B jak Boże Narodzenie, buraki i Belgia

Kontynuacja Alfabetu Emigracji. Litera B.

Nasze, tzn. moje i Macieja, pierwsze święta w UK spędziliśmy w pokoju na Chalk Farm. To nie był nasz pokój, ale po straceniu mieszkania na Borough przygarnął nas kolega ze szkoły Marek i jego dziewczyna Sylwia. Oczywiście mieszkanie „ należało” do biznesmena Jurka, o którym wspomniałam w poprzednim wpisie.(Ą jak w początku) Poza Markiem i Sylwią mieszkały tam jeszcze inne osoby, ale ja zapamiętałam jedynie kilku Australijczyków, którzy okupowali parter domu. Zapamiętałam ich przede wszystkim dlatego, że zaprosili nas na wigilię. Jakże inna była ta wigilia niż te, które dotychczas miałam w domu. Na stole głównym składnikiem było białe, tanie wino i jakieś chipsy. Tyle. Uciekliśmy z Maciejem do pokoju na górze. Byliśmy sami, bo Marcin i Magda, z którymi mieszkaliśmy na Borough, a także Marek z Sylwią wyjechali do Polski. Próbowaliśmy stworzyć namiastkę polskiej wigilii; barszcz ugotowaliśmy z ugotowanych już buraków, bo tylko takie udało nam się znaleźć w sklepie angielskim, zamiast karpia był łosoś ( i tę tradycję kultywujemy do dzisiaj), zamiast uszek gotowe włoskie tortellini z serem, poza tym udało nam się jakoś pierwszą naszą wspólną sałatkę z gotowanych warzyw. Powiedzmy, że nam smakowało. Zadzwoniliśmy do domu. Ciężka była ta pierwsza rozmowa z rodzicami i rodzeństwem. Oni, wszyscy razem zgromadzeni przy świątecznym stole, suto obłożonym, z najlepszą zastawą domową, a ja tu, na obcej ziemi, zajadając się buraczaną wodą z tortellini, w talerzu kupionym gdzieś prawdopodobnie na pchlim targu, słysząc dobiegające z dołu rytmy muzyki techno. Ciężko było opanować łzy.
Pierwszy dzień świąt spędziliśmy w łóżku, nie chciało się wychodzić do świata żywych i obcych. A po miesiącach ścierania się z angielską rzeczywistością trzeba było po prostu odpocząć. W drugi dzień ruszyliśmy zwiedzać i to kolejna nasza tradycja. Drugi dzień świąt jest po to, by wyjeżdżać, poznawać nowe miejsca, nowych ludzi. Wyjechaliśmy więc do Belgii. Tata Macieja opłacił nam przejazd, bo my całą nasza kasę wydaliśmy na  szkołę angielskiego. Oprócz przyjemności z wyjazdu, ta Belgia miała nam także „przywieźć” wizę. Robiło się to w ten sposób, opłacało się zajęcia w szkole, wyjeżdżało z Anglii, a potem w drodze powrotnej na granicy pokazywało się list ze szkoły. List potwierdzał, że taka i taka osoba będzie intensywnie studiować język i urzędnik na granicy, najczęściej z grymasem niechęci na twarzy, gwałtownym ruchem ręki przybijał pieczątkę w paszporcie, z tym wymarzonym słowem VISA. Taka wiza studencka pozwalała na 20 godzin pracy w tygodniu, ale najczęściej właściciele firm naginali przepisy i pozwalali studentom pracować na pełny etap. Wróciliśmy, więc bogatsi o zwiedzenie Brukseli i wizę w paszporcie. Marek i Sylwia byli tak mili, że pozwolili nam mieszkać z nimi, dopóki czegoś nie znajdziemy dla siebie. Z pracą nie było najgorzej, jeszcze przed wyjazdem, Maciej znalazł pracę pomocnika na budowie, a mnie przytrafili się świadkowie Jehowy. Matka z synem, mieszkająca w UK już od jakiegoś czasu prowadziła swój własny biznes sprzątający. Ktoś miał do nich numer telefonu, zadzwoniłam i wzięli mnie na próbę. Najpierw jedną, a potem kolejne, aż wreszcie zaufali mi na tyle, że dostałam pęk kluczy do domów rożnych ludzi. Pracowałam u nich kilka miesięcy, w poniedziałki, wtorki, środy na północy Londynu, w czwartki, piątki i soboty na południu. Kogóż ja w tej pracy nie spotkałam, pisarzy, muzyków, architektów, prawników itd. pochodzących chyba ze wszystkich możliwych stron świata. Miałam nawet sprzątanie w niedziele, u jednego Greka, samotnego ojca z 2 dzieci i własnym sklepem, który wolał być w domu, gdy sprzątaczka przychodzi. Co niedziela witał mnie stos brudnych naczyń z całego tygodnia. Po dwóch miesiącach Grek zaproponował mi wprowadzenie się do niego. Odmówiłam, a potem poprosiłam szefową by poszukała kogoś innego na moje miejsca. Podobną ofertę miałam od rodziny pochodzącej z Arabii Saudyjskiej. Była ich siódemka, matka, ojciec i bagatelka, pięciu synów. Pracowałam u nich wcześnie rano i co tydzień miałam okazję przyglądać się jak ojciec rodziny nabiera kondycji gimnastykując się przy oknie, w długiej białej sutannie (nie wiem jak nazwać męską suknię arabską)
W kwestii mieszkania znowu Jurek przyszedł nam z pomocą. W sumie to nie mieliśmy innej alternatywy. Niewielu było takich, co by wynajęli pokój czy mieszkanie Polakom na wizie studenckiej. Dostaliśmy, więc schron niedaleko stacji Angel, w centrum Londynu. Lokalizacja była idealna, pokoik bardzo przyjemny, pozostali lokatorzy mieszkania bardzo mili, ale zostaliśmy tam bardzo krótko. Dlaczego? W kuchni roiło się, bowiem od karaluchów. Wystarczyło nagle zapalić światło by usłyszeć mało pociągające tup tup tup z każdej strony. Przed dwa tygodnie nie weszłam do kuchni. Jedzenie przygotowywaliśmy u nas w pokoju, na szafie położonej na wznak, która służyła za skrzynie na ciuchy, stół, czasami ławkę do siedzenia. Jakby lokatorów w postaci karaluchów było mało, wprowadzili się do nas po paru dniach najpierw Marek z Sylwią, a potem Magda i Marcin, a którzy właśnie wrócili z Polski. Jak to się stało, ze Marek z Sylwią stracili dach nad głową? Któregoś dnia wrócili z pracy, do swojego pokoju na Chalk Farm i zastali wszystkie zamki do domu zmienione. Cyganie, do których należał ten dom postanowili zarobić nie tylko na czynszu z wynajmu, ale także na rzeczach naszych znajomych. Marek i Sylwia przyszli do nas jak rano wyszli z domu, nawet nie mieli szczoteczki do zębów. Na szczęście nauczeni życiem, zarobione pieniążki trzymali zawsze przy sobie.
Kolejny tydzień spędziliśmy śpiąc na podłodze w małym pokoiku, w domu, w którym królowały karaluchy. Błagaliśmy Jurka by nas uraczył jakimś innym błogosławieństwem. Tymczasem błogosławieństwo przyszło z zupełnie innej strony i niekoniecznie uczyniło nas szczęśliwymi. Okazało się, że jestem w ciąży.
Zaczęliśmy niemiłosiernie gnębić Jurka, aż dostaliśmy mieszkanie na 16 piętrze bloku w Walhamstow na północy Londynu.3375937_63de4180 Był marzec 1999 roku, czyli od dnia mojego pojawienia się w Londynie minęło zaledwie 5 miesięcy, a był to nasz piąty adres w tym mieście.

Jeśli chcecie przeczytać relacje innych z ich emigracyjnego alfabetu zapraszam tutaj:

B JAK BĘDZIN

B JAK BORDEAUX

B CZYLI BOJĘ SIĘ

B JAK BON APPETIT

B FOR BEANS

B JAK BELGIA

B JAK BRAK

B JAK BAGAŻ

B JAK BIUROKRACJA

B jak Blogerka

ABC EMIGRACJI

16 uwag do wpisu “B jak Boże Narodzenie, buraki i Belgia

Księga gości

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s