Jestem macantem! Z życia wzięte

By

Mąż wysłał mnie dzisiaj na zakupy, różne materiały do pracy i kable do telefonów. Pojechałam prosto po zawiezieniu syna do szkoły, bo tak już mam, że jak nie załatwię od razu, to długo czeka. Pojechałam nie jedząc śniadania, więc siłą rzeczy włócząc się po różnorakich przybytkach budowlanych zrobiłam się głodna. Pewnie wam nie pisałam, że jestem na diecie, nie chwalę się tym, bo mi zazwyczaj nie wychodzi. Postanowiłam kupić sobie brzoskwinkę. Przechodziłam koło owocowego stoiska w naszym mieście i cudowne, słodko pachnące owoce przyciągnęły mój wzrok. Podeszłam, spojrzałam i dotknęłam! Bo jestem macantem! Nie wiem czy jest takie słowo. Dzisiaj to odkryłam w sobie, albo raczej nazwałam po mojemu. Lubię wejść do sklepu, podnieść owoc, powąchać go, bo nigdy nie kupię jabłek, które nie pachną jabłkami i dopiero zanoszę do kasy.  Praktykuje to od dawna. Dzisiaj jednak widziałam przerażenie w oczach obsługującego mnie faceta, prawie wyrwał mi owoc z ręki, i siląc się na uprzejmość, powiedział: „proszę nam powiedzieć, co pani chce, a my podamy”. Na potwierdzenie tych słów, drugi przesunął tuż pod moje oczy tabliczkę z napisem „Nie dotykać!” W planach miałam kupienie jeszcze kilku owoców, zrezygnowałam jednak i pozostałam przy mojej brzoskwince. Nie, nie i jeszcze raz nie! Nikt mi nie będzie wybierał owoców, to mój rytuał. Nigdy już do tego stoiska nie wrócę. Bo tak mam! A wy?