G jak Gorzki posmak pracy z rodakami

Kontynuacja Alfabetu Emigracji. Litera G.

W listopadzie 1999 roku znowu nie miałam pracy. Po 3 miesiącach spędzonych w Cafe Moretti znalazłam się w punkcie wyjścia, choć bogatsza o doświadczenie w pracy za ladą. Pomyślałam, że teraz jest dobry czas by, by choć na chwilę wrócić do domu. Minął rok, od kiedy wyjechałam z Polski i wiele się wydarzyło. Uważałam, że krótkie wakacje dobrze mi zrobią. I tak było. Cudownie było zobaczyć rodziców i siostry i nawet białego psa, kundelka, o imieniu Andy, którego zostawiłam, wyjeżdżając. Zwiedzałam Kraków, jakbym była turystką, a nie rodowitą krakowianką, która w dodatku mogła się kiedyś pochwalić tytułem przewodnika po tym mieście. Ale w kontekście wydarzeń ostatniego roku na emigracji, moje spojrzenie na codzienność było inne. Życiowe tempo zwolniło i zatrzymywałam się przed rzeczami, przed którymi, kiedyś przeszłabym chyba obojętnie. Namówiłam rodziców i najmłodszą siostrę na wypad do Zakopanego. Leżał tam śnieg i góry wyglądały jak z bajki. Kupiłam sobie wtedy małą drewnianą, góralską beczułkę z łyżeczką, która służy mi do dziś, jako pojemnik na sól. Nawet nie wiem, czy zastanawiałam się wówczas nad całkowitym powrotem do kraju. Chyba nie. Zaczynałam czuć się obco u siebie. W Anglii czekał na mnie Maciej, moja podpora, moja siła życiowa i choć nasze początki były różne, to, przez ten ostatni rok pokochałam go najbardziej na świecie. Przy nim czułam się pewnie i bezpiecznie. Dlatego wróciłam i zaczęłam ponownie szukać pracy. Teraz chodzenie po restauracjach nie było już takie przerażające. Wróciła pewność siebie. Pamiętam dokładnie moment, gdy weszłam do włoskiej restauracji La Porchetta Pollo Bar na Old Compton Street, pomiędzy Charing Street i Soho. Po lewej stronie od wejścia była wtedy kasa, a za nią siedziała młoda dziewczyna. Podeszłam do niej i swoim łamanym angielskim powiedziałam: „I am looking for a job”. Rozpoznała mój akcent błyskawicznie, bo sama była z Polski. Była to pierwsza Polka, jaką poznałam w Anglii, która pochodziła z mojego Krakowa. Nie wiem, czy to solidarność lokalnego patriotyzmu, czy może inne powody spowodowały, że dostałam pracę. Właściciel restauracji był chłopakiem tej dziewczyny.  Byłam jej bardzo wdzięczna, ale pamiętam, że nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia, oschła, wyniosła, z manierą patrzenia na ludzi z góry. Nie zaprzyjaźniłyśmy się i nawet nie pamiętam jej imienia. Warunki, jakie mi zaproponowano były, powiedzmy delikatnie, pocieszne. Miałam dostawać całe 5 funtów tygodniowo, i resztę z napiwków. Każda kelnerka miała swoją sekcję i napiwki otrzymywała od klientów, których obsługiwała. Praca w Pollo Barze przypominała obóz wojskowy albo Darwinowską teorię przetrwania gatunków. Poza krakowianką za kasą, w restauracji pracowała masa Polaków: kelnerki, pomocnicy kucharza, dostawcy, zmywaki, czy chłopcy na posyłki. Do wyboru do koloru. Właściciel najwyraźniej miał słabość do polskiej nacji przebywającej nielegalnie, lub półlegalnie na angielskiej ziemi. Pamiętam, gdy któregoś dnia przyszłam do pracy, jeszcze przed wejściem, zobaczyłam policjantów i służby celne wyprowadzające z baru dwóch chłopaków. Podobno trzeciemu udało się uciec przez okno. Nasz szef nie przejął się zbytnio, za zatrudnianie nielegalnych imigrantów nie było wówczas żadnych kar. Szef, który z Włochem, za jakiego się podawał,  nie miał zbyt wiele wspólnego, no może poza ciemną karnacją, umiał wszystkich trzymać krótko i szczuć jednych na drugich. Podobno tych Polaków zabrano właśnie z donosu. Zaraz pojawili się kolejni. Pseudo Włoch nie płacił ludziom, mógł więc  sobie pozwolić na tłumy. Walka była o wszystko, a zwłaszcza o klientów. Pollo Bar ma dwa poziomy, na górnym najczęściej królowała Monika, oceniała wchodzących gości już na starcie; wszystkich wyglądających na Azjatów, czy Afrykanów wysyłała na dół. Bo podobno oni nie dają napiwków. Nie była przy tym ani życzliwa, ani miła! Wystarczyło jedno spojrzenie jej chmurnych oczu i padał wyrok: downstairs (na dół)! O dodaniu please można było zapomnieć. Na Moniki brak grzeczności sypały się od klientów skargi, jedna za drugą, ale Monika była przyjaciółką Krakowianki, a Krakowianka dziewczyną szefa, więc nic się nie zmieniało. Jedno tylko było pewne, pracując z Moniką na tej samej sali zawsze można było zarobić parę groszy, czy raczej funtów. Zarabiałyśmy tak w okolicach 200-290 funtów tygodniowo, oczywiście nie płacąc podatków, a do tego pozwalano nam zjeść jeden ciepły posiłek dziennie, więc tak szczerze powiedziawszy, dało się przeżyć. Praca nie była łatwa, zwłaszcza, gdy psuła się winda do transportowania posiłków z kuchni. Biegałyśmy po schodach w górę i w dół z gorącymi talerzami, lawirując pomiędzy tłumem w restauracji. Wiedziałam, że bycie kelnerką nie jest proste, ale nie spodziewałam się, że będę musiała na przykład usuwać karaluchy ze stołu, sprzed nosa klientów. A takie rzeczy też się zdarzały. Pollo Bar Porchetta nie grzeszył czystością, czy przestrzeganiem przepisów higieny i BHP. Podczas jednej z moich zmian, stanęli w drzwiach przedstawiciele EHO (odpowiednik polskiego SANEPIDu). Właściciel dostał ostatnią szansę, a parę miesięcy później, gdy już tam nie pracowałam, Pollo Bar zamknięto do odwołania. Mimo, że moja praca w tej włoskiej restauracji była tylko krótkim epizodem, nauczyłam się bardzo wiele. Nie tylko o ludzkich przywarach. Dowiedziałam się, czym różni się spaghetti od tagiatelle, pene, rigatoni, fusilli, ziti, papardelle itd., bo wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że każdy makaron, ze względu na kształt, ma inne imię. Podobnie, nauczyłam się włoskich sosów i deserów, nie tylko je rozróżniać, ale także przygotowywać samemu. Moja prywatna kuchnia wzbogaciła się bardzo. A jak się skończyła moja przygoda z Porchettą? Bardzo wkurzony właściciel restauracji wezwał przed swoje mało dostojne oblicze, wszystkich Polaków, otworzył drzwi na oścież i wywalił nas na zbity pysk. Stało się tak, dlatego, że jakiś kretyn wyciął nożem na drewnianym stoliku tekst po polsku, że właściciel to h…j, a jego ukochana gorliwie mu to przetłumaczyła.

Wpisy innych blogerek na literke G, zapraszam

Góry

Gabinet luster

Goście

G jak Gironde

G jak Gustaw

23 comments on “G jak Gorzki posmak pracy z rodakami

  1. NO bravo !! a wiesz czemu ? Mimo tak nie fajnego doświadczenia Ty wyciągnęłaś z niego coś pożytecznego 🙂 sosy i makarony włoskie są pyszne… tak trzymać !!!
    pozdrawiam

    Lubię

    • Nie, bo nigdy nikt nie wspomniał o tym. Ja czytam głownie na iPadzie i tutaj nie wygląda, że jest na kupie, ale zwrócę uwagę na komputerze. Dziękuje. Takie komentarze mile widziane, bo dopiero się uczę i chcę wiedzieć, co inni myślą

      Lubię

  2. Jestem absolutnie w szoku! Zero jakiejkolwiek solidarności (poza tym, że dostałaś tę pracę). Podziwiam za wytrwałość. Sama spędziłam rok na emigracji, jednak trochę na innych zasadach. Wrócę jeszcze nie raz do Twoich wpisów!

    Liked by 1 osoba

  3. Bar powinien nazywać się Sporchetta (sproco – brudny) a nie Porchetta. 😉 Oj, widzę, że spore doświadczenie tułaczkowe miałaś. Z każdym Twoim wpisem otwierają mi się szerzej oczy ze zdziwienia ile musiałaś przewalczyć.

    Lubię

  4. Aż trudno uwierzyć, że taki „obóz przetrwania” zaoferowano Ci w kraju wysokiej kultury, z tradycją tea time i Królową na czele.
    Co do makaronów to dla mnie też kiedyś dzieliły się one na „makaron długi”, „makaron rurki” itd. Hehehe A szok przeżyłam, kiedy dowiedziałam się, że spaghetti to nie nazwa dania tylko właśnie makaronu!

    Liked by 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s