Paryżanki część 1 – Sobota

IMG_5704W Paryżu byłam wiele razy, pierwszy raz w 2001 roku, romantycznie z mężem, celebrując wspólne Walentynki, później byliśmy jeszcze kilkakrotnie sami, a potem z dziećmi. W zeszłym roku miałam to szczęście spędzić z Paryżem moje niezapomniane sam na sam (pisałam o tym tu https://dee4di.com/category/moja-paryska-wloczega/ )

Kocham, uwielbiam,  J’adore Paryż! Kiedy wsrod moich koleżanek, nauczycielek z polskiej szkoły padła propozycja wyjazdu do Francji, Paryż wydawał się najlepszą opcją, zwłaszcza, że żadna z tych moich kumoszek w tym cudnym mieście nie była. To był fantastyczny weekend. Siedem dziewcząt (nie z albatrosa, choć ta piosenka przewinęła się podczas naszego wyjazdu) zmobilizowało się, wstało w środku nocy by ruszyć na podbój miasta świateł i miłości. Jak to pięknie napisała jedna z nas, Kamila: „ tak się zgrałyśmy i bez zgrzytów spędziłyśmy całe dwa dni ze sobą, bo takich ludzi jak my to ze świecą trzeba szukać. Każda z nas inna, a jednak jesteśmy podobne”. I ja też tak myślę, i chyba każda z nas tak myśli. Dogadywałyśmy się wspaniale. Jak już wspomniałam było nas siedem. Ania G, nasza kochana pani dyrektor, inicjatorka polskiej szkoły i najlepszy mentor, którego po prostu nie sposób nie kochać. Mama trojki dzieci, zawsze energiczna, nigdy nieumiejąca siedzieć dłużej niż 5 minut w jednym miejscu. Bardzo trafnie podsumowała Anię Oliwia: Ania jest najlepszym przykładem na to, że z ADHD się nie wyrasta. Oliwia, pani i od angielskiego i od polskiego, wszechstronna, szalenie inteligentna, poukładana, pracowita, której jednak z jakiegoś powodu od czasu do czasu brakuje pewności siebie, jakby nie potrafiła dostrzec, jaka jest wspaniała. Anetę, panią od przedszkolaczków, poznaje się stopniowo, nie odkrywa na starcie wszystkich kart. Trzeba etapami ścigać kolejne warstwy, jak u cebulki, ale podejrzewam, że tak naprawdę tylko niewielu uda się dotrzeć do źródła i w przeciwieństwie do cebuli, nie będzie to cierpka niespodzianka. Kamila to szalona dziewczyna, mama trójki synów, oddana im bez reszty, twardo stąpająca po ziemi i dokładnie wiedząca, czego chce od życia. Nikt tak jak ona nie potrafi nadać sprawom perspektyw i bezpośrednio zobrazować sytuacji. Nikt tak jak ona, nie potrafi zatańczyć zumby, nawet nocą na ulicy w Paryżu. Ania W wydaje się być drobniutką, cichutką istotką, ale to tylko pozory, bo Ania to twardy jak kamień charakter i władcza natura. Nigdy się nie poddaje i nigdy nie pokazuje po sobie, że być może czegoś nie wie czy nie umie, bo nawet jak mówi, że nie wie, to i tak jej nikt nie wierzy. Zanim poznałam Julkę słyszałam o niej same pozytywy z ust moich koleżanek i wszystko, co mówiły to była prawda. Julia to wesoła, bystra dziewczyna, nieobwijająca w bawełnę, gdy coś jej nie pasuje, o prawdziwie góralskim usposobieniu. Kolejny zdecydowany charakter w naszej grupie i kolejny cięty jak miecz z japońskiej stali humor. I ja, nie wiem, jak ja się znalazłam w tak doborowym towarzystwie, wdzięczna jestem losowi za taki zaszczyt. O sobie pisać nie będę, wnioski można wyciągnąć czytając mojego bloga.

Poranna zbiórka była o piątej na parkingu, koło mojego domu. Dziewczyny zaparkowały swoje auta i wszystkie usadowiłyśmy się w moim Citroenie (trochę się bałam, że znów mnie zawiedzie). Ciut po piątej ruszyłyśmy w stronę Folkstone. Wbrew obawom i ostatnim doniesieniom o strajkach francuskich pracowników i kolejkach na autostradach, dojechałyśmy w miarę szybko, spokojnie i nawet wpuszczono nas do wcześniejszego pociągu. Dalsza droga do Paryża też nie sprawiała problemów, może poza moim przejechaniem zjazdu i nadrobieniem kilku kilometrów. ( Nie wspomnę tu nawet o tym, że przy zjeździe z Eurotunelu, jak takie cielątko, pojechałam za innymi samochodami pod prąd i trzeba się było później wycofywać na właściwą drogę).

Nasze pierwsze zetknięcie z miastem miłości nie było za bardzo „miłosne”. Wzdłuż ulicy przed naszym hotelem i w kilku bocznych, odbywało się coś w rodzaju pchlego targu. Ale nie było w tym, niestety, żadnego uroku. Brudne ulice tonęły w śmieciach, odpadkach, porozrzucanych ciuchach, butach, papierach etc. W powietrzu unosił się smród moczu. I to ma być to miasto miłości? Czy uda mi się przekonać dziewczyny, że Paryż to piękne miasto? Poszłyśmy na autobus numer 95. Siedem jednorazowych biletów zostało zakupionych. Przemiły pan kierowca zawiózł nas całe i zdrowe pod Operę.col1 Plan naszej wycieczki był prosty; próbujemy zobaczyć jak najwięcej Paryża „z zewnątrz”, bez kupowania biletów i zwiedzania muzeów. To zostawiamy sobie na kolejny raz. Nie przewidziałyśmy jednak, że zrobimy więcej niż 16km pierwszego dnia i że zajmie nam to więcej niż 12 godzin (tzn. ja się spodziewałam, że może być długooo, ale nie chciałam odstraszać).

Spod Opery zawędrowałyśmy na Plac Vendome, niestety kolumna i południowa część Placu były w remoncie. Jakże inny był tu Paryż, zamiast porozrzucanych ciuchów, imponujące butiki mody najsłynniejszych kreatorów. Zdecydowanie było na czym zawiesić wzrok i pomarzyć. Stamtąd spacerkiem doszłyśmy do dawnych ogrodów królewskich Tuileries, gdzie miałyśmy pierwszą małą przerwę na lody. Przeważały smaki owocowe, choć pistacje z czekoladą też się znalazły. Pychoty rozpływały się w ustach i w dłoniach, upał, bowiem był niemiłosierny. Liżąc lody, wolnym spacerkiem ruszyłyśmy w stronę Luwru, po drodze mijając ulokowane w Tuileries wesołe miasteczko. Jedna z atrakcji zatrzymała nam dech w piersiach. Wyglądała jak dwubiegunowy młot, którego, jakaś niewidzialna dla nas siła miotała z rozpędem wysoko w górę. Byłyśmy pełne podziwu dla śmiałków, którzy nie bali się śmigać wysoko w powietrzu.

Luwr jak się spodziewałam zrobił wrażenie rozmiarem, a szklana piramida na środku idealnie posłużyła za tło do robienia optycznych zdjęć. Każda chciała mieć zdjęcie, na którym delikatnie dotyka, klepie lub pieści piramidę. Do muzeum nie weszłyśmy. Nie miałyśmy tego w planie. Jednak chyba każda w duchu przyrzekła sobie, że następnym razem…

luwr

Z Luwru spacerkiem wzdłuż Sekwany odwiedziłyśmy Pont des Artes, most, który do niedawna uginał się pod ciężarem kłódek zakochanych, i najstarszy paryski most kamienny Pont Neuf, z którego pięknie widać wieże Eiffla. Potem drogi (czyli ja) nas zaprowadziły nas na  Plac Delfina. Jest to jeden z moich najukochańszych placów w Paryżu i szczególnie uroczo wygląda wczesnym rankiem.col2 Bardzo się ucieszyłam, że się dziewczynom spodobał. W okolicach placu przyszła pora na drugą przerwę, tym razem na drinka. Wybór padł na narożną knajpkę, uroczo urządzoną Les Deux Palais, co znaczy dwa pałace. Miejsce typowe dla turystów, ale my chciałyśmy chłodnego piwka, czy jak w moim przypadku winka i to dostałyśmy.col3 Oliwia zamówiła mrożoną kawkę, podejrzewam, że oczekiwała czegoś alla Starbuck’s frappuccino, a dostała po prostu mocną, zimną kawę z kawałkami lodu. Nie wiem czy przybrała dobrą minę do złej gry, ale w kubeczku nic nie zostało.

Pod królową wszystkich świątyń, czyli pod Notre Dame dopadła nas prawdziwa burza emocji. Ciężko się oprzeć pięknu tej świątyni i jej majestatyczności. Także fakt, że znalazłyśmy się w jednym z najsłynniejszych miejsc na świecie wycisnął z oczu moich kochanych przyjaciółek łzy. Była to radość pomieszana ze wzruszeniem i zachwytem.notre dame de paris1 Jak tu nie kochać Naszej Pani. Dziękujemy ci Hugo za przywrócenie jej do życia (pisałam o tym tu https://dee4di.com/2014/05/21/az-mi-garb-urosnie/ )

Po obowiązkowym fotograficznym portrecie przed katedrą poszłyśmy na włóczęgę po Łacińskiej Dzielnicy. Nie było czasu by odwiedzić Cluny czy Sorbonę, nie wspominając nawet Ogrodów Luksemburskich.

boulevard saint germain2Następny etap naszej podróży to bulwar St. Germain des Pres. Kiedy poprzednio szłam tą ulicą sama, wydawała się nieskończenie długa. Tym razem jakoś dziwnie szybko znalazłyśmy się koło ulubionych restauracyjek Sartre i Hemingwaya i koło najstarszego w Paryżu kościoła St. Germain. Weszłyśmy do środka choćby po to by na chwilkę schować się przed palącym słońcem, a także po to by odwiedzić naszego Jana Kazimierza (https://dee4di.com/2014/06/03/na-nie-moim-podworku/ )saint Germain de Pres

Robiło się późno i głodno. Żołądek zaczynał dopominać się o pożywną strawę. Gdy na horyzoncie pojawiła się kolejna narożna brasserie Le Saint Germain nie wahałyśmy się ani minuty.  I nie pożałowałyśmy. Jedzenie było pycha, a zwariowana pani kelnerka tylko umiliła nam wieczór.  Kamila i Ania odważnie nie odmówiły sobie przyjemności skosztowania ślimaków winniczków. Kamila przyjechała do Paryża z misją spróbowania dwóch potraw: właśnie ślimaków i żabich udek. Niestety tylko te pierwsze udało się skosztować. Nie da się opisać szerokiego uśmiechu Kamili, gdy na stole przed nią pojawił się talerz z sześcioma muszelkami, doprawionymi ziołami i oliwą. Radości i żartom nie było końca. Kamila nie tylko zjadła ślimaka, dopiła sosik z muszelki, ale także przekonała i nakarmiła ślimakiem naszą drogą koleżankę Anię. Nie pozostało to bez wpływu na dalszą wędrówkę. Tuż w okolicach pałacu Inwalidów, Ania poczuła ślimaka wdrapującego się z powrotem po ściankach przełyku. A pod wieżą Eiffla okazało się, że jeden kawałek utknął pomiędzy zębami. Ślimaczej radości, tego dnia, nie było końca.le saint germain14

Jak już wspomniałam po pysznej kolacji, droga poprowadziła nas koło kościoła St. Clotilde, pałacu Inwalidów, mostu Aleksandra III, aż pod wieżę Eiffla. Przecież nie można było nie zobaczyć tej najsłynniejszej na świecie żelaznej konstrukcji. Dziewczyny były chyba trochę rozczarowane, każda z nich jakoś inaczej wyobrażała sobie słynny obiekt. Tak czy inaczej zdjęcie pod wieżą obowiązkowo zostało zrobione.WIEZA2

Było już późno, byłyśmy na słońcu i na nogach już bardzo długo i tak naprawdę to nie wiem jak mi się udało przekonać dziewczyny by szły za mną dalej, aż do Łuku Triumfalnego, a potem Polami Elizejskimi, aż do placu Concorde. Chyba każda z nas chciała, by ten pierwszy, paryski dzień trwał jak najdłużej. Mimo tego, że jedna już od godziny marzyła o łóżku, a druga umierała z bólu obtartych stóp. Obie jednak zacisnęły zęby i dzielnie szły dalej i mam taką cichą nadzieję, że jednak nie pożałowały.

CHAMPS ELYSEESPo Polach Elizejskich kroczyłyśmy już w ciemności. Spotykanych ludzi nie było mniej.  Po cichu liczyłam, że przy Placu Concorde jest przystanek naszego autobusu, ale niestety nie było. I nie było go jeszcze długo. Przyznam się szczerze, że trochę się na tym ostatnim odcinku pogubiłam i jakimś dziwnym trafem zamiast pod Operę trafiłyśmy koło kościoła Madelaine, a potem na rozwidlone bulwary Haussmanna. Nikomu jednak nie było już w głowie podziwianie szerokich ulic. Martwiłam się i gryzłam w duszy, że na taką nocną włóczęgę skazuję moje  dziewczątka, niektóre dobrze już obolałe. One jednak nie wydawały się być zawiedzione. Czy to ze zmęczenia, czy od nadmiaru słońca szły ulicami Paryża i śpiewały a capella polsko – angielskie szlagiery, a w pewnym momencie nawet, ku uciesze kilku przechodniów odstawiły kombinację zumby.  I tak z uśmiechem na umęczonych mordkach doczłapałyśmy do dworca St. Lazare, a stąd zabrało nas nasze upragnione dziewięćdziesiąt pięć, prosto do hotelu. Myślicie, że poszłyśmy grzecznie spać? Akurat! Trzeba było skończyć wiśniówkę i jeszcze trochę pośpiewać. Furorę zrobił Richard Marx swoją piosenką Osiem Zapałek, oczywiście o żadnych zapałkach to on nie śpiewa, ale Aneta przekonała nas, że jak się wsłuchasz dobrze w początek piosenki to  usłyszysz właśnie te słowa. A ile radości może sprawić zwykłe, małe osiem zapałek?! Posłuchajcie sami!

11 uwag do wpisu “Paryżanki część 1 – Sobota

  1. To miałyście zapał! Mieszkałam w Paryzu 6 lat plus rok Fille au Payre ale to duzo wczesniej… Do mieszkania Paryzjest taki sobie. Zależy dla kogo! Dla tych co maja duzo kasy i mieszkanie w XVI dzielnicy No albo w VI to ekstra! Dla tych co musza mieszkać na przedmieściach to juz duzo gorzej ale jak to w każdej metorpolii światowej bywa… Do zwiedzania Paryż jest super. Jedno z piękniejszych miast na swiecie jak dla mnie.

    Polubione przez 1 osoba

    1. W żadnym miejscu Paryża nie zamieszkałabym za wszystkie pieniądze świata. Lubię mój podmiejski widok na Wieżę, oddalony Paryż, widoczny z balkonu na mojej górce jest zdecydowanie przyjemniejszy. Lubię się do niego „wybierać” i czuć się jak na wakacjach i to tyle. To nie jest miejsce do życia.

      Co do Waszego wypadu, to zdjęcie mówią same za siebie-był bardzo udany. Zresztą mogłam się sama o tym przekonać, jak bardzo jesteście zadowolone podczas naszego śniadania:)

      Czekam na Waszą kolejną wizytę!

      Polubione przez 1 osoba

Księga gości

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s