U rzeźnika – obrazki z życia wzięte

By

Jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę więcej kupować mięsa w supermarketach. Wczoraj usiadłam przed komputerem i zapytałam, jak zwykle wszystkowiedzącego, z zadartym do góry nosem, wujka Google: Gdzie najbliżej mnie jest sklep mięsny, lub sklep farmerski? Kilka farm w Kencie znam, ale są dość daleko od mojego domu i nie zawsze jest mi po drodze. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że najbliższy sklep mięsny znajduje się… na mojej ulicy. Tylko jakieś 300 metrów ode mnie, w stronę centrum miasta. Nie zastanawiając się długo, pomaszerowałam pod wskazany adres.399a6567

Z ulicy nie widać, że jest tam sklep. Szereg piętrowych, wiktoriańskich domów formuje się w galerię, z  ogródkami lub parkingami od frontu. Gdzieś po środku, jest coś w rodzaju pasażu i trzeba w niego wejść.399a6565 Po drugiej stronie znajduje się dziedziniec, a na nim kilka niepozornie wyglądających sklepików, wśród nich mój rzeźnik. Weszłam do środka. Pusto, nikogo nie ma. Całą powierzchnię zajmują zamykane od góry lodówki i zamrażarki, po lewej stronie jest chłodziarka z ladą, z wystawionym na sprzedaż mięsem. Nie śmierdzi, a to już plus. Nie wiedziałam, co chcę kupić, szukałam inspiracji na obiad, dlatego wołowe steki przykuły moją uwagę. Po chwili do sklepu wszedł, starszy, olbrzymich rozmiarów sprzedawca, ubrany na czarno. Zaskoczyło mnie to, bo spodziewałam się raczej kogoś w białym fartuchu. Sprzedawca miło zagadał i oczywiście po akcencie szybko poznał, że nie jestem Angielką. Od razu zaczął mówić wyraźniej, upewniając się kilkakrotnie, że wiem, co kupuję. Ale nie był niegrzeczny, raczej natrętny. Zamówiłam, co miałam zamówić, a gdy on ważył zapytałam czy mogę zapłacić kartą. Nie mogłam, ale wytłumaczył mi, co już wiedziałam, że za rogiem jest spożywczy z bankomatem w środku. Wróciłam po kilku minutach. Mięsko było już zapakowane i czekało na ladzie. Pomyślałam, że kupię jeszcze bekon, do angielskiego śniadania. Sprzedawca uśmiechnął się od ucha do ucha, zaskarbiłam sobie jego łaskę bekonem!

– a tak w zasadzie to skąd jesteś

– z Polski- odpowiedziałam

– z Warsaw?

– nie, z Krakow – stwierdziłam z dumą

– aaa, jak mój sąsiad, mówimy na niego John, bo nie wiemy, jak wymówić jego prawdziwe imię, ale fajny z niego gość.

Uśmiechnęłam się, myśląc, że już od dawna jestem Dee, a nie Dorota, bo to drugie jest zbyt trudne do zapamiętania…

– No, trochę nas do Anglii przyjechało – powiedziałam jakby od niechcenia

– I dobrze i dobrze, takie życie, ja do was nic nie mam, fajni, pracowici jesteście, ja tylko tych z Somalii nie lubię. Sprowadzili się ostatnio na naszą ulicę i pełno ich wszędzie. Inni Afrykanerzy nie są tacy upierdliwi, no może czasami Nigeryjczycy, ale ci z Somalii… No mówię ci, skaranie Boże

– Naprawdę? Aż taki z nimi problem? – Nie bardzo wiedziałam, co mu powiedzieć

– Serio, mówię ci, pluli za moją sąsiadka, taką maleńką starowinką, sama mi powiedziała

Jedyne, co mi przyszło na język, to ojejku…

Zapłaciłam, ile miałam zapłacić, zabrałam mięsko pod pachę i ruszyłam w stronę drzwi.

Wychodząc zaczęłam się zastanawiać, co bym usłyszała, gdybym na przykład była z Somalii…

Co myślicie? Odmówiłby obsłużenia mnie? Czy raczej by powiedział, że do Somalijczyków nic nie ma, ale ci Polacy…