O kupowaniu lodówki – z życia wzięte

By

Zamarzyła nam się lodówka,  nasza jest zbyt mała na czteroosobową rodzinę, a gdy są goście, to już w ogóle miejsca na nic nie ma. Postanowiliśmy kupić sobie amerykańskiego wielkoluda, z zamrażalnikiem z jednej strony, lodówką z drugiej. Szukaliśmy około dwóch miesięcy, bo lodówki te do tanich nie należą, więc rozeznanie trzeba było zrobić porządne. W końcu wpadła nam w oko jedna LG. Miała wszystko, czego szukaliśmy; mniejsze drzwiczki, by dostać się tylko do mleka i mały kranik z filtrowaną wodą i lodem. Wypatrzyliśmy ją w Carrysie, wielkim molochu sklepowym ze sprzętem AGD.   Była jeszcze bardziej atrakcyjna, bo pozostała sama jedna na sali sklepowej i przeceniono ją aż o 40%. Oczywiście sprawdziłam na Internecie, czy ściemy jakiejś nie ma i czy ta lodówko-zamrażalka nie kosztuje przypadkiem taniej w innym miejscu. Ale, o dziwo, wszędzie była prawie dwukrotnie droższa. Zastanawialiśmy się dzień. Rano pojechałam i lodówkę kupiłam, z dostawą do domu w niedziele rano. Pani sprzedająca, obeszła ze mną urządzenie z każdej strony, by sprawdzić czy nie ma jakiś skazy, obicia etc, bo jak powiedziała dostawcy mogą nie dostarczyć lodówki, jeśli jest uszkodzona, a uszkodzenie nie było zaznaczone na kartce papieru. „Jak dostarczą lodówkę – mówiła – to ją rozpakują, by obejrzeć z każdej strony i jeśli coś jest nie tak, ja mogę odmówić przyjęcia. Pani zapytała mnie również gdzie mają dostarczyć lodówkę, czy mam schody. Powiedziałam, że tak, że do mojej kuchni trzeba zejść 15 stopni w dół. Sprzedająca informację zapisała, ja zapłaciłam i zadowolona pojechałam do domu. Nadeszła niedziela rano. Za wyznaczoną w przybliżeniu godzinę (w przybliżeniu do 4 godzin) musiałam zapłacić dodatkowo 20 funtów. Wyznaczono mi czas między 7 rano, a 10.59 dokładnie. Panowie zmieścili się w czasie. Jak dobrze, że mnie nie było w domu, tylko zostawiłam męża ze szwagrem by godnie przyjęli lodówkę. Według ich relacji, dostawcy przyjechali, postawili lodówkę przed drzwiami, bez dzień dobry, czy cześć, czy czołem, w arogancki sposób zapewnili: „My tego nie znosimy na dół” i tyle. Gdybym była w domu kazałabym im zabierać tę lodówkę z powrotem. Mój kochany mąż zarzucił ją jednak na bary i razem z bratem znieśli ją na dół i ładnie postawili, gdzie stać miała. Wracam do domu, patrzę cudo stoi, ale w ścianie na korytarzu dziura. Niestety lodówka jest piesko ciężka i nawet dla dwóch osiłków nie łatwa do zniesienia. Stąd dziura. Ale to nie koniec przygody. Okazało się, że nie ma, czym tej lodówki podłączyć pod rurę z wodą. Nie ma też filtra, który powinien być. A co gorsze, w instrukcji, którą nam wydrukowano, nie ma nawet śladu informacji o podłączaniu lodówki do wody. Zagotowało się we mnie, wsiadłam w auto i w te pędy do sklepu. Facet, który do mnie podszedł nie był nawet zdziwiony, z czym przychodzę. Poodsuwał wszystkie lodówki stojące na sali szukając za nimi odpowiednich kabli do instalacji. Prawie z okrzykiem Eureka znalazł odpowiedni filtr, a potem wręczył mi zestaw kabli i rurek należący do Samsunga i powiedział, że klient przede mną przyszedł z tym samym problemem i dali mu ostatni zestaw od LG. Przez chwilę myślałam, że żartuje, ale on był bardzo poważny. Przeglądnął też instrukcję, którą przyniosłam. Potwierdził, że nie ma w niej nic o hydraulice i wysłał mnie do stolika, gdzie powinni mi pomóc. Czekałam tam na swoją kolej 40 min. Myślicie, że dostałam nową instrukcję? Kobieta, która mi miała pomóc, była zdecydowanie mało jarząca i chciała mi wmówić rzeczy, których sobie wmówić nie dałam. W końcu zestresowała się przez mnie straszliwie i płaczliwym głosem stwierdziła, że ona mi pomóc nie umie. Zabrałam moje zabawki i wróciłam do domu. Na szczęście mój mąż poradził sobie i lodówka działa. A dzisiaj rano dostałam sms: „poprosimy o opinie, czy jest pani zadowolona, z naszej niedzielnej dostawy.” Jak myślicie, co napisałam?

 

Zdjęcie niestety nie moje.