy raczej jak ostatnio nazywa się to miejsce Pad-Stein. Ekonomia całej miejscowości opiera się na związku z Rickiem. Oprócz słynnej restauracji ma on tu swoją piekarnię, pub, sklep z pamiątkami i bar szybkiej obsługi. 399A9064Poza tym pod jego nazwiskiem działa tu szkoła gotowania, organizująca poza regularnymi zajęciami, także jednorazowe kursy dla chętnych. Bardzo liczyłam, że może uda mi się dostrzec gdzieś Ricka choćby w oknie jakiegoś budynku, ale nie dane mi było. Podobno spędza pół roku w Anglii, gdzie robi swoje programy, wpadając od czasu do czasu do restauracji w Padstow, którą pod jego nieobecność prowadzi była żona i syn. Drugą połowę roku spędza w gorącej Australii, gdzie ma drugą żonę i nową restaurację.  Nie wiem, kiedy udaje mu się podróżować.

65508021_464180247662442_2744128032175292416_n
Foto z internetu

     

Tak czy inaczej, uwielbiam go oglądać, jego spokojny, momentami nudny głos działa na mnie hipnotyzująco. Jedzenie, które nam zaserwowano, też mi smakowało, ale uprzedzam, jeśli ktoś nie lubi ryb czy owoców morza to nie radziłabym się tam wybierać. Na przystawkę dostałam kruchutkiego wędzonego łososia na grillowanym chlebie na zakwasie, a mój mąż zamówił małe ośmiorniczki. Moje jedzenie było lepsze niż jego. Dla mnie to już była wystarczająca porcja, by się najeść, a tu dopiero przed nami były dania główne. Na szczęście potrawy nie pojawiają się jedna po drugiej i trzeba chwilkę poczekać na ich przygotowanie. Podobno jest to jeden z wyznaczników dobrych restauracji. Na jedzenie się czeka, bo jeśli podają od razu, za szybko, znaczy, że albo wyjechało właśnie z zamrażalki, albo potraktowano je odpowiednio gorąco mikrofalówką. Nie marudziliśmy więc, czekając. Czas umilało nam pyszne włoskie wino Gavi di Gavi. Po około 20 minutach pojawiło się przede mną kremowe risotto z homara, a mojego męża uraczono pysznie wyglądającym halibutem w krabowym sosie, ze szparagami i szpinakiem. 399A9380Tym razem to on wygrał. Nie mogę narzekać na risotto, ryż był idealny, niekluchowaty, nie rozgotowany, jak to się czasami zdarza, a sos z homara dobrze przyprawiony, ale rybka była po prostu lepsza. Ponieważ jednak planujemy się odchudzić, odmówiliśmy sobie deseru, czego teraz żałuję, ale w tamtym momencie nie byłabym w stanie przełknąć nawet kęsa.

W restauracji w środku trochę brakowało mi klimatu, pomysłu. Była to po prostu zwykła biała sala, z barem na środku, w którym, na naszych oczach przygotowywano również przystawki. Na stolikach białe obrusy i jedliśmy z białej zastawy. Jedyną atrakcją były wiszące na ścianach obrazy. By podkreślić sterylność miejsca, większość kelnerów chodziła w długich, idealnie wykrochmalonych fartuchach.  Taki styl jak na mój gust, trochę przeterminowany. Nienaganne menu drukowane jest codziennie na twardej kartce, bo oczywiście to, co będą serwować, zależy od tego, co uda się danego dnia, kupić od lokalnych rybaków i farmerów. I to jest niewątpliwy plus tego miejsca.

 

O samym miasteczku napiszę osobny tekst i pokaże wam stamtąd kilka zdjęć. A na zakończenie u dołu link do restauracji, gdybyście kiedyś wpadli na pomysł, by skosztować słynnych przepisów Ricka Steina.

 

https://www.rickstein.com/eat-with-us/the-seafood-restaurant/

 

7 komentarzy

  1. ja najwięcej przejechałem tak 40 kilometrów – kilka razy 😉 ale chyba aż 500 kilometrów bym nie pokonał – nawet dla takiego jedzenia (mimo że wygląda na dość pyszne). Ale jeśli będę w okolicy – to czemu nie!

    ps. jakoś tak mam, że w podróżach rzadziej skupiam się na kuchni 😀

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na idealbonieide Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.