E JAK ELEGIA (ŻAŁOBNA)

Bardzo dużo kosztowało mnie napisanie tego tekstu, ale zrobiłam to, bo nie chcę by to, co się wydarzyło, zniknęło w mroku zapomnienia. Myślę, że mój syn zasługuje na to, by pamiętać, że był na tym świecie i wywarł swoją osobą wpływ na nasze życie i moją osobowość. Dopiero niedawno zrozumiałam, że dał mi bardzo dużo swoją obecnością. Wbrew wszystkiemu nauczył mnie kochać i cenić życie. Dzięki niemu naprawdę pokochałam mojego męża. Nie umiem pisać pięknych trenów, więc to jest taka moja elegia na jego cześć, napisana prozą.

Pierwszy tydzień po urodzeniu Davida mogłam zostać w szpitalu, dali mi osobny, malutki pokoik na porodówce, ale potem widziałam jak pielęgniarki kręcą nosem, bo nie było miejsca dla innych rodzących kobiet. Musiałam wrócić do domu. Bez syna. Patrząc na mapę, ze stacji Archway, w okolicach, której mieszkaliśmy, do London Bridge, gdzie był szpital nie było daleko, ale dla matki, która musi jeździć codziennie, a nawet kilka razy dziennie była to okropnie długa podróż i droga. Zarabiał tylko Maciej i nie było tych pieniążków dużo, codzienny wydatek kilku funtów na metro odczuwaliśmy dotkliwie. Na szczęście nie byliśmy już tacy samotni. Nadeszły wakacje, a wraz z nimi nasze rodzeństwo. Przyjechały moje dwie siostry i Macieja bracia. Niestety, ponieważ większość czasu spędzałam w szpitalu nie mogłam im pomagać, ale może to dobrze, bo wszyscy poradzili sobie znakomicie. Dziewczyny zaczęły pracować w jakiś kafejkach, a chłopaki na budowach. Odwiedzali mnie, gdy mogli; jak dobrze było oglądać znajome, ukochane twarze. Wydawało mi się, że wszystko jest cudownie, wszystko jest na dobrej drodze do pięknego zakończenia. Byłam z moim synkiem na okrągło, ściągałam pokarm, którym karmiono go wpuszczając strzykawką do rurki dochodzącej do przewodu pokarmowego przez nosek. Nie było miejsca, z którego nie odchodziłaby jakaś rurka od mojego synka. Tydzień po urodzeniu pozwolono mi po raz pierwszy przewinąć i umyć Davidka. Dwa tygodnie później zmniejszono mu ilość oddechów z 60 na 38 i David zaczął w połowie samodzielnie oddychać; każda taka sytuacja wydawała mi się małym zwycięstwem, postępem na drodze do wyzdrowienia. Ale były i trudne momenty np. 2 lipca zmarło jedno z dzieci leżących w inkubatorze koło Davidka, rodzice przyprowadzili księdza by najpierw ochrzcił, a potem pożegnał dzidziusia. Tego samego dnia David zachorował na żółtaczkę i lekarze musieli zaprzestać podawania mu mleka, znowu podłączono kroplówki i morfinę. Pamiętam ten okropny niepokój, i złość, czemu takie maleństwa muszą tak cierpieć, czym na to zasłużyły. I ta bezsilność, bo nie umiem pomóc. Kilka dni później po raz pierwszy pozwolono mi wziąć Davida na ręce. Był leciutki i kruchutki. Otworzył swoje szafirowe oczy i jakby mnie szukał wzrokiem. Cały czas do niego mówiłam, a on nasłuchiwał uważnie. Potem usnął. Był taki bezbronny, ale chyba czuł się bezpiecznie w moich ramionach. Niestety chwila nie może trwać wiecznie. Osobą, która zajmowała się nim najczęściej był Kevin, wielki pielęgniarz, o niesamowicie delikatnych rękach, przy których niemowlęce ciałka wydawały się jeszcze kruchsze. To właśnie on pokazywał mi jak się opiekować moim synkiem, on też nauczył mnie podawać mu strzykawką pokarm. Robił wszystko bym czuła się potrzebna. Byli tez inni ludzie, którzy nam pomagali. Niedaleko szpitala jest narożny, ceglany budynek z wielkimi brązowymi oknami i tu właśnie znaleźliśmy schronienie na kolejne tygodnie. Budynek jest prowadzony przez organizację charytatywną Ronald McDonald House, która pomaga rodzicom, takim jak my, którzy mają dzieci w szpitalu, a mieszkają dość daleko. Zabawne, warunki, jakie mieliśmy w tym domu, były najlepsze ze wszystkich, w jakich przyszło nam dotychczas mieszkać w Londynie. Była jedna, wielka, wspólna kuchnia, połączona z jadalnią, gdzie najczęściej spotykaliśmy innych rodziców. Był wielki salon z kilkoma sofami, na których można było wygodnie usiąść i np. poczytać książkę, lub pooglądać telewizję. I każda rodzina miała swoją własną sypialnię. Wolontariusze, którzy pracują w tym domu, to najwspanialsi ludzie na świecie. W każdym McDonaldzie na ladzie stoi mała puszka, do której zbierają pieniążki na takie właśnie hotele przyszpitalne. Jestem najlepszym przykładem, że to działa.
Gdy David skończył 3 tygodnie lekarze zadecydowali, że czas myśleć o operacji. Dokładnie poinstruowano nas, co będą robić; że wstawią metalową rurkę otwierającą połączenie pomiędzy sercem, a płucami. Jedyny warunek, David musi więcej ważyć, czekaliśmy, więc, aż osiągnie 2 kilo. 12 lipca ważył 1.60kg, wiem, bo zapisywałam wtedy każdą zmianę, każdy sukces. Waga nie była stabilna, jednego dnia było 1.65, drugiego 1.62, czekanie przedłużało się w nieskończoność, a David zamiast silniejszy robił się słabszy. Lekarze postanowili nie czekać dłużej, 27 lipca zabrano go na stół operacyjny, a my czekaliśmy długie godziny, pełni strachu, ale i pełni nadziei. Przecież nie przyszedłby na ten świat, gdyby nie chciał na nim zostać, a może przyszedł sprawdził i stwierdził, że my nie jesteśmy jeszcze gotowi? Operacja się udała, doktor przyniósł nam tę wspaniałą nowinę późnym wieczorem, ale nie zdążyliśmy dojść do sali, gdy zobaczyliśmy biegających na wszystkie strony lekarzy. Operacja się udała, serce ruszyło pełną parą, ale malutkie, nieprzyzwyczajone żyły nie wytrzymały. David miał wylew. Potem drugi. Lekarze dwoili się i troili wokół jego inkubatora. Maciej czuwał nad wszystkim, a ja nie mogłam tam być. Chodziłam po korytarzu tam i z powrotem płacząc i obgryzając ręce z bólu. Wydawało mi się, że nie mogę być koło mojego syna, bo przyniosę mu pecha, bo jak będę tam, to lekarze się pomylą i mu nie pomogą, bo ja byłam skazana na klęskę. Byłam… Lekarz zaprosił nas do gabinetu i powiedział, że David nie ma szans. Chciał, byśmy podpisali zgodę na odłączenie go od tych wszystkich maszyn przymocowanych do małego ciałka, podtrzymujących go przy życiu. Już po raz drugi miałam być panią życia mojego syna. Nie mogłam. Lekarz podpisał za nas i usunięto wszystkie rurki i kabelki z jego ciałka. Po raz pierwszy mogłam go normalnie trzymać w ramionach. Położyłam mu rękę na piersi i czułam jak malutkie serduszko bije coraz słabiej i słabiej, aż wreszcie ustało całkowicie. Jakimś nadludzkim chyba wysiłkiem udało mi się wykąpać malutkie ciałko i ubrać w piękne, białe ubranka. Nie mieliśmy pojęcia, co mamy robić dalej, zresztą mój sens jakiegokolwiek racjonalnego myślenia zanikł całkowicie. Maciej zabrał mnie do Ronald McDonald House, gdzie już się nas spodziewano. Każdy próbował nas wspierać i pomagać. Nie wiem, co byśmy zrobili, gdyby nie ci, cudowni ludzie z tej organizacji. To oni załatwili księdza, który ochrzcił nam synka, a potem był z nami w krematorium. Za pogrzeb nie zapłaciliśmy ani pena, wszystkie koszty pokrył Ronald McDonald House. Na pogrzeb W Honor Oak Crematorium przyjechały moje siostry, Macieja bracia i moja koleżanka ze studiów, która właśnie dostała stypendium na uniwersytecie w Londynie. Nie byliśmy sami. Myślę, że trzymałam się całkiem nieźle do momentu, gdy malutką, białą trumienkę dotknęły czerwone płomienie i zniknęła z naszego pola widzenia. David odszedł z naszego życia, ale pozostał w naszych wspomnieniach. Nigdy cię nie zapomnę synku. Moje dzieci wiedzą, że miały kiedyś brata, widziały jego zdjęcia. Pamiętają.

Literka E – wpisy

E jak Etapy

E jak Egoizm

E jak esencja angielskości

E jak ebook

E jak emigracja

E for El Fenix

E jak mąż

E jak edukacja

17 uwag do wpisu “E JAK ELEGIA (ŻAŁOBNA)

  1. Wiem, że takie teksty wiele (więcej niż wiele kosztują).
    Dziękuję Ci za to, że podzieliłaś się nim, w czasie gdy wiele osób ucieka od tematów, które przez to stają się jeszcze trudniejsze.
    Chcę Ci napisać, że jestem. Przesyłam ciepłe myśli.

    Polubione przez 1 osoba

  2. Piękny wpis. Ale nie „polubię” go. Bo nie lubię tego, że w życiu tak bywa, że traci się to, co się kocha najbardziej. Nie lubię przeżywać śmierci tak, jakbym przeżywała śmierć swojego dziecka, a czytając Twoje wspomnienie czułam, jakbym któreś ze swoich dzieci żegnała… a naprawdę nie lubię tego uczucia. Dlatego nie „polubię” Tego wpisu. Takich rzeczy się po prostu nie lajkuje. Gdyby była możliwość zaznaczenia „piękny wpis” albo „wzruszające”- zaznaczyłabym.

    Polubienie

  3. Dorotko, skończyłam czytać, płacząc. Piszę, płacząc. Na pewno Davidek jest przy Was. Wierzę w to głęboko. Wierzę, że Jego pojawienie się w Waszym życiu miało cel i sens, jak o tym piszesz. Tak samo jak wierzę, że gdzieś tam czuwają nad nami nasze dwa Aniołki. Bez tej wiary trudno byłoby żyć. Jesteś Wielka! Przytulam! Ania

    Polubienie

  4. Dee, niedawno zrobiono nowe odkrycie, dowiedziono, że elementy DNA naszych dzieci, czy też ich komórki , które były w naszym łonie, nieważne jak długo, dołączają się do naszego ciała, naszych komórek, może i naszego DNA. Znaczy to wg mnie, że nie tylko tłumaczy to tą niewidzialna nić, która jest pomiędzy Matką i dzieckiem na zawsze, ale każde dziecko żywe czy to, które odeszło wcześniej czy później pozostaje częścią nas… Ściskam x

    Polubienie

Księga gości

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s