Małe miasteczko Dee

Spacery po większych i mniejszych miasteczkach świata, widziane moimi oczami. Zapiski z włóczęg i podróży, a czasami obrazki ze zwykłego życia na emigracji.

H jak heca

Kontynuacja Alfabetu Emigracji

Szłam ulicą Old Comptom Road, przed siebie,  po omacku, z głową spuszczoną w dół, łzy jak grochy spływały mi po policzku. Doszłam do budki telefonicznej, zadzwoniłam do Macieja i zapłakana opowiedziałam mu, co się stało. On jak to  on, od razu zaczął rozmyślać, co zrobić, bez paniki, choć nie mógł uwierzyć w to wszystko. Byłam już prawie w połowie drogi do metra, gdy przypomniałam sobie, że zostawiłam torbę z zakupami w nieszczęsnej restauracji. Mimo, iż serce kazało uciekać jak najdalej, zdecydowałam się wrócić z podniesioną głową. Okazało się, że pseudo-Włoch, już uspokojony, ucieszył się na mój widok i ku mojemu zaskoczeniu zaproponował mi pracę w innym miejscu, pizzerii, parę budynków dalej, pod wdzięczną nazwą L’Artista. Nie mając nic innego w zanadrzu, ani nic do stracenia,  zgodziłam się. I tak w ciągu zaledwie 10 minut straciłam jedną pracę, a dostałam drugą. Praca w L’artiście wyglądała zupełnie inaczej niż w Pollo Barze, było spokojniej, mniej klientów, a managerowi zależało tylko na świętym spokoju. Miałam wrażenie, że znalazł się tutaj tak samo przypadkowo jak ja. Do tego kasa była tutaj strasznie marna.  Był początek roku 2000, święta mieliśmy za sobą, nasze drugie na angielskiej ziemi. Rodzice znowu przysłali paczki z Polski. Ciocia Macieja przygotowała dla nas nawet karpia w słoiku, choć my woleliśmy łososia (i tak mamy do dziś). Mankamentem było to, że pracowałam codziennie, poza samym dniem Bożego Narodzenia, makabra, nawet Maciej miał wolne. Chcieliśmy trochę czasu spędzić razem. Ciągle, w miarę możliwości zwiedzaliśmy, podróżowaliśmy, np. w Andrzejki, po pracy pojechaliśmy pociągiem do St Albans. Pamiętam, że bardzo spodobały mi się tudorowskie domy na głównej ulicy. Trwał tam właśnie kiermasz świąteczny, wszystko było kolorowo oświetlone, a po ulicy jeździł zaprzęgiem święty Mikołaj. Atmosfera była cudowna. Największe jednak wrażenie zrobiła na mnie średniowieczna katedra. Chyba nie zdawałam sobie dotychczas sprawy jak bardzo kocham średniowieczne kościoły, a przecież do religijnych osób nie można mnie zaliczyć. Od tamtej pory zaczęłam namiętnie fotografować angielskie świątynie, które w znacznym stopniu budowane są na jedną modłę: nigdy nieprzebrzmiałe średniowiecze. Katedra w St Albans ma najdłuższą nawę w Anglii i mimo, iż wnętrze jest bardzo surowe, to bije od niej prawdziwy majestat. Zanotowałam sobie wówczas w notatniku, że taka budowla rzuca mnie na kolana przed wspaniałością Boga i możliwościami człowieka, że ta jej tajemnica przechodzi przez każdy skrawek ciała, wbija się w mózg i wnika w serce. Wyciągamy ręce, ale jej majestat zgina nam kark.

Na  Wigilię przyjechał do nas Martin, Bułgar, z którym mieszkaliśmy w poprzednim mieszkaniu. Wspominałam już o nim tutaj Ę jak w pęknięte . Martin kiwał głową w bok, gdy mówił tak, a do przodu, gdy mówił nie. Nie mogłam się przyzwyczaić. Do tego uwielbiał pić kawę z coka- colą. To tez wydawało mi się dziwactwem. W pierwszy, jedyny mój wolny dzień poszliśmy na spacer do parku Crystal Palace. Było zimniej niż w poprzednim roku, chodziliśmy, więc opatuleni w szaliki, po terenach dawnego kryształowego pałacu, a potem poszliśmy się przywitać z dinozaurami, bo w parku znajdują się wierne kopie tych gadów.

W L’Artiście pracowałam do początków lutego 2000. Była to najnudniejsza i najbardziej samotna praca na świecie. Jakoś z nikim nie potrafiłam się zaprzyjaźnić, choć zazwyczaj nie mam problemów z nawiązywaniem znajomości. Drugiego lutego są Macieja urodziny. Nie poszłam tego dnia do pracy, zadzwoniłam, że jestem chora i poszliśmy się poszwendać po Londynie. Pamiętam, że byliśmy w parku, choć nie wiem, który to był. W Londynie jest mnóstwo bardzo pięknych parków. Spacerowaliśmy nad stawem, gdy nagle stanęłam oko w oko z… moim bossem, do którego chwilę temu dzwoniłam, że jestem chora. Cóż było robić, powiedziałam mu, że czuję się lepiej i że wyszłam zażyć świeżego powietrza. Podejrzewam, że mi nie uwierzył, ale nie dał tego po sobie poznać. Pokiwał głową i życzył mi szybkiego wyzdrowienia. „Ale Heca” zaśmiał się Maciej, gdy już się rozstaliśmy, ale mnie nie było do śmiechu, wręcz przeciwnie. Było mi okropnie głupio. Akurat ten facet był bardzo w porządku i wszystkich traktował dobrze. Dostałam nauczkę za kłamstwo. Na drugi dzień rano zadzwoniłam, że już nie wrócę do pracy, że to nie dla mnie. Nawet nie był zdziwiony. L’Artisty nie ma już w Londynie, nie wiem, co się stało, na jej miejscu jest teraz chińska restauracja. L’Artista pozostała tylko w moich wspomnieniach.

Literka H u innych blogerek

H jak huragan

H for Hamlet

H for Heat

H jak włoski Humor

H jak Historia

9 comments on “H jak heca

  1. obserwatore.eu
    21 października 2015

    Czy Ty pisałaś pamiętnik przez te wszystkie lata czy wszystko pamiętasz po latach? 🙂

    Polubienie

    • dee4di
      21 października 2015

      Mój tata też mnie o to pytał. Bardzo dużo rzeczy pamietam, resztę pamięta mój mąż, ale rodzaj zapisków też prowadziłam, choć bardziej dotyczył on stanu mojej duszy niż wydarzeń niestety, teraz się złoszczę na siebie, że od czasu do czasu mogłam jakieś fakty zapisać.

      Polubione przez 1 osoba

  2. Pingback: Włoski humor i energia

  3. Bretonissime
    16 października 2015

    Bardzo dobrze się Ciebie czyta, Dee!

    Polubienie

    • dee4di
      17 października 2015

      Kasiu po pierwsze bardzo się cieszę, że cię widzę w moich progach! Po drugie pięknie dziękuję za komplement, od takiej blogerki to przemiło usłyszeć!

      Polubienie

  4. Aga Ko
    15 października 2015

    ojej, znam smak takiej wpadki, moze nie dokladnie tak samo, niekoniecznie szefa, ale … uwielbiam takie zyciowe historyjki 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  5. Grand Mader
    15 października 2015

    Pisz, pisz 😀

    Polubienie

  6. Maria Korzeń- Bereziak
    15 października 2015

    Wiesz , roześmiałam się…gdy spotkałaś szefa, ale pewnie to wszystko minęło..jak we życiu. Buziaki dla Ciebie od starej Marysi

    Polubione przez 1 osoba

    • dee4di
      15 października 2015

      Takie właśnie przypadki decydują czasami o naszym życiu. Dziękuję Marysiu, i coś czuję, że wcale nie stara, na pewno nie duchem. Widać młodość w tekstach!

      Polubione przez 1 osoba

Księga gości

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s

Informacja

This entry was posted on 15 października 2015 by in ALFABET EMIGRACJI, Wspomnienia and tagged , , .
%d blogerów lubi to: