Ł jak Łatwość życia

Pobyt w Polsce przyniósł kolejne refleksje, o kruchości ludzkiego życia i o tym jak ważna w życiu jest chwila, ta, którą żyjemy, tu i teraz. Dni mijają i tylko od nas samych zależy, czy będziemy chcieli te dni pamiętać. Coelho pisał o sprzedawcach kukurydzy, a ja nie chciałam zostać jednym z nich, żyć by jeść, pić, chodzić w ładnych ciuchach, mieszkać w wygodnych domach, od czasu do czasu wyskoczyć na imprezę ze znajomymi. Chciałam żyć by żyć, pełną piersią, doświadczając tego, co świat ma mi do zaoferowania. Być w zgodzie z naturą, chodzić boso po łąkach, przytulać się do drzew. Odkąd pamiętam kochałam drzewa, zaraził mnie tym chyba mój tato, który wychowany w świętokrzyskiej jodłowej puszczy włóczył mnie nieraz po lasach ucząc nazw drzew i krzewów. I do tej pory je pamiętam, tato.
Oczywiście choroba Macieja taty skłaniała mnie do refleksji nad własną rodziną. Jak się dzieje w życiu cos złego, to przystajemy na chwilę i analizujemy, przynajmniej ja tak mam. Tak się złożyło, że mojego taty nie widziałam kilka lat. Gdy wyjeżdżałam z Krakowa na stałe, tata pracował na kontrakcie w Moskwie, gdy przyjeżdżał do domu, ja byłam w Anglii, gdy ja przyjeżdżałam, on był w Rosji, rozmawialiśmy oczywiście przez telefon, ale jakoś nie mogliśmy się spotkać. Tygodnie, miesiące, lata mijały. Zawsze tata miał dla mnie jakieś szczególne znaczenia, może, dlatego, ze rzadko bywał w domu, cały czas będąc w rozjazdach, ale to może właśnie dzięki niemu łyknęłam żyłkę podróżniczą, dzięki niemu lubię lasy, góry i jeziora, dzięki niemu jestem historykiem. Pamiętam jego opowiadania o królu Jagiele jak wędrował drogą królewską przez puszczę na Święty Krzyż. Pamiętam nasz wyjazd po zamkach książąt śląskich, byliśmy wtedy w m.in Pszczynie i w Książu, który rzucił mnie na kolana. Pamiętam jak tata gotował nam pyszne niedzielne obiady, bo mój tata prawdziwy talent kulinarny ma, szkoda, że nigdy własnej knajpki nie otworzył. Pamiętam jak tata bronił moje nastoletnie, niemiłe zachowanie przed babcią, pamiętam jak nazywał mnie Jaruchą, przez moje długie, poplątane warkoczykami włosy. Pamiętam to wszystko wyraźnie może, dlatego, że było tego trochę za mało. Trochę za mało było mi taty w dzieciństwie. Na szczęście teraz jest, choc ciągle daleko, ale na szczęście Skype istnieje.
Moja mama z kolei to bohater, ale zrozumiałam to dopiero po opuszczeniu rodzinnego gniazdka. Bo najmniej się dostrzega to, co się ma, na co dzień. Mama wychowująca praktycznie sama, przez taty wyjazdy, cztery nie najłatwiejsze córki, w czasach, gdy po wszystko stało się w kolejkach, wykonała kawał dobrej roboty, nie oczekując wdzięczności. Mama nas karmiła, szyła nam piękne sukienki, czytała książki i zawsze była dla nas oparciem, zawsze mogłyśmy na nią liczyć, nigdy nas do niczego nie zmuszała i nigdy niczego nie zabraniała, bo mówiła, że ma do nas zaufanie. I tym zaufaniem wychowała nas na ludzi. Czasami chciałabym  móc cofnąć czas by powiedzieć mamie jak bardzo ją kochałam, mimo wiecznego pyskowania i wymądrzania się. Moi rodzice nie mieli łatwego życia, ale chyba nikt go nie miał w tamtych czasach, starali się jak mogli i dali nam ile mogli. Nie umiemy być wdzięczni jako dzieci, wydaje nam się, że wszystko nam się należy, i jakby rzeczy dzieją się same, nie widzimy, że to po prostu dzieło naszych rodziców, którzy często rezygnują z wielu rzeczy dla naszego dobra. Teraz sama jestem mamą i mam cudowne dzieci, ale czasami dają mi w tyłek i myślę sobie, że to moja zapłata, za ten brak wdzięczności. Tak zwana karma.
Tak rozmyślając sobie o łatwości życia i bazgrając w moich kajecikach wykreowałam wtedy własną definicję szczęścia; szczęście posiada każdy, tylko nie każdy wie, że to szczęście i dlatego jest nieszczęśliwy. Wiem, że masa w tym moim rozumowaniu błędów, ale ogólnie chodziło mi o to, że szczęście to zlepek skolekcjonowanych chwil. Tylko tyle. Bo w życiu zawsze jest balans, tyle samo złego i tyle samo dobrego, tylko my często chodzimy po omacku i dopiero, gdy się potkniemy o złe przeszkody to otwieramy oczy. Ostatnio napisałam w komentarzu, do jakiegoś blogu, że to nie jest takie trudne znaleźć szczęście. Zarzucono mi wówczas, że mówię tak, bo pewnie nigdy porządnie w dupę nie dostałam, pewnie nigdy nie odszedł ode nie nikt bliski. No cóż, jeśli śledzicie mój alfabet to wiecie, że moje życie usłane różami nie było, a z bliskich mi osób straciłam własne dziecko. Dlatego teraz cenię to, co mam, cieszę się każdą chwilą i duperelką, kolekcjonuję je i uczę się, raz lepiej, raz gorzej układać je w szczęście. Staram się przy tym zachować pokorę, dziękuję losowi za każdą miłą chwilę, nie wychodzę z założenia, że mi się należy. Czasami, gdy jest zbyt dobrze to się nawet boję, że kiedyś przyjdzie mi zapłacić. By był balans.

A wracając do wspomnień, bo strasznie odbiegłam od tematu, po powrocie z Polski nie wróciłam do Teresy. Chwilowo zastąpiła mnie moja siostra Gosia, by nie zostawiać Teresy na lodzie, ale Gosia też miała dość i niedługo później pożegnała dom przy Ladbroke Grove.

Poszukiwania pracy rozpoczęły się na nowo!

11 comments on “Ł jak Łatwość życia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s