Gdy nie można zapomnieć

IMG_6391Tak personalnego postu jeszcze nie pisałam choć na moim blogu personalne wątki pojawią się dość często. W ramach nowego Klubu Polek na Obczyźnie piszemy o tym jak zaczęłyśmy raczkować na niepolskiej ziemi, jak trafiłyśmy, tu gdzie obecnie mieszkamy. A dla mnie był to czas, który chciałam wymazać z pamięci, a który jak bumerang powraca i w myślach i w sercu.

Nigdy tak naprawdę nie myślałam, że wyjadę z Polski na stałe, że opuszczę mój ukochany Kraków, mimo że zawsze kochałam podróżować. W młodzieńczych planach był samochód typu jeap ze studiem telewizyjnym w środku, z namiotem i podróżowanie dookoła świata alla Tony Halik i Dzikowska, których uwielbiałam oglądać. Ale Kraków miał być domem, bazą powrotną, do którego miałam wracać. Tak się nie stało, bo zakochałam się. Jednak motorem działania nie była miłość, a rozstanie; po 4 latach, które wtedy uważałam za najszczęśliwsze w moim życiu, moja druga połowa powiedziała, że czas na zmiany, zaznaczyła, że to nie ja, tylko, że on nie może mi dać tego, na co ja zasługuje i inne tego typu frazesy. Zawalił mi się świat. Potem okazało się, że ta potrzeba zmiany mojego chłopaka przybrała kształty kobiece, ale mnie już wtedy w kraju nie było. Poszło jakoś niesamowicie szybko, nie potrafiłam już chodzić po tych ukochanych krakowskich ulicach, wszystko mi się z czymś, z nim, kojarzyło. Dokładnie 10 października 1998 roku o 9 wieczorem wysiadłam z autokaru firmy Omnia na londyńskim dworcu Victoria. Bez znajomości angielskiego, bez jakichkolwiek wiadomosci o kraju, do którego nigdy nie chciałam jechać, bo kojarzył mi się z Deszczowcami. Dzięki dziewczynie poznanej w autokarze doszłam do metra, kupiłam bilet i pojechałam na stacje Ganz Hill. Mieli tam na mnie czekać ludzie, u których miałam zamieszkać. Niestety nikt nie czekał, było ciemno, chłodno, a ja miałam wielką torbę i tylko trochę mniejszy plecak. Torbę zarzuciłam na plecy, plecak na ramiona z przodu i jakimś nieludzkim wysiłkiem szłam przed siebie. Miałam mapkę narysowaną przez chłopaka mojej przyjaciółki ze studiów Kasi, który w domu, w którym miałam zamieszkać, spędził ostatnie wakacje. Z jakiegoś powodu nic na tej mapce się nie zgadzało. Potem okazało się, że wyszłam ze stacji nie tym wyjściem, którym powinnam i dlatego minęłam się z czekającymi na mnie osobami. Zdeterminowana podeszłam do taksowkarza i pokazałam mu adres. Wiedziałam, że nie zrozumiem, co powie ale liczyłam, że wskaże mi palcem kierunek i tak się stało. Wystarczyło tylko przejść przez ruchliwą ulicę by odnaleźć nazwy z mapy. Wszystko wydawało mi się identyczne, cały labirynt rzędów takich samych domków, z małymi ogródkami z przodu, zupełny brak punktów rozpoznawczych. Niemniej po kilkudziesięciu minutach szukania stanęłam przed właściwym domem. Był głuchy, ciemny, zamknięty na cztery spusty, przynajmniej przez pierwsze kilka minut, bo potem jednak drzwi się otworzyły i tak poznałam Kamilę, która zaprosiła mnie do środka, poczęstowała herbatą i zaczęła opowiadać niestworzone historie o miejscu do którego dotarłam, jego właścicielach i lokatorach Polakach, którzy w tym „polaczkowie” mieszkali już nieraz całymi latami. Zrobiłaby się spora kniga gdybym chciała opisywać historię każdej z poznanych tam osób i sposób ich życia. Wspomnę tylko jednego, niezwykle ważnego w moim życiu człowieka, którego poznałam tego właśnie, pierwszego dnia, w tym dziwacznym domu.Przyjechał parę tygodni przede mną i próbował się tu zaklimatyzować podobnie jak teraz ja. W planach miał podbój całego świata, ale póki co ciężko mu było znaleźć kogokolwiek z kim mógłby pójść do muzeum czy galerii, a czasami dziko jest zwiedzać samemu. Napatoczyłam się więc ja i od tej pory dni mijały nam na pracy, potem szkole angielskiego, a potem siadaliśmy w piętrowe autobusy i jeździliśmy z jednego końca Londynu na drugi.

Moje rozbite na million kawałków serce, jak części układanki, składało się powoli w ciagle pokiereszowaną całość. Gdy przypomnę sobie te pierwsze miesiące w Anglii to przechodzą mnie ciarki po grzbiecie, głównie z powodu ludzi, których spotkałam na swojej drodze. Aż sama nie wiem, opowiadać czy nie opowiadać o tym, co Polak potrafi zrobić drugimu Polakowi; ja sama byłam kilkakrotnie okradziona, oszukana, napastowana przez siedemdziesięcioletnich rodaków. W ciagu naszego pierszego roku w Londynie mieszkanie musieliśmy zmieniać 11 razy czyli prawie co miesiąc. Polska nie należała jeszcze wtedy do unii i problemy mieliśmy ze wszystkim, z wizą,z pieniędzmi, z wynajęciem mieszkania ( wynajmowaliśmy często od dziwnych ludzi, na których uczciwość nie mogliśmy liczyć), problemy z pracą (bez wizy brało się co było, sprzątanie, kelnerowanie w marnych barach). To była naprawdę niezła szkoła życia. Dopiekała samotność i tęsknota, zwłaszcza, za tym, który mnie już nie chciał. Ale zawzięłam się, nie mogłam wrócić z podwiniętym ogonem do domu. Powoli krok po kroku uczyłam się żyć w nowej rzeczywistości, nabierałam skorupy, ale na to, co przyszło, nie byłam przygotowana.
Zaszłam w ciążę, co samo w sobie w mojej sytuacji nie było błogosławieństwem. Niestety niedługo okazało się że Maluszek, którego mam środku ma chore serce i lekarze dawali mi jedynie 20% szans na to, że on się w ogóle urodzi. Ale on się urodził, dużo wcześniej niż powinien i ważył tylko 800 g. Od razu włożono go do inkubatora popodłączano całą masę różnych rurek i kabli. Taki był śliczny; pozwalono mi go przewijać i karmić strzykawką do rurki dochodzącej przez nos do przewodu pokarmowego. Czekaliśmy aż osiągnie kilogram, by lekarze mogli mu zrobić operację. Ojciec Dawida był przy mnie cały czas choć moje połamane serce nie było jeszcze w stanie odwzajemnić mu uczuć. Dzięki instytucji charytatywnej połączonej z McDonaldem dostaliśmy pokój w przyszpitalnym hotelu Ronald Macdonald house i mogliśmy być na stałe przy naszym synku. Dzisiaj, zawsze, gdy jestem w McDonaldzie wrzucam pieniądze do małej szkatułki, którą mają na ladzie bo nie wiem co byśmy wtedy zrobili gdyby nie ludzie tam pracujący, którzy pomagali nam na każdym kroku. Zdrowie Dawidka pogarszało się z dnia na dzień i lekarze zdecydowali się nie czekać dłużej. 18 lipca zrobiono operację, która się udała, serce ruszyło pełną parą, zaczęło pompować krew, ale wtedy nieprzygotowane i nieprzystosowane małe żyłki i aorty nie wytrzymały i Dawid miał wylew, a zaraz potem drugi. Lekarze dwolili się i kroili wokół niego, a ja chodziłam po szpitalnym korytarzu i wyłam. W pewnym momencie zaproszono mnie do gabinetu ordynatora szpitala i zapytano, czy podejmę decyzję, by moje dziecko odłączyć od tych wszystkich urządzeń podtrzymującech mu życie, bo on już nie ma szans. Nie wiem jak ktokolwiek mógłby podjąć taką decyzję, ja nie mogłam, nie podpisałam ale ordynator zrobił to za mnie. Po raz pierwszy mogłam bez tych wszystkich rurek i kabli wziąć na ręce, przytulić tą małą kruszynkę, której byłam matką. Pod moją dłonią malutkie serduszko biło coraz ciszej i coraz wolniej, aż wreszcie ustało całkowicie. Mój cały świat, w ciągu zaledwie 8 miesięcy od siebie, ponownie runął w gruzy i pojawiła się wielka, czarna dziura, z której wydawało się, że nigdy już nie wyjdę…
Wyszłam, jak widać, choć znacznie zmieniona, jestem, żyje i nawet dobrze się mam, jakby świat postanowił mi udowodnić, że kręgosłup mam ze stali. Do Polski nie wróciłam, jestem z tym samym mężczyzną, którego poznałam tutaj w dniu mojego przyjazdu, a który nie opuścił mnie nawet na chwilę w tych wszystkich trudnych chwilach. Gdzieś po drodze pokochałam go za jego uśmiech i łatwość radzenia sobie w najtrudniejszych nawet tarapatach. Mamy dwoje cudownych dzieci i razem rodzinnie podbijamy świat. Myślę że ten mój pierwszy rok pobytu w kraju nad Tamizą, na przekór, nauczył mnie cieszyć się każdą chwilą, radować każdym drobiazgiem, cenić wartościowych ludzi, których spotykamy na swojej drodze. Przez wiele lat chciałam wymazać ten rok z życiorysu, nie dało się, ciągle pamiętam każdy drobiazg, każdy moment, każdą łzę. Postanowiłam więc rozprawić się z nim inaczej. Ten post to takie moje rozliczenie się z czasem. Jeśli nie można zapomnieć to może trzeba celebrować, bo bez wątpienia to, co się wydarzyło miało niesamowity wpływ na to kim jestem teraz i o czym marzę, a ciągle marzę by podbić świat.

IMG_6391.JPG

24 uwagi do wpisu “Gdy nie można zapomnieć

  1. Czytając wpisy takie jak Ten, zdaję sobie sprawę z cudowności istnienia internetu, blogów. Rozliczasz się ze sobą, swoim cierpieniem, a tym samym dajesz innym odrobinę sensu, poczucia sensu życia. Teraz już wiem, że w blogach najbardziej cenię właśnie te „pamiętniki”. Zapiski odczuć mądrzejszych i dojrzalszych ode mnie ludzi. Zobaczenie świata ich oczami i sercem, jak przyjmują niepowodzenia i jak cieszą się szczęściem, jak ich życie się zmienia i ewoluuje. Dziękuję za ten i wiele innych wpisów. Pozdrawiam serdecznie!

    Polubienie

    1. Już sobie kiedyś zadałam takie pytanie. Mówią, że czas leczy rany i chyba coś w tym jest, nauczyłam się kochać życie na nowo, to moje nowe życie i każdy jego element. Dlatego nie mam już wątpliwości, jestem szczęśliwa, tu gdzie jestem i nie chcę nic zmieniać, ani nigdzie wracać. Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam serdecznie

      Polubienie

  2. Właśnie w najtrudniejszych chwilach człowiek odkrywa samego siebie i wychodzi na jaw kim tak naprawdę jest. A Ty jesteś niesamowitą i silną kobietą. Podbijesz świat dziewczyno 🙂 Trzymam kciuki za wszystko 🙂

    Polubienie

  3. Ciężko było mi powstrzymać łzy czytając Twój wpis. Odwołując się do poprzedniego wpisu – dla mnie jesteś właśnie „bohaterem”. Twoja historia pozwoliła mi spojrzeć z innej perspektywy na moje niemieckie problemy. Dziękuję, że podzieliłaś się z nami twoją historią!

    Polubienie

Księga gości

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s