Ń jak hiszpaŃskie „przygody” we wrzeniu 2000r

New Image

Wrzesień 2000

Wreszcie prawdziwe wakacje, w końcu pojechaliśmy. Plan ułożyłam skrupulatnie dzień po dniu, prawie godzina po godzinie. Mieliśmy poleciec do Barcelony, spotkać się z moją kochaną przyjaciółką, którą tutaj przywiały szaleńcze wiatry, spędzić z nią weekend, potem wynająć samochód, i po odwiedzeniu Daliego w Figueres, mieliśmy ruszyć szlakiem katarów aż do Prowansji i Lazurowego wybrzeża. Wszystko było z detalami opracowane, każde miejsce, wszystkie wejścia do muzeów sprawdzone, wszystko tylko nie to! Ale po kolei. Madzię, moją przyjaciółkę znam od lat, najpierw przyjaźniliśmy się w czwórkę tzn z naszymi chłopakami, a później jakoś tak wyszło, że rozstaliśmy się w podobnym czasie. Mnie zawieja rzuciła na białe brzegi Anglii, o czym już wiecie, a Magdę ciepłe wiatry przywiodły do kraju flamenco. Cieszyłam się, więc jak dziecko, że mogę znów zobaczyć moja psiapsiółkę, po dwóch latach nie widzenia. Magda teoretycznie nic się nie zmieniła, tylko nabrała bardziej hiszpańskich rysów, brunetka, o ciemnej karnacji, teraz zasuwała po hiszpańsku jak prawdziwa mieszkanka tych ziem. Nie dziwiło mnie to, moja przyjaciółka zawsze była wybitnie zdolna. Pamiętam, jak przyszła do mnie pod koniec 3 klasy liceum bym pomogła jej przygotować się do matury z historii, bo postanowiła studiować nauki polityczne na UJ. Był to dla mnie szok, dotychczas w planach była biologia i nad nią Magda spędzała dni. Historia była, delikatnie mówiąc, zaniedbana. Madzia jednak jakimś nadludzkim wysiłkiem i pracowitością dokonała niemożliwego, bo egzamin zdała bardzo dobrze. Zaimponowała mi wtedy niesamowicie.

Weekend spędzony razem był cudowny, Magda ze swoim partnerem oprowadzali nas po Barcelonie i pokazywali prawdziwe perełki. Dla mnie wielbicielki secesji Barcelona pełna prac Gaudiego była rajem na ziemi. Podobało mi się chyba wszystko. Poza tym nasi gospodarze pokazywali nam miejsca, gdzie czas spędzają tylko rodowici Hiszpanie. Zaproszono nas na kolację do prywatnego domu. Tego nigdy nie zapomnę, małe pomieszczenie, w którym mieścił się jedynie stół i krzesła, wypełnione było po brzegi ludźmi, z których każdy, powtarzam, każdy jeden, palił papierosy. Poza nami. W dymowej mgle nie widać było wyraźnie ludzkich twarzy. Jedzenie za to było przepyszne. To nasze pierwsze spotkanie z Hiszpanami było raczej pozytywne. W sobotę poszliśmy na kolację do tapas baru i delektując się zamówiliśmy z menu chyba każdą możliwą przekąskę. Na zakończenie dostaliśmy po kieliszku wódki za darmo. By nam podziękować. Tak mi było dobrze, że roztargniona zostawiłam tam mojego Canona. Na szczęście są uczciwi ludzie na tym świecie, a przynajmniej w tej restauracji. Aparat odzyskałam. W niedziele Magda zabrała nas do innego tapas baru, tym razem prowadzonego przez Basków. Podobno słynną oni ze swojej…nieuprzejmości. My nie rozumieliśmy słowa, ale Magda w pewnym momencie bardzo się zdenerwowała, bo nieuprzejmy kelner coś niemiłego jej powiedział. W tym barze tapasy jadło się jak w sushi barze, nabierało się samemu na talerzyk, a płaciło po zjedzeniu, na podstawie pozostawionych na talerzyku wykałaczek. Oryginalnie i bardzo smacznie, gdyby nie ten kelner byłoby to super doświadczenie.

W poniedziałek rano musieliśmy się pożegnać. Rano odebraliśmy Citroena Xsara z wypożyczalni i ruszyliśmy w drogę. Nie dojechaliśmy jednak daleko, jedynie do ostatniego ronda Barcelony, gdzie zatrzymały nas czerwone światła. Po ich zmianie ruszyliśmy, jako pierwsi i nagle bum, ktoś z dużym impetem uderzył w nasz samochód, także obróciliśmy się wokół własnej osi. Lekko oszołomieni wysiedliśmy z samochodu, po to tylko by zobaczyć dym po odjeżdżającym samochodzie. Uciekł! Tak po prostu! A my zostaliśmy sami z niezdolnym do dalszej drogi autem. Nagle nie wiadomo skąd pojawili się ludzie, Hiszpanie, każdy z karteczką z zapisanym numerem rejestracji, każdy z troską i poradą, tylko, ze my nie rozumieliśmy ani słowa, a żaden z nich nie mówił po angielsku, że o polskim nie wspomnę. Podobnie policjant, który przyjechał zaraz po nich. Zadzwoniłam po Magdę i ona nas poratowała. Przez nią policjant próbował nam przekazać, że powinniśmy się starać o odszkodowanie, przekonywał nas, że na pewno boli nas głowa, kark, lub choćby kciuki. Ale my chcieliśmy tylko jechać na nasze zasłużone wakacje. Policja zorganizowała odbiór auta, spisała raport i odjechała. A my z autem, z jakiegoś powodu pojechaliśmy do warsztatu. Spędziliśmy tam cały dzień zanim ktoś nas łaskawie powiadomił, że powinniśmy pojechać do siedziby głównej wypożyczalni by dostać nowy samochód. Pojechaliśmy. Tam znowu czekanie. Zaczynałam mieć dość, tego hiszpańskiego maniana. W końcu dali nam nowe auto, które niestety nie miało paliwa i było lekko obite z boku. Nerwy mi puściły, walnęłam dłonią w ladę i nakrzyczałam na obsługującego nas gościa, który, na szczęście mówił po angielsku. Trzeba to było zrobić wcześniej. Zaraz pojawił się Picasso, większy niż zapłaciliśmy, ale chyba nie mieli innego, a chcieli się nas już pozbyć. Lokując się wygodnie w dużym aucie, ponownie pożegnaliśmy Magdę i ruszyliśmy w stronę Francji, tym razem już bez większych przeszkód.

Zapraszam do Oli, która też ma literkę ń w tytule http://ourfavtreats.blogspot.co.uk/2015/11/moj-teksaski-alfabet-n-dzien-sonce.html

 

5 comments on “Ń jak hiszpaŃskie „przygody” we wrzeniu 2000r

  1. Dorotko, przeczytalam to i jak zwykle sie poplakalam. minelo juz 15 lat od tamtych wydarzen, a ja pamietam je jakby byly wczoraj.Swietnie to opisalas

    Liked by 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s