Ś JAK Ślub

To był weekend, piękny, jesienny, za oknem słoneczko pięknie ogrzewało nasz apartament na Sydenham. Mieszkaliśmy tam od 2000. Udało nam się załatwić to lokum dzięki moim koleżankom ze studiów, które przyjechały do Londynu na stypendium i miały studenckie wizy. Na początku mieliśmy mieszkać w czwórkę, ale potem jedna z nich znalazła sobie pokój bliżej uniwersytetu. Zamieszkaliśmy więc we trójkę. Choć ta trójka niejednokrotnie zmieniała się w piątkę, czwórkę, szóstkę, a w pewnym momencie w letnie wakacje w dwupokojowym mieszkaniu nocowało osiem osób. Bo wszyscy chcieli popracować w Anglii podczas przerwy szkolnej. Wszyscy, to znaczy moje siostry, Macieja bracia, kuzynostwo, znajomi i jakoś trzeba ich było przenocować. Niektórzy zostawali krótko, inni na trochę dłużej, np. moja dobra koleżanka Anetka, którą poznałam dzięki korespondencyjnemu klubowi przyjaciół Świata Zofii (znacie tę książkę?). Pewnego dnia przysłała mi kartkę z krótkimi zdaniami: idę w twoje ślady i przyjeżdżam. Parę dni później stanęła niespodziewanie w moich drzwiach. Niestety od wielu lat nie mamy kontaktu, urwał się po naszej przeprowadzce na prowincje.

Mieszkanko znajdowało się przy głównej ulicy Sydenham, na drugim piętrze. Mieliśmy imponujący widok na wschodnią stronę ulicy. Wiem, że to był wschód, bo zaczynając pracę o nieludzkiej godzinie, niejednokrotnie fotografowałam wschodzące słońce. Było nam dobrze. Zwiększał się krąg znajomych, z różnych stron świata, a każdą wolną chwilę spędzaliśmy na zwiedzaniu Londynu. W obecnych czasach większość z muzeów i galerii londyńskich jest gratis, wtedy wszystko było płatne. Za darmo można było jedynie wejść na godzinę przed zamknięciem. Nasz dzień wyglądał tak: rano do pracy, po południu do szkoły na lekcje angielskiego lub do jednego z muzeów. Czasami wracaliśmy wielokrotnie do tego samego, bo nie da się takiego British Muzeum zwiedzić w godzinę. Po szkole nigdy nie jechaliśmy prosto do domu. Wsiadaliśmy do piętrowego autobusu, sadowiliśmy nasze cztery litery na górze, nad kierowcą i krążyliśmy po wszystkich zakamarkach Londynu. Metro był wówczas dla nas za drogie. Na autobusy mieliśmy tak zwane travelki, tygodniowe bilety. Po pół roku miasto znaliśmy lepiej niż niejeden londyńczyk. Najbardziej kochaliśmy spacery wzdłuż Tamizy, po tzw. Queen’s Walk. Czas mijał, a w codzienności życia rany się powoli goiły. Tworzyliśmy własne tradycje, nawyki np w każdą sobotę rano puszczaliśmy film Skrzypek na Dachu. Nie przesadzam, jeśli powiem, ze to dzięki temu filmowi nauczyłam się angielskiego; dialogi i piosenki znam na pamięć.

      Wrócę jednak do tego słonecznego, jesiennego weekendu, o którym wspomniałam na początku. W sobotni poranek, po dawce Skrzypka poszłam się wykąpać. Rozkoszując się momentem tylko dla siebie czytałam sobie w wannie książkę, gdy nagle drzwi się otworzyły i wielki bukiet kwiatów wszedł do łazienki. Jeszcze mi szczęka nie opadła ze zdziwienia, gdy zza kwiatów wyłoniła się ręka z pierścionkiem w pudełeczku. Tak właśnie Maciej mi się oświadczył, w najbardziej niespodziewanym momencie, gdy znajdowałam się w najbardziej bezbronnej pozie. Zgodziłam się jak widzicie.

Nasz ślub odbył się w urzędzie w Lewisham pół roku później, w najpiękniejszym i najcieplejszym lutym 2002 roku, dzień po Walentynkach.  Był skromny; przyjechała tylko najbliższa rodzina z Polski i zaprosiliśmy paru znajomych. Sukienkę kupiłam sobie w Monsoon za 200 funtów (olbrzymi wydatek jak na nasze ówczesne warunki). Nie miałam fryzjera ani makijażystki i to nawet nie ze względu na pieniądze. Wielkie wesele czy imponujący ślub nigdy nie były naszymi priorytetami. Woleliśmy przeznaczyć kasę na podróże. Na obiad zaprosiliśmy gości do polskiej restauracji w Balham. Zamawialiśmy jeden talerz pierogów za drugim. Smakowały wybornie nam stęsknionym polskiego jedzenia. I piliśmy wódkę. Jeszcze gdzieś mam rachunek z tej imprezy.

Do domu wróciliśmy uradowani, a Maciej przeniósł mnie przez próg mieszkania.img_20160625_0001 Byłam najszczęśliwszą kobieta pod słońcem i myślałam, ze nie można być bardziej happy. Okazało się, że się myliłam, ale o tym już pod inną literę.  

 

Tutaj poprzednie literki alfabetu: ALFABET EMIGRACJI

3 komentarze

  1. Ale fajny miałaś rok! Tyle wyjazdów! Jesteś cudowna – pięknie fotografujesz, ciekawie piszesz, remontujesz dom, ludzie Cię kochają, masz wspaniałą rodzinę, tylko pozazdrościć. Ściskam i życzę by 2019 był równie ciekawy 😘

    Polubienie

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.